Bruksela i Poznań. Dwa miasta i dwa państwa. To nie przeszkadza jednak w stawianiu ważnych pytań, które przekraczają granice, nie tylko te państwowe.

Grafika: Józef Kędziora

Zofia Kędziora: Islam, uchodźcy i emigracja. Trudny temat.

Siostra Agnieszka Eltmann MChR: Tyle się wszędzie publikuje i rozmawia w tej kwestii, że w zasadzie trudno coś więcej mądrego w powiedzieć (śmiech). Ale spróbujmy. Jeśli można wnieść coś ciekawego, to może to być garść własnych przeżyć. Sama jestem zaskoczona faktem, jak bardzo temat ten we mnie „pracuje”, a moje podejście zmienia się pod wpływem bardzo prostych, a nawet prozaicznych doświadczeń.

Właściwie od dziecka, kiedy słyszałam na przykład jakieś teksty antysemickie, nie mieściło mi się w głowie, że można kogoś nie lubi ze względu na to, kim jest. Przecież nikt z nas nie ma wpływu na to, w jakim kraju się urodził. Logiczne, prawda? Jednak kiedy pojechałam za granicę, zaczął się temat zamachów. I wtedy zderzyły się we mnie samej dwa rodzaje myśli. Z jednej strony: nadal jasno chciałam, niemal „programowo” trwać przy braku uprzedzeń, z drugiej strony lęk we mnie narastał.

Wśród ludzi można to było spostrzec na przykład w metrze: ludzie obserwowali się nawzajem. Jeżeli ktoś ciemniejszego koloru skóry był chociażby w grubszej kurtce, był obiektem mniejszych lub większych podejrzeń. To dzisiaj trochę przygasło. Ja znam ten lęk, przyznaję, że też miałam takie uprzedzenie.

Jednak najbardziej leczące stało się dla mnie doświadczenie kursu językowego: nie ma lepszego lekarstwa na jakikolwiek szowinizm niż kurs językowy (śmiech). Tam jest cały przekrój rozmaitych ludzi: Rumunia, Kolumbia, Uganda, Niemcy, Syria. Okazuje się, że ponad tą naszą różnorodnością, ponad ułomnościami naszego języka zaistniało prawdziwe, życzliwe spotkanie. Stworzyły się relacje. Dla mnie najbardziej twórcze było spotkanie z Niemką (choć z Niemcami też mamy przecież niełatwy kawałek historii) i z muzułmanką z Syrii. Świadomie zdecydowałam się na mały, życzliwy gest wobec niej, żeby się przełamać. Innym razem zostałam poproszona o jakąś pomoc, z czasem zauważyłam, że to zrodziło pewne – drobne może – ale jednak zaufanie. Wiem, że to Pan Bóg we mnie zmienił.

ZK: A pamięta siostra naszą pierwszą rozmowę? Wtedy też pytałam o strach przed imigrantami.

AE: Wtedy żyłam jeszcze w dość mocnym strachu.

ZK: Tak, i trochę to było widać. Sama wychowałam się w takim a nie innym środowisku, więc trudno, by to na mnie nie wpłynęło. Zawsze miałam klarowny pogląd na kwestię migracji, uchodźców i tak dalej. Ale to się zmieniło kilka lat temu. Pierwszy raz, gdy zaczęłam studiować antropologię, a drugi raz, gdy w ramach badań antropologicznych wyjeżdżaliśmy regularnie do polskich ośrodków dla uchodźców. Pomijając wiele szczegółów, to właśnie zawarcie relacji z mieszkańcami tych ośrodków otworzyło mi oczy na siebie samą. Sama w sobie odkryłam te wszystkie uprzedzenia, które czasem bez pokrycia w rzeczywistości wychodziły na jaw.

AE: Dlatego ważne jest, żeby mieć do tych spraw z perspektywy wiary, także słuchać głosu pasterzy Kościoła. Zauważ, dyskusja, o której mówiłam na początku, toczy się trochę na takim poziomie „ponad ludzkimi głowami”. Ale te rozmaite teorie, zarówno „lewicowe” jak i „prawicowe” upadają w zderzeniu z normalnym życiem. Oczywiście, nie można przymykać oczu na to, że są gwałty, rozboje jak i pospolite incydenty, np. wśród młodzieży w szkołach. Temu należy koniecznie zapobiegać, konsekwentnie przeciwdziałać i surowo karać wszystkich tak samo, bez względu na narodowość. Bo zło przecież nie ma narodowości i zawsze jest szatańskie.

Ale pozwólmy sobie żyć normalnie z tymi, którzy już tu są. Mnie się wydaję, że dylemat, powiedzmy, przeciętnego katolika polega na tym właśnie, że słucha w telewizji dyskusji i biedaczek na koniec już nie wie, co ma myśleć lub myśli zależnie od tego, jaką właśnie ogląda telewizję.

W samej Polsce migracja jest jeszcze stosunkowo małym zjawiskiem w porównaniu z innymi krajami. Mieszkając w Brukseli, naprawdę nie chcę już dywagować, czy ci ludzie powinni być tutaj, czy nie. Oni tutaj są. Wówczas rodzi się pytanie: będę ich kochać po chrześcijańsku (co nie oznacza naiwnie!), czy będę kochać swoje myśli na ich temat? Chciałabym być dla tych ludzi po prostu siostrą, tak jak jestem siostrą tych, do których zostałam posłana w pierwszej kolejności, czyli do Polonii.

ZK: Zawsze ilekroć słyszę te wszystkie historie migracyjne, jestem bardzo wdzięczna za istnienie właśnie tych zgromadzeń, które towarzyszą migrantom. O nich się nie słyszy, a robią niesamowitą robotę.

Misje wśród Polaków w latach 30-tych XX wieku, na emigracji w Ameryce Południowej. Zbiory Sługi Bożego, ks. Ignacego Posadzego.

AE: Doświadczenie emigracyjne to naprawdę duchowe ubóstwo. Ale, co ciekawe, i w Grecji, i w Belgii spotkałam ludzi, którzy mówili mi, że gdyby nie emigracja, nie spotkali by Pana Boga, rozumiesz?

Inni czasem pytają, dlaczego jestem misjonarką w Brukseli. I czy to są prawdziwe „misje”? Tak, właśnie są, chociaż trochę inne niż „ad gentes”. Nasza służba wśród Polonii to może być taki heroizm rzeczy, które są ukryte, niepozorne, nie rzucające się w oczy.

Nie da się też przemilczeć tego, że są tu ludzie, którzy wyjeżdżają i Boga tracą. Realnie patrząc, jest ich dużo więcej. Dlatego duszpasterstwo emigracyjne musi być „poszukujące”. Ksiądz Ignacy Posadzy, nasz założyciel, zawsze mnie fascynował tym, że już jako kleryk, będąc na studiach w Niemczech, spotykał się z Polakami na emigracji. I już wtedy tak bardzo spontanicznie, widząc biedę tych ludzi, zaczął ich odwiedzać z modlitwą, katechezą i tak dalej.

Ojciec wspomina też w swoich notatkach poruszający artykuł niemieckiego księdza, u którego na łożu śmierci spowiadała się pewna Polka, nie znając niemieckiego. Rozgrzeszył ją, to oczywiste, ale w swoim tekście zawarł gorący apel o polskich duszpasterzy, bo ta potrzeba była tak bardzo paląca.

To szczególne zainteresowanie młodego księdza Posadzego zauważył kardynał August Hlond, który miał w sobie myśl o założeniu zgromadzenia specjalnie dla Polonii. I on wiedział, że „ten gość” będzie idealnie pasował. Ojciec Posadzy miał właśnie taką siłę wewnętrzną. To była iskra Boża, by iść i szukać ludzi, którzy są w szczególnej biedzie. To było ewidentne Boże wezwanie, żeby wyruszyć. To był pasterz poszukujący.

ZK: To są bardzo ciekawe wątki, zwłaszcza, że z nich przecież wyrosły zgromadzenia zarówno chrystusowców, jak i misjonarek dla Polonii. Mimo iż jestem konserwatystką, nie przeszkadza mi jednak to w tym, by uważać, że każdy ma jedną, prawdziwą Ojczyznę. I choć jesteśmy, rzecz jasna, przywiązani do swojego środowiska, a emigracja często powoduje kryzysy, to właśnie działanie tych „Chrystusowych” środowisk wciąż o tym przypomina. I to jest właśnie zbawienne.

AE: „Środowisko Chrystusowe” – ciekawe określenie! Mam czasem wrażenie, że te nasze zwyczajne, polonijne parafie za granicą mogą właśnie promieniować, że nie tylko księża czy siostry są misjonarzami, ale nasi parafianie przez swoje życie sakramentalne też nimi się stają. Bywa, że są geniuszami cichego życia Ewangelią, właśnie przez swoje codzienne wybory. Zdarzają się sytuacje, że ktoś niekoniecznie bogaty przyjmuje pod swój dach kogoś jeszcze biedniejszego. To jest właśnie prawdziwa, chrześcijańska tożsamość. Dwa przykazania miłości w praktyce. Dopóki istnieją tacy ludzie – bez obaw – Europa nie straci swojej tożsamości.

ZK: Gruby kaliber na koniec naszej rozmowy.

AE: Czy to gruby kaliber tego nie wiem, ale za to pewna jestem, że najlepsze odpowiedzi na każdy temat rodzą się przed Tabernakulum. Amen.

Zobacz pozostałe #PytaniaPonadGranicami

#4 PytaniaPonadGranicami: prawdziwa Ojczyzna imigrantów
6 (100%) 1 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze