Kiedyś myślałam, że gdybym chciała opowiedzieć się po którejś ze stron sporu, nieuchronnie musiałabym zrobić szpagat. Dziś patrzę na to już nieco inaczej.

Od czasu do czasu napotykam internetowe wpisy na temat liturgii, ściślej na temat sposobu jej sprawowania. Spór na osi modern – trads jest w polskim, katolickim Internecie powszechnie znany, ma długą historię i doczekał się już nie tylko swoich fanpage’ów czy memów, ale i specyficznego, nierzadko rozumianego przez wąską grupę, słownictwa.

To nie jest tekst, który ma być obroną gitary w liturgii i „piosenek oazowych”, chociaż uważam, że tym akurat niesłusznie „dorobiono gębę”, wrzucając do jednego worka piosenki ogniskowe o tematyce okołoreligijnej razem ze szlachetnie brzmiącymi pieśniami, aprobowanego przez Kościół śpiewnika „Exsultate Deo”. Nie mam jednak też przekonania, że zawsze i wszędzie, w każdej parafii da się z marszu wprowadzić łacinę i chorał. Czy to oznacza, że nie cenię chorału? Wprost przeciwnie: uważam, że jest skarbem. W czym więc tkwi problem? Dlaczego nie jestem ani modern (choć zdarza mi się w czasie liturgii korzystać z gitary), ani trads (choć cenię chorał, Palestrinę i najchętniej śpiewam wielogłos ze scholą liturgiczną)? 

Czasem wydaje mi się po prostu, że obydwie strony sporu przedstawiając swoje argumenty ślizgają się po powierzchni. Koncentrują się na „zewnętrznej stronie kubka i misy”, albo – przytaczając wyłącznie argument przepisów – zbyt łatwo podpierając się tym, co się ludziom podoba. W tym pierwszym przypadku nieuchronnie popadając w formalizm, w tym drugim w mentalność, którą nazwijmy umownie „festiwalową”. Tymczasem Msza św. wymyka się nam z rąk zarówno wtedy, gdy chcemy zamknąć ją w klatce zasad, jak i wtedy, gdy koncentrujemy się wyłącznie na tym, żeby było „fajnie”. Ustalmy jedno: to co wydarza się na Eucharystii, zawsze nas przekracza. Przede wszystkim, to nie my w pierwszej kolejności Mszę św. odprawiamy.  

Wiele pożytecznych i porządkujących myśli możemy odnaleźć w encyklice Piusa XII pod tytułem „Mediator Dei et hominum” z 1947 r. Przede wszystkim Ojciec Święty przedstawia w niej liturgię jako kult publiczny, który – uwaga, to bardzo ważne – Jezus, Zbawiciel i Głowa Kościoła oddaje Ojcu Niebieskiemu. Czy ta myśl nie odwraca całkiem perspektywy, z jaką patrzymy na Eucharystię? Jak często wydaje się nam, że „uświetniamy” Mszę św. przez przygotowanie takiej czy innej oprawy? Tymczasem Pierwszym, który w Eucharystii działa, jest Jezus i On oddaje Ojcu chwałę. My się do tego tylko przyłączamy i z tej płynącej z Nieba chwały czerpiemy nasze uświęcenie. Z tego wynika jeszcze jedna bardzo ważna kwestia: czy nasza muzyka temu ważnemu wydarzeniu pomaga, czy przeszkadza, przez skoncentrowanie na sobie? Dalej Pius XII pisze, że chwałę swojemu Założycielowi oddaje także „społeczność wiernych” i dopiero w Chrystusie możemy prawdziwie oddać chwałę Ojcu PrzedwiecznemuTe myśli naprawdę sprawiają, że musimy stać się bardziej pokorni w naszych debatach o liturgii. Dopiero wtedy jesteśmy w odpowiednim punkcie wyjścia rozmowy. Bez tego odniesienia wartość poszczególnych przepisów liturgicznych jest kompletnie niezrozumiała. 

Ciąg dalszy nastąpi.

Tekst: S. Agnieszka Eltmann 

Ani modern, ani trads #1
5.6 (93.33%) 5 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.