Pewna moja znajoma powiedziała kiedyś, że nie jest w stanie śpiewać jednej z popularnych piosenek religijnych od czasu, gdy jej babcia rozpoznała w niej melodię z lat młodości. Pieśń ta wcześniej funkcjonować miała z tekstem: „Całować chcę twe usta malinowe…” Cóż, jak to mówią: szczęśliwy nieuświadomiony.  

Nietrudno się domyślić, że historia ta wprowadza nas w szeroki krąg zagadnień związanych z zastosowaniem współczesnych nurtów muzyki popularnej w liturgii. Powinno się czy nie powinno? Wolno czy nie wolno?  

Wykorzystanie popularnych tematów muzycznych, co tu ukrywać, zaczerpniętych głównie z muzyki filmowej, usprawiedliwia najczęściej fakt celebrowania w ramach Mszy Świętej szczególnie podniosłej uroczystości rodzinnej, jaką jest zawarcie sakramentu małżeństwa. Ładunek emocjonalny jest najczęściej ogromny i to nie tylko po stronie samych głównych zainteresowanych. Nieraz i cioci, i babci łezka się w oku zakręci, a i niejeden wujek może nie pozostać obojętny, gdy organista czy też zamówiony zespół zaśpiewa o jakże głębokiej miłości tych dwojga, którzy stoją przed ołtarzem. Czy należy drwić z tych emocji? Nie! Można się do nich życzliwie uśmiechnąć. Są przecież piękną częścią naszego człowieczeństwa. Przyszli małżonkowie, chcąc nadać wyjątkowy wyraz tej ważnej dla nich chwili, naturalnie odwołują się do tego, co im najbliższe. Często zaglądają do szuflady z muzyką pop, która tak chętnie eksploruje temat ludzkiej miłości. Nie oszukujmy się: dziś radio i inne media kształtują gusta szerokiej rzeszy odbiorców, a nie odwrotnie.  


Dlaczego jednak, ujmując rzecz kolokwialnie, mamy problem z przysłowiowym „Shrekiem w liturgii”? Przecież brzmi miło, wzruszająco, przecież trafnie oddaje emocje niejednej pary, niejednokrotnie trudno też odmówić wykonawcom sporego nakładu pracy. Problem z tym, czy każdym innym zastosowaniem muzyki rozrywkowej w kościele jest jeden i ten sam: koncentruje nas ona na sobie. Zatrzymuje nas na poziomie emocji, które często bywają mylone z doświadczeniem religijnym. Poruszenie emocjonalne, gdy się pojawia i gdy zaczyna nam wystarczać, może wręcz stać się przeszkodą w spotkaniu z Bogiem. Przestajemy poszukiwać dalej i głębiej.  

Pewnie także z tego powodu Joseph Ratzinger w książce napisanej w 1995 r. pt. „Nowa pieśni dla Pana” nie pozostawia na muzyce pop suchej nitki. Przyszły Papież wypowiada się przeciw „duszpasterskiemu pragmatyzmowi” i pisze: „kultura masowa jest nastawiona na ilość, na produkcję, na sukces. Jest kulturą tego, co się daje mierzyć i sprzedawać. W kulturę tę wpisuje się muzyka pop (…) to podstawowe założenie jest nie do pogodzenia z kulturą Ewangelii, która pragnie nas wyzwolić z dyktatury pieniądza, manipulacji, miernoty”. To jednak nie koniec mocnych słów. Ratzinger przestrzega dalej, że nie należy mylić banalizacji z inkulturacją. Banał obecny w kulturze nazywa „prostytucją uprawianą z antykulturą”. Nie nam oceniać, czy to zbyt ostre słowa. Z pewnością jednak są trzeźwiące i jasno wskazują na opinię autora, w myśl której z definicji nie da się zaaplikować popowych form w liturgii. Dzieje się tak z prostej przyczyny: muzyka rozrywkowa nie jest w stanie odpowiedzieć na nasze głębsze potrzeby ani stać się wyrazem duchowych przeżyć. Została bowiem stworzona w zupełnie innym celu.  


Ostatecznie problem tego rodzaju zapożyczeń rozstrzyga instrukcja „Musicam sacram”, która w punkcie 4. definiuje pojęcie muzyki sakralnej, a więc takiej, którą można wykonać w kościele: „pod pojęciem muzyki sakralnej rozumiemy tę muzykę, która powstała dla oddawania chwały Panu Bogu i odznacza się świętością, oraz doskonałością formy”. Zatem ogromnie ważna jest intencja twórcy, a także forma utworu. A co do babcinej piosenki z lat młodości i związanych z nią dylematów mojej koleżanki: czy nie lepiej by się stało, gdyby utworek żył własnym życiem w przestrzeni, do której został stworzony? Wtedy być może do dzisiaj pozostałby przebojem niejednego retrodancingu, czy wesela i byłby wyrazem potrzebnych i typowych dla takiej okazji emocji? A tak i wino się rozlało, i bukłaki porozdzierane. Szkoda. 

Ani modern, ani trads #2 
5.83 (97.22%) 6 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

  Komentarzy:: 1

  1. Rozkminy Tiny


    Sęk trochę w tym, że „Hallelujah” Cohena ma bardzo ateistyczny wydźwięk 🙂 śpiewanie tego na ślubie kościelnym (i zresztą na każdym innym, zważywszy na tekst) jest dość niestosowne. Jedyne co tu się broni, to ładna melodia.