Chociaż pochodzą z tej samej społeczności i wyznają tę samą wiarę, uchodźcy wojenni w stanie Rakhine w Birmie nie mogą już liczyć na pomoc okolicznych mieszkańców. Zmiana rządu i większa demokracja nie osłabiła wpływów armii. Wojsko odmawia ludziom powrotu do domów.

„Już widać obóz uchodźców” – U Khaing Kaung San przeciera spoconą twarz, pokazując grupę szałasów rozstawionych w szczerym polu. Obozowisko leży dość daleko od najbliższej wioski, która jest jak z obrazka.

Ładne, drewniane domy o spadzistych dachach chowają się w cieniu gęstych drzew. Obejścia są schludne i zadbane. Dzieci i zwierzęta kąpią się w stawach. Tuż obok klasztoru buddyjskiego chłopcy grają w chinlone, rodzaj siatkówki, gdzie plecioną piłkę odbija się nogami.

„Uchodźcy pierwsze tygodnie mieszkali właśnie w tym klasztorze” – mówi U Khaing, patrząc na zacienioną alejkę prowadzącą do bramy niedużego budynku. W Sittwe, stolicy stanu Rakhine, mężczyzna prowadzi organizację pozarządową. Niemal dziewięć lat spędził w więzieniu. Walczył o demokrację i wolny Arakan, jak kiedyś nazywano dzisiejszy stan Rakhine. Do Birmy wrócił po dwudziestu latach.

„Z czasem uchodźcy musieli przenieść się dalej od wioski” – dodaje U Kaing i wyjaśnia, że relacje między lokalną społecznością i przybyszami nie są najlepsze, chociaż tak naprawdę to ta sama grupa etniczna wyznająca tę samą wiarę. Jednak nawet dzieci uchodźców nie są tutaj mile widziane.

Słońce pali niemiłosiernie, mieszkańcy obozu chowają się głęboko w obejściach. Obozowisko to ledwie jedna ulica, wzdłuż której stoją niskie, prowizoryczne domki z trzciny, przykryte gdzieniegdzie brezentem. Mieszka tu trzydzieści dziewięć rodzin. W styczniu 2016 roku w pobliżu wioski Than Tan Tar Armia Arakanu starła się z Tatmadawem, birmańską armią.

„Większość z nas od razu uciekła. Zostałem, bo miałem ryż i papryczki chili rosnące na polu” – opowiada 27-letni rolnik Soe Mun Kyaw. „Kiedy weszła birmańska armia, wszystko spalili, wszystko przepadło” – opowiada i dodaje, że musiał przenosić rannych żołnierzy. Bał się o swoje życie.

Potyczki trwały od stycznia do końca kwietnia. Soe Mun Kyaw i o rok młodszy Maung Than Sein nie mają pretensji do Armii Arakanu i mówią, że przecież walczy o niepodległość od Birmy. „To jest ziemia Rakhinów i mamy do niej prawo” – zgodnie twierdzą.

Za to mają żal do armii birmańskiej, która nie pozwala im wrócić do domów. Tam przecież są ich pola, tam zarabiają. „Tutaj nie ma pracy, jeszcze jakiś czas temu ludzie z sąsiedniej wsi dawali nam zarobić, ale to się skończyło” – mówi Soe Mun Kyaw, który wynajmował się do rąbania drewna.

Znajomych Soe Muna pobili żołnierze. „Wojsko powiedziało, że nie biorą odpowiedzialności za to, co się może stać, że mogą do nas strzelać” – opowiada. „Wymagają teraz specjalnego pozwolenia, żeby odwiedzić naszą wioskę, ale strach się o nie starać” – dodaje.

35-letnia Thay Thay Oo i babcia Yine Oo Pru mówią, że jest ciężko i człowiek nie wie, co będzie jadł następnego dnia. Pokazują apteczkę pierwszej pomocy przekazaną przez jedną z organizacji pozarządowych. U Kaing kilka miesięcy wcześniej przekazał jedzenie.

„Media przemilczają sprawę tych uchodźców wojennych, chociaż jest ich około 3 tysięcy” – kręci głową U Kaing. „Inne konflikty i tematy w Birmie może są bardziej spektakularne, może uchodźców jest tam więcej, ale ci ludzie też cierpią. Ten obóz i ten konflikt, to jakby Birma pod mikroskopem” – dodaje.

Jego zdaniem zachowanie armii wobec uchodźców i partyzantów nie zmieniło się za bardzo od czasu zwycięstwa partii pani Aung San Suu Kyi w demokratycznych wyborach. „Władze pominęły Armię Arakanu w negocjacjach pokojowych ze zbrojnymi grupami mniejszości etnicznych” – podkreśla.

Pod koniec sierpnia 2016 r. władze Birmy spotkały się z osiemnastoma grupami partyzanckimi, które od prawie 60 lat walczą o niezależność. Konferencja miała być kontynuacją dialogu z Panglong, z 1947 roku, gdzie generał Aung San, ojciec Aung San Suu Kyi, przekonał przedstawicieli największych mniejszości etnicznych do utworzenia Związku Birmy. Kraj uzyskał niepodległość, lecz porozumienie było dalekie od ideału. Pokój skończył się w mgnieniu oka, a generał Aung San zginął w zamachu.

„Jedyną drogą do pokoju jest dialog z każdą stroną konfliktu. Mimo zmian na lepsze do tego jeszcze długa droga” – kończy U Khaing Kaung San.

Z Mrauk U Paweł Skawiński

Oceń ten artykuł


źródło: PAP

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze