Dyskusja o tym, czy Kościół powinien zabierać głos w sprawach politycznych, trwa już bardzo długo. Może jej historia nie jest tak długa jak historia Kościoła, ale sięga chociażby oświeceniowej dyskusji o rozdziale Kościoła od państwa. Ja chciałbym się jednak zająć tym, co nam współczesne i co zajmuje nasze dyskusje, często bardzo długie dyskusje na Faceobooku(uśmiech autora).  

W Polsce dyskusja nabrała ostatnio znowu rumieńców. I to za sprawą kilku tematów ściśle związanych z polityką i debatą publiczną. Pozwólcie, że zaproszę Was na małą wycieczkę śladami tej dyskusji. I na początku chcę od razu podkreślić – nie czuję się i nie chcę być postrzegany jako alfa i omega w tej kwestii. Pokusiłem się na tę analizę jako baczny obserwator polityki i jako syn Kościoła.   

Najnowszy i najgorętszy spór sejmowy toczy się o zmiany w sądownictwie. W czasie tej debaty (w mediach, na ulicy w czasie demonstracji, a nawet z mównicy sejmowej) padają mocne, moim zdaniem niszczące debatę publiczną słowa. Komuniści i łotrzy – tak sprzeciwiających się ustawie nazywa wiceminister spraw wewnętrznych Jarosław Zieliński. W słowach nie przebiera też prezes PiS-u (pamiętne słowa z mównicy sejmowej do opozycji). Oczywiście atmosfery nie poprawia też opozycja (posłowie PO mówią o zdrajcach ojczyzny i zapowiadają wsadzanie do więzień tych polityków, którzy dziś za zmianami w prawie głosują). W takich chwilach wielu z nas wypatruje tego, kto by te emocje ostudził, sprawił, że na chwilę się zatrzymamy i przemyślimy nasze słowa i czyny. Niestety, coraz częściej autorytety, których głos był słuchany przez wszystkich albo odchodzą, albo są dezawuowane przez jedną ze stron politycznego sporu. Nawet naukowcy, często cenieni, za swoje wieloletnie doświadczenie – są ostatnio wrzucani do jednego bądź drugiego obozu i jednocześnie przez obóz przeciwny odsądzani od czci i wiary. To bardzo wyniszczające. I smutne. Niektórzy w tej chwili dopominali się o głos Kościoła. I (co ciekawie) to nawet ludzi z nim szczególnie niezwiązani, jak np. polityk Unii Demokratycznej Andrzej Celiński. I taki głos wybrzmiał. Dwukrotnie – w czasie sporu http://misyjne.pl/kosciol-apeluje-o-porozumienie/ 

i tuż po przełomowej decyzji prezydenta.   

http://misyjne.pl/abp-gadecki-dziekuje-prezydentowi-za-decyzje-odnosnie-ustawy-o-sn/

I trzeba przyznać, że ten głos – jak na kościelne standardy – wybrzmiał całkiem szybko. List do prezydenta został wysłany opublikowany tuż po jego decyzji o wetach. Można więc przypuszczać, że były przygotowane dwie wersje: jedna na apel o to, by strzec trójpodziału władzy (o czym jest w liście arcybiskupa Gądeckiego) a druga – podziękowanie za to, że konstytucyjne zadanie prezydenta zostało wypełnione.   

Głos (nie)potrzebny  

Co ciekawe, opinia publiczna (i nazwijmy to generalnie, jej liberalna część) była dość podzielona co do tego, czy głos Kościoła jest potrzebny, czy nie. Wspomniany wcześniej Andrzej Celiński na taką „odezwę” czekał. Inaczej zachował się znany i czytany (chociażby w blogosferze) pisarz Jacek Dehnel. W swoim internetowym wpisie skonstatował tak: „Coraz bardziej mierzi mnie nawoływanie «gdzie jest kościół, niech się wypowiedzą biskupi, dlaczego biskupi milczą?» i ciągłe odwołania do lat osiemdziesiątych”. I dalej dodaje: „Umówmy się zatem, że państwo nie ingeruje w to, jak sądy kanoniczne wybierają swoich sędziów, a biskupi – jak swoich sędziów wybiera państwo. Może po dwóch tysiącach lat warto by się było wreszcie zastosować do nauk pewnego Żyda z Galilei i oddać cesarzowi, co cesarskie?”. Biskupi nie mówili jednak konkretnie o sposobie wyboru sędziów, ale o poszanowaniu zasady trójpodziału władzy, a jeszcze wcześniej o przestrzeganiu podstawowych zasad prowadzenia sporów.    

Głos Kościoła jest jednak potrzebny 

Rozdział Kościoła od państwa nie może oznaczać braku Kościoła w państwie i debacie publicznej. I w zamyśle autorów Konstytucji nie oznaczał. Kościół reprezentuje określone wartości, które budują społeczeństwo, wspólnotę i które są bliskie też osobom, które członkami Kościoła nie są. Jednocześnie nie oczekujmy cudów. Głos biskupa, nawet prymasa, nie zmieni z dnia na dzień rzeczywistości, ale może w istotny sposób wpłynąć na zachowanie polityków. Ilu przecież z nich mieni się katolikami, a zachowuje się często tak, że… lepiej nie kończyć. Jednocześnie nie wierzę (nomen omen), by mogli pozostać głusi na zdecydowany głos Kościoła. I oczywiście wiemy wszyscy, że młyny Kościoła mielą powoli. Nigdy to nie będzie (i nie powinna być) reakcja na szybko, na gorąco, ale powinna być w miarę niezwłoczna i mocna. I najlepiej, gdyby była zbudowana na jak największym konsensusie w gronie samego Kościoła.   

 Co ciekawe, w bardzo specyficzny sposób na ten głos zareagowała minister w Kancelarii Premier Beata Kempa. Pytana przez dziennikarkę TVN24 o to, jak odczytuje apel biskupów o porozumienie odpowiedziała: To państwo nakręcacie (w domyśle: tę atmosferę). A jednak apel biskupów był skierowany do przedstawicieli wszystkich opcji. A akurat pani minister powinna podchodzić do głosu Kościoła z dużym szacunkiem. Dlaczego? Można ją zobaczyć śpiewającą psalmy w kościele i goszczącą na zjazdach rodziny Radia Maryja. Na 24. urodzinach Radia mówiła: Przewielebni księża biskupi, wszyscy duchowni nasi przewodnicy… 

Raz tak, raz siak  

Podobnie głos Kościoła jest lekceważony w ogólnopolskiej debacie o przyjmowaniu uchodźców. Ten głos przychodzi od samego papieża Franciszka. Jego słów, siedząc w pierwszych rzędach, słuchali rządzący w czasie ubiegłorocznych Światowych Dni Młodzieży. Wezwania do pomocy uchodźcom słuchali ministrowie rządu Beaty Szydło i szef Kancelarii Prezydenta w czasie Święta Dziękczynienia w Świątyni Opatrzności Bożej w czerwcu tego roku 

http://misyjne.pl/pilna-potrzeba-milosci/

Wtedy biskup z włoskiej Lampedusy (do której z narażeniem życia przybywają uchodźcy) mówił: Pomóżcie nam, pomóżcie bliźnim. Zdaje się, że politycy jednym uchem takich słów słuchają, drugim je wypuszczają. Tak samo – w sprawie uchodźców – mówił podczas procesji Bożego Ciała w Warszawie kardynał Kazimierz Nycz. http://misyjne.pl/monstrancja-z-puszek-na-boze-cialo/ 

Ksiądz w politykę wdawa się i wdawać się winien nie w rządy jej, ale w zatrzymanie, aby jej grzechy nie gubiły, a wykorzenione z niej były, a dusze ludzkie w niej nie ginęły. abo nie słyszym, co Pan Bóg do Jeremjasza mówi: „otom cię postanowił nad narodami i królestwy, abyś wykorzeniał, psował i gubił grzechy i złości, a budował i szczepił bojaźń Bożą i cnoty święte, i dobre uczynki, i pokutę, którą by się pomsta Boża od królestw oddalała i polityka nasza nie ginęła” 

 

ks. Piotr Skarga, „Kazania sejmowe i wzywanie do pokuty”, s. 106-107 

Oczywiście trzeba mieć świadomość, że głos Kościoła to często wołanie, by iść drogą ideału, a polityka to gra interesów i realizowanie tego, co możliwe tu i teraz. Jednak Kościół nie wzywa do niemożliwego. Na ten rozdźwięk wskazał też były polityk Paweł Kowal w czasie gorącej dyskusji o zmianach w sądownictwie. W swym felietonie dla TVN24 napisał do polityków: „Politycy tak chętnie odwołujący się do chrześcijańskich korzeni i nauki społecznej Kościoła są dziś bliscy jak nigdy, by się z nią ostatecznie rozstać”, a swój tekst zatytułował: „Zanim coś zrobisz – pomyśl. Przed tobą mówił tu ten, na którego ciągle się powołujesz”. Przypominał w ten sposób przemówienie papieża w Sejmie RP.   

Cynizm kontra wartości  

I dochodzimy teraz do kluczowej kwestii – relacji miedzy tymi dwoma światami: Kościoła i polityki. Kościół musi mieć na uwadze, że polityka bywa cyniczna, a politycy wykorzystają wszystko, co pomoże zbudować (utrwalić) elektorat i dla poparcia ważnych dla siebie środowisk. Są oczywiście przypadki, kiedy to poszczególni księża widzą w politykach tych, którzy mogą reprezentować ich interesy. Oczywiście Kościół powinien zabiegać o to, by politycy realizowani założenia społecznej nauki Kościoła (na przykład w sprawie ustawowych przepisów dotyczących aborcji czy dostępu do in vitro), jednak coś zgrzyta, gdy na Jasnej Górze o. Tadeusz Rydzyk z ambony odpytuje polityków z realizacji ich obietnic wyborczych, np. o to, kiedy wprowadzą w życie zakaz handlu w niedzielę. Do minister pracy mówił: – Nie kombinować. Ja jestem rozczarowany. Miejcie odwagę iść dalej, nie kombinujcie. Pan Bóg nie błogosławi kombinujących – dodał. I powiedział, że dobra zmiana nie może być dobra tylko w połowie. Słowa o zawiedzeniu pokazują, że o. Rydzyk miał konkretne oczekiwania. Zawarł z politykami umowę, której nie dotrzymują? A jeśli umowa to dwustronna, czyli Kościół (czy w tej sytuacji konkretnie o. Rydzyk) też się do czegoś zobowiązał?   

Fot. Sejm RP/flickr.com

Pamiętam moją rozmowę w Radiu Meteor przy Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu z kapelanem wielkopolskiej „Solidarności”. Księdza Tadeusza Magasa – często widzianego na konwencjach partyjnych – pytałem, czy takie zaangażowanie polityczne duchownych jest bezpieczne. Odpowiedział wtedy tak – Jestem zaangażowany politycznie, ojczyzna to dobro wspólne, dlaczego nie mam w tym uczestniczyć? Jestem Polakiem, płacę podatki. Wspieram partię, której program jest zgodny z nauką Kościoła i stąd moja obecność tam, gdzie ta doktryna jest zachowana. Nie można popierać partii, które są za aborcją, eutanazją i małżeństwami homoseksualnymi i jednocześnie być w Kościele. Jest miłosierdzie, ale Chrystus też wymaga. Kościół nie może zamazywać prawdy. – Nie sposób przyznać księdzu Magasowi po części racji, ale ja jednak zostanę przy swoim zdaniu, że zaangażowanie stricte partyjne (nawet nie polityczne, ale partyjne) księży jest niebezpieczne i chyba w ogóle zbędne. O nauce społecznej Kościoła można mówić bez partyjnych emblematów.

Kościół jest powszechny 

I to w relacjach ze światem polityki powinno być podstawowe przykazanie, którym kierują się duchowni. Powinni bowiem – jak zachęca papież – wychodzić na peryferia, łowić ludzi. Nie będą w stanie tego zrobić, gdy staną się partyjni (jak etymologia słowa wskazuje: częściowi), czyli tylko dla wybranych. Księża muszą mówić o wartościach, wymagać, ale nie powinni ich przypisywać konkretnym ugrupowaniom. To jest zbędne i niebezpieczne, bo partie mogą zmienić program, a politycy stanowisko. Program Kościoła zmianom nie ulega.   

 Wiele dyskusji, głównie w środowisku prawicowym, odbyło w kwietniu ubiegłego roku po głosie kurii białostockiej po obchodach 82-lecia Obozu Radykalno-Narodowego w Białymstoku właśnie. Działacze tej organizacji uczestniczyli w Mszy św. w białostockiej katedrze. W świątyni prezentowali swoje polityczne, partyjne flagi. Nie trzeba być teologiem, by wiedzieć, że coś tu nie gra. To tak jakby przedstawiciele PiS albo Platformy Obywatelskiej przyszli ze swoimi flagami na Mszę św. Kuria archidiecezjalna wydała wtedy oświadczenie: „Kuria Archidiecezjalna przeprasza wszystkich, którzy poczuli się dotknięci zachowaniem członków ONR w katedrze białostockiej. Incydent wynikł z niedopatrzenia administracji parafialnej. Kuria zapewnia, iż Kościół białostocki jest apartyjny i jest mu obcy nacjonalizm”.  

Papieże przeciwko skrajnym ideologiom  

Do tego dochodzi jeszcze jedna drażliwa kwestia. Nie sama obecność partyjnych symboli jest tu bowiem największym problemem, ale poglądy głoszone przez te środowiska. Poglądy, które często naruszają to, co Kościół uważa za dopuszczalne. Nieraz przecież i Jan Paweł II i Franciszek mówili o niebezpieczeństwach płynących z przywiązania do ideologii nacjonalistycznej czy narodowej. To – krótko mówiąc – niebezpieczeństwo wykluczenia innych. 

Jan Paweł II w swej ostatniej książce pt. „Pamięć i tożsamość” pisał: „Tożsamość kulturalna i historyczna społeczeństw jest zabezpieczana i ożywiana przez to, co mieści się w pojęciu narodu. Oczywiście, trzeba bezwzględnie unikać pewnego ryzyka: tego, ażeby ta niezbywalna funkcja narodu nie wyrodziła się w nacjonalizm. XX stulecie dostarczyło nam pod tym względem doświadczeń skrajnie wymownych, również w świetle ich dramatycznych konsekwencji. W jaki sposób można wyzwolić się od tego zagrożenia? Myślę, że sposobem właściwym jest patriotyzm. Charakterystyczne dla nacjonalizmu jest bowiem to, że uznaje tylko dobro własnego narodu i tylko do niego dąży, nie licząc się z prawami innych. Patriotyzm natomiast, jako miłość ojczyzny, przyznaje wszystkim innym narodom takie samo prawo jak własnemu, a zatem jest drogą do uporządkowanej miłości społecznej (…)A więc polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie”.  

Nie przesadzać  

Tak jak demonstracja polityczne w kościele nie powinny być dopuszczalne, tak też nie można popadać w przesadę w drugą stronę i oburzać się, gdy politycy w kościele są. Politycy też ludzie (tu uśmiech autora) i też mają prawo do uczestnictwa w nabożeństwach. To od ich klasy będzie zależeć to, czy swoją rolą i pozycję wykorzystają do tego, by się w kościele pokazać czy po prostu pomodlić. Zawsze obecność prezydenta, premiera czy ministra będzie odnotowana. Wynikają z tego niekiedy sytuacje śmieszne. Ostatnio „Gazeta Wyborcza” zastanawiała się, czy to dobrze, że na Mszy św. prymicyjnej syna pani premier, ks. Tymoteusza Szydło, byli obecni prezes PiS i ministrowie jej rządu. Pytanie brzmi: dlaczego nie mogli tam być? To prywatna uroczystość syna pani premier. Jak widać, wszędzie potrzeba rozwagi i wyczucia.  

Akt religijny czy polityczny? 

Osobną, bardzo szeroka kwestią jest sprawa katastrofy smoleńskiej. Po burzliwej miesięcznicy w czerwcu tego roku wielu chciało, by Kościół zajął jasne stanowisko: czy te wydarzenie można określić jako religijne. Bo tak nazywają je politycy PiS i chcą, by kontrmanifestacje w tym nie przeszkadzały. Biskup Tadeusz Pieronek mówi jasno: to manifestacja polityczna (a to i tak zmiękczona wersja jego słów). Politycy PiS odpowiadają: odmawiamy różaniec. W ciekawy sposób całą sytuację skomentował dominikanin, o. Paweł Gurzynski. Na antenie TVN24 stwierdził, że w centrum Eucharystii (odprawianej w każdą kolejną miesięcznicę) nie mogą stać ofiary katastrofy. W centrum Mszy św. jest Jezus. Jezus, który pokonał śmierć. Rozpamiętywanie śmierci jest sprzeczne z idea Eucharystii.  

i drugie: teolog i kaznodzieja może nauczać o wojnach, o prawach, o rządach, o sądach, o kontraktach, o policji, o ekonomii, o sejmach, o radach ludzkich, o kupiectwach i zyskach etc. — tyle, ile do czci Bożej i do zbawienia ludzkiego potrzeba. […] kaznodzieje i ksiądz miecza w rękę nie bierze, ale naucza, jako nim słusznie i zbawiennie i wedle Boga, i sprawiedliwości władnąć urzędy mają. Przeto niech nam nie przyganiają, gdy o monarchijach i rządach, i politykach z rzeczy i potrzebny zbawiennej na kazaniu nauczamy. 

 

ks. Piotr Skarga, „Obrona jezuitów”, s. 138 

Trudno też zaakceptować to, że jedynie odmawianie różańca w czasie pochodu z kościoła pod Pałac Prezydencki pozwala na to, by uroczystość uznać za religijną, szczególnie w połączeniu z politycznym wystąpieniem prezesa PiS. A jednak tuż obok prezesa stoją księża w sutannach. Nie można nikomu odmówić prawa do takiej formy przeżywania żałoby i pamięci o ważnych wydarzeniach w historii Polski. Jednak ksiądz ubrany w liturgiczny strój, który stoi obok prezesa wygłaszającego bardzo mocne w treści przemówienia, to dla mnie zgrzyt. Tym bardziej że ostatnio prezes pozwolił sobie księży wykorzystać. Mówił o dużej frekwencji na uroczystości i przeciwstawił ją frekwencji na kontrmanifestacji. Dodał też, że jest więcej księży, co go cieszy. Automatycznie więc postawił księży i Kościół po swojej stronie i automatycznie wykluczył z Kościoła tych, którzy kontrmanifestują. Politycy PiS odpowiadają wtedy, że za PRL-u kazano katolikom „chować się po kościołach”. To jednak nie ta sama sytuacja. Co innego demonstracja religijności na ulicach (w czasie pielgrzymek czy procesji), co innego wymieszanie polityki i religii na jednej manifestacji. Biskup Tadeusz Pieronek o tych wydarzeniach mówi wprost – To czysta polityka.

Przy innej okazji mocno wybrzmiały też słowa kardynała Kazimierza Nycza (metropolity warszawskiego) – Nie zawsze użycie Krzyża, czy próba schowania się za Krzyżem Chrystusa, jest godna tego świętego znaku. Czasem wręcz bywa profanacją Krzyża i nie ma nic wspólnego z patriotyzmem – powiedział dziś metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz podczas mszy św. w intencji Ojczyzny w warszawskiej archikatedrze św. Jana Chrzciciela. – Słowa uniwersalne i takie, które powinny być mottem dla tych, którzy publicznie odwołują się do Kościoła i jego nauki.  

Religijni publicyści i celebryci  

Interesującą kwestią jest też głos Kościoła, ale już nie ten instytucjonalny, tylko wyrażany przez kościelnych publicystów. Jest ich w Polsce coraz więcej: niektórzy aktywni w mediach tradycyjnych (jak swego czasu ks. Adam Boniecki, ks. Kazimierz Sowa, o. Tadeusz Rydzyk), inni królują w mediach społecznościowych (o. Grzegorz Kramer, bp Marek Solarczyk czy choćby nasz publicysta ks. Andrzej Draguła). I dobrze, że taki głos istnieje. Jeśli księża mają lekkie pióro, dar sprawnego docierania do wielu internautów, dlaczego mają go nie wykorzystać? Od czego w końcu są księża, jak nie od głoszenia Ewangelii, wszelkimi możliwymi kanałami. No, ale właśnie. Podkreślmy słowa: głoszenia Ewangelii. Gorzej, gdy włączają się w bieżący, często stricte partyjny spór polityczny. I tu też należy dokonać rozróżnienia: co innego skomentowanie danego wydarzenia (o co księża często są proszeni przez dziennikarzy), co innego opowiedzenie się po jednej ze stron konfliktu albo takie komentowanie rzeczywistości, które de facto wrzuca ich do jednego z obozów.   

Jest tu jeszcze jeden ciekawy wątek wart osobnej, szerszej dyskusji. Nie sposób nie zauważyć, że jednym duchownym w przestrzeni publicznej wolno więcej, innym mniej. Dla mnie niezrozumiałe było to, że ks. Adam Boniecki cały czas miał zakaz występowania w mediach (uczestniczy tylko w spotkaniach Klubów Tygodnika Powszechnego), ale długotrwałość tego zakazu była dla mnie po prostu trudna do zaakceptowania. To przecież ksiądz, którego słuchało wielu, poruszał serca i umysły ludzi wielu środowisk. Przecież na tym Kościołowi powinno zależeć.  I jak tuż przed publikacją tego tekstu donosi magazyn Press.pl: „zakaz nałożony przez prowincjała księży marianów na księdza Adama Bonieckiego został cofnięty”. Obowiązywał od 2011 roku (zdecydowanie dużo za długo). Przypomnijmy – nałożenie zakazu zbiegło się wtedy w czasie z wywiadem ks. Bonieckiego udzielonego Monice Olejnik w „Kropce nad i”. Ksiądz Boniecki mówił wtedy m.in o tym, że umieszczenie krzyża na sali sejmowej było niefortunne. Wyraził opinię, po prostu. A przy tym, co widać i słychać niekiedy na sali sejmowej, takie przemyślenia mogą nawet wydawać się uzasadnione.   

Duchowni a media  

Dlatego właśnie nie odpowiada mi postawa o. Tadeusza Rydzyka (który jednoznacznie opowiada się za konkretną partią i mówi, której jest przeciwny). Nie odpowiada mi jednocześnie styl ks. Kazimierza Sowy, który w mediach występuje bez koloratki i sytuuje się z kolei po stronie innej partii. Duchowni nie powinni dawać tak jednoznacznych partyjnych wskazań.   

I na koniec jeszcze jedna kwestia. Homilie z okazji Bożego Narodzenia i Wielkanocy. To zawsze głos, który słyszany jest w całej Polsce. Z kilku względów. Kościoły zapełniają się wtedy także tymi wiernymi, którzy na co dzień do kościoła nie chodzą. Po drugie – w mediach mniej się wtedy po prostu dzieje, dlatego kamery i mikrofony są wtedy „wycelowane” w biskupów. To wspaniała okazja, by dotrzeć z przekazaniem miłości i pokoju, nadziei i wiary. Niekiedy ten czas jest jednak wykorzystywany przez hierarchów do mocnych wystąpień politycznych. Myślę, że ze szkodą i dla tych świąt, i dla samego Kościoła. Ludzie spoza Kościoła (czy na jego obrzeżach) łatwo wtedy szafują argumentem: Kościół jest upolityczniony, nie mam wiec po co do niego iść (do niego wracać). Potrzeba rozwagi i roztropności. 

PS: To moje prywatne przemyślenia oparte na obserwowaniu świata polityki i Kościoła. Chętnie wysłucham też Waszego głosu. Czego oczekujecie od swojego Kościoła w debacie publicznej – dystansu czy zaangażowania, a jeśli tego drugiego, to jakiego?

Biskupi słuchani, gdy wygodni
6 (100%) 1 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze