Już osiem lat żyję we wschodniej części Białorusi. Uczę się rozumieć ludzi żyjących w tym regionie, a przez to własne życie. Jest dobrze, choć jak każdy misjonarz przeżywałem trudniejsze momenty: że tyle lat, pomysłów, a osób ciągle niewiele. Jednak trwamy.

Żyjemy we wspólnocie dwuosobowej. Wcześniej było nas trzech, ale trzeci współbrat po dziewięciu latach poleciał na misje do Kanady. Chociaż jesteśmy teraz we dwóch, to staramy trzymać się żelaznych zasad dużych wspólnot. Codziennie rano wspólna modlitwa w kaplicy (jak zaśpisz, to brat musi się modlić w samotności), wspólne posiłki, rozmowy. To pomaga. Sporo dzieci przychodzi z ulicy i chce spędzić z nami czas. Nudzi im się po szkole, więc się pojawiają. Najczęściej są prawosławne, więc nie chcemy ich nawracać. Gramy z nimi w różne gry. Dajemy im swój czas i chyba tym pomagamy im odczuć, jak można inaczej żyć. Są bardzo cierpliwe. Potrafią długo dzwonić dzwonkiem przy klasztorze, by doczekać się, aż któryś z nas wyjdzie. Żeby wejść w  relację z chłopakami, musiałem nauczyć się łowić ryby. Bo tu wszyscy łowią. Prawie każdy mężczyzna ma wędkę albo pożycza ją i jadą nad jeziorko na „rybałku”, tak odpoczywając.

Witebszczyna to kraj jezior i lasów. Ludzie bardzo lubią tutejszą dziką przyrodę. Próbuję to wykorzystać, wchodząc w ich świat. Katechezy dla młodzieży prowadzimy indywidualnie. Jeżdżę do dwóch, trzech osób dwa razy w tygodniu. w parafii w niedzielę na Mszy św. jest 40–50 osób. Ale chyba o to chodzi w pracy we Wschodniej Europie, by nauczyć się patrzeć inaczej. Siedemdziesiąt lat bez Kościoła zrobiło swoje. Latem organizujemy obozy dla dzieci i młodzieży. Na początku sierpnia zorganizowaliśmy dziesięcioosobową grupkę młodzieży i przeżyliśmy z nimi rekolekcje. Nie pochodzili oni tylko z naszej parafii, ale też z innych pobliskich kościołów.

Gry planszowe z dziećmi, indywidualna katecheza, Msze św. dla kilku „babuszek”, wędkowanie – życie i praca zupełnie inne niż z dużymi grupami wiernych w Polsce. Na Białorusi życie uczy misjonarza pokory i tego, że trzeba się cieszyć z najdrobniejszych rzeczy.

Tu trzeba młodzież zbierać z innych regionów, by mogła choć przez chwilę odczuć, co znaczy i co daje bycie we wspólnocie chrześcijan – ich rówieśników, bo w ciągu roku skazani są na indywidualność, brak wspólnotowego przeżywania wiary. Białorusini potrzebują osobistej relacji z Bogiem, ale chcą też dzielić się wiarą z innymi. Znam chłopaka, który przyjeżdża na rowerze albo autostopem na katechezę do naszego klasztoru 30 km. W wioskach odprawiamy Msze św. na które w tygodniu przychodzi 4–7 „babuszek”. One słuchają, modlą się i nie są obojętne. Bardzo boli je to, że ich dzieci, wnuki nie przychodzą. Tu jest bardzo mało rodzin wierzących katolików (może trzy, cztery), bo większość rodzin jest mieszanych (tata prawosławny – mama katoliczka lub na odwrót) i to utrudnia sytuację.

Dziękuję Bogu za doświadczenie pracy na Białorusi. Za każdego brata w kapłaństwie, brata zakonnego i siostrę, którzy tu latami po prostu są, nie widząc zbyt wielu owoców swej pracy. Działają w różnych miejscach, a każde z nich jest inne – specyficzne. Bardzo różne są kościoły na Białorusi i formy duszpasterstwa w jej zachodniej i wschodniej części. To, co przyjmuje się w jednej, nie zawsze działa w drugiej. Po prostu trzeba słuchać, patrzeć i wspólnie odnajdywać z ludźmi to, co dla nich jest najważniejsze.

Białoruś: stałem się wędkarzem
5.75 (95.83%) 4 ocen.


Tagi

Białoruś

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.