Słowa Jezusa wypowiedziane przed Wniebowstąpieniem towarzyszą nam od wieków. Przywykliśmy do nich tak bardzo, ze nie robią już na nas większego wrażenia. Jednak to one leżą w centrum życia każdego chrześcijanina.

Wszyscy jesteśmy posłani, aby głosić Dobrą Nowinę, że królestwo Boże zaczynamy budować już tutaj, na ziemi. Zwłaszcza my, misjonarze pierwszej ewangelizacji, mamy ten zaszczyt, że możemy uczestniczyć w budowaniu wspólnoty Kościoła od podstaw. Możemy być tam, gdzie o Jezusie nie wie się zbyt wiele, a może nawet wcale o Nim nie słyszano. Takim właśnie miejscem jest Bambilo położone na północy Demokratycznej Republiki Konga (dawnego Zairu).  O dawnej i obecnej sytuacji Konga pisaliśmy tydzień temu. Dzisiaj o tym, jak praca wygląda w praktyce. 

Dobra nowina 

Wspólnota misjonarzy kombonianów założona w Bambilo 15 lat temu, to wspólnota otwarta, bez wysokich murów i ogrodzeń, jakie często można zobaczyć w afrykańskich parafiach. Budynki misji znajdują się tuż obok miejscowych lopango (parcela w jęz. lingala). Misja w Bambilo to typowa misja pierwszej ewangelizacji. Jak to zazwyczaj bywa, praca na rzecz lokalnej wspólnoty i polepszenia warunków życia ludności przenika się z ewangelizacją. W parafii działa kilka grup, które skupiają młodzież – jako przykład można podać bilengeya munda (młodzież światłości) – ale są też i starsi, grupy Żywego Różańca i odnowy w Duchu Świętym. W każdą sobotę dzieci i kobiety sprzątają i przygotowują kościół do niedzielnej Mszy św. Nieraz się zdarza, że w niedziele wyjeżdżamy do odległych kaplic. Wtedy inicjatywę przejmują katechiści. Prowadzą liturgię Słowa Bożego, udzielają Komunii św., jednak na tym ich rola się nie kończy. Prawie każda kaplica ma co najmniej jednego katechistę. Nie jest to takie oczywiste, zważywszy na to, że wśród Azande jest bardzo wielu analfabetów. Przygotowanie katechistów to podstawa w naszej pracy duszpasterskiej. Bez nich nie dalibyśmy rady. To oni przygotowują dzieci i dorosłych do sakramentów i są odpowiedzialni za lokalną społeczność. Nasza wspólnota to tylko trzech księży i jeden brat odpowiedzialny za projekty. W rzeczywistości jednak pomagamy sobie nawzajem. Kiedy przyjechałem do Bambilo, byłem najmłodszy. Poproszono mnie więc, abym wraz kilkoma wyspecjalizowanymi ludźmi zajął się transportem rzeczy niezbędnych dla życia misji i do realizacji projektów. Przeważnie chodzi tu o cement, paliwo czy lekarstwa. Jak już wyżej pisałem, rząd i miejscowe władze zapomniały o tej części Konga. Od lat nikt, a właściwie nikt poza kombonianami nie interesuje się tu stanem dróg, na których bez problemów można by realizować najtrudniejsze próby wytrzymałości dla samochodów terenowych. Każda wyprawa do Bondo organizowana jest z niezwykłą starannością. Tylko ekipa zgranych i przygotowanych ludzi ma szansę dotrzeć do celu.

Kiedy wyruszamy w drogę, bierzemy ze sobą łopaty, ręczne wyciągarki, specjalne lewarki i co najważniejsze – piłę motorową. Za każdym razem droga jest inna. Wystarczy jedna ulewna noc i mały strumyk może zamienić się w rwący potok, przez który trzeba przerzucić prowizoryczny most z pni drzew. Jeżeli dodam, że takich „strumyków” pomiędzy Bondo a Bambilo jest kilkadziesiąt, możecie sobie wyobrazić, ile wysiłku kosztuje każda wyprawa. Przez ostatnie lata udało nam się postawić na tej i kilku innych drogach kilka solidnych mostów. Niestety, to ciągle za mało. Projekt „drogi i mosty” jest stałym elementem w kalendarzu prac naszej misji. Brat Toni, główny konstruktor mostów, jest z nich niezwykle dumny. Gdyby nie one życie na odcinku Bondo – Ango po prostu by zamarło. Droga jest jak żyły w organizmie: dzięki niej ludzie mają ubrania, lekarstwa, baterie do latarek czy małych odbiorników radiowych, które rozpowszechniły się tutaj w ostatnich latach. Jeżeli drogi są przejezdne, można też wysłać ryż, orzechy arachidowe czy inne produkty do odległych nawet miejscowości, otrzymując w zamian pieniądze, naboje tak potrzebne do polowania czy sól, która jest tutaj prawdziwym skarbem. Droga to też budowanie więzi. Już po pierwszej czy drugiej wyprawie znikają bariery. Wspólne pokonywanie przeszkód rodzi zaufanie. Umorusani błotem i kurzem stajemy się przyjaciółmi. Im więcej wypraw, tym więzy stają się mocniejsze.

Ty jesteś prawdziwym mężczyzną 

Powoli poznaję problemy i życie naszych pracowników, ich rodziny, dzieci i żony. Wiem, że zawsze w potrzebie mogę na nich liczyć i oni wiedzą, że mogą liczyć na mnie. Kiedy przejeżdża się przez most zrobiony z belek, a koła nawet na kilka centymetrów wystają poza jedną z nich, wtedy trzeba mieć zaufanie do tego, który przed nami pokazuje, jak mamy jechać. Nasze życie jest w jego rękach. Mamy świetnych kierowców i mechaników. To twardzi i odważni ludzie. Pamiętam, jak pierwszy raz jako kierowca pokonałem trasę z Bambilo do Bondo, jeden z kierowców powiedział do mnie: „Yo ozali ya solo mobali” (ty jesteś prawdziwym mężczyzną). Od tamtej pory wszystko się zmieniło, nie byłem już tylko pasażerem, stałem się pełnoprawnym członkiem ekipy. Nasi robotnicy nauczyli mnie polować i jeździć ciągnikiem po leśnych ostępach. Podczas pracy zawsze znajduje się czas, aby poruszyć też inne kwestie. Rozmawiając z nimi o problemach rodzinnych, zawsze prędzej czy później schodzimy na temat wiary, nadziei, którą może dać tylko Bóg. Wielką radością i nadzieją dla naszych ludzi w Bambilo była budowa szpitala. To, co zastali kombonianie po przybyciu do Bambilo, było wyrazem wielkiej niesprawiedliwości, która szczególnie dzisiaj jest widoczna na świecie. Trzy gliniane chatki szumnie nazywane szpitalem, które po każdej porze deszczowej trzeba było naprawiać, raczej nie zachęcały ludzi do wizyt. Przecież mieli w lesie swoich szamanów, którzy mieszkali w takich samych chatkach. Do nich mieli większe zaufanie niż do magii i pigułek białych ludzi. Pomimo tego wszyscy zaangażowali się w budowę. Protestanci z pobliskiego Kenzu zebrali wiele kamieni, które miały być użyte do budowy fundamentów. Ludzie z wioski podzielili się na grupy, przygotowując cegły.

Młodzi mężczyźni wraz z pracownikami jeździli do lasu w poszukiwaniu drewna potrzebnego przy wypalaniu tychże cegieł. To ma być nasz wspólny szpital. Kombonianie szukali środków za granicą, a ludzie dawali to, co mogli, swoją siłę, zręczność i czas. Wiele godzin spędzonych na pracy przy wypalaniu cegieł, szukaniu i wożeniu drewna pomaga nam się poznać. Praca jest ciężka, ale to nie przeszkadza młodym zadawać pytań o Boga, Jezusa. Często zatrzymujemy się przy Starym Testamencie. Miejscowi ludzie nierzadko patrzą na świat przez jego pryzmat. Kiedyś uczestnicząc w spotkaniu Odnowy w Duchu Świętym, zauważyłem, że większość świadectw dotyczy właśnie tej części Biblii. Dla Azande o wiele łatwiej jest przyjąć to, co zawarte jest w Starym Testamencie. Ich hierarchia społeczna, rola kobiety i mężczyzny są jakby żywcem wyjęte z tamtych czasów. Kiedy jesteśmy w kościele czy na jakimś spotkaniu, czy na Mszy św., nie jest łatwo zadawać pytania. Podczas pracy tworzy się specyficzna więź. O wiele łatwiej porzucić nieśmiałość i pytać. Dla mnie również były to dobre chwile, przede wszystkim, aby zachęcić ich do czytania Nowego Testamentu, co jest tym łatwiejsze, że istnieją bardzo dobre tłumaczenia na język lingala, którym się posługujemy. Wspólna praca i rozmowy o Bogu są integralną częścią naszego apostolatu. 

Ciąg dalszy nastąpi. 

Oceń ten artykuł


źródło: Wojciech Chwaliszewski MCCJ

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze