Na Kubie codzienne przeżywanie wiary jest bardzo spłycone. Niekiedy jednak Pan Bóg może cieszyć się z prawdziwych perełek. 

Dziś przyszła do mnie Anaisa, 28-latka, która drugi rok jest katechumenką, czyli w najbliższą Noc Paschalną ma przyjąć chrzest, a dzisiaj po raz kolejny, w krótkim czasie, wylądowała w szpitalu. Tym razem zasłabła w pracy. Medycy zrobili wszystkie możliwe badania, stwierdzili palpitacje serca, dali tabletkę i wypuścili do domu… a ona przyszła do mnie.  

Usiadła naprzeciw mnie i z powagą zapytała: „Padresito (to zdrobnienie od Padre – Ojcze), a co będzie, jak nie zdążę przyjąć chrztu? Ja nie chcę iść do piekła! Ja chcę do nieba!” A pytaniu towarzyszyła wielka determinacja, którą można było z łatwością wyczytać z mowy ciała, a zwłaszcza z wbitych we mnie oczu. 

Anaisa

Złapałem oddech i spokojnie tłumaczę o możliwym chrzcie z wody w każdym momencie zagrożenia życia, a nawet o chrzcie pragnienia. Zaproponowałem też, że, jeżeli chce, to mogę ochrzcić ją nawet w najbliższą niedzielę. A ona na to: „Ale ja nie chcę tak nieprzygotowana. Chcę, żeby to był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Chcę, by była to piękna uroczystość, tak na Wielkanoc, tak z całą naszą grupką…” 

Niedawno rozmawiałem z nią już o wystroju kościoła na tę okazję, bo już z takim wyprzedzeniem o tym myśli. Zaproponowała, żeby kościół był przystrojony jak na ślub: cały w bieli, z girlandami kwiatów. Powiedziała mi wtedy, że wyobraża sobie chrzest jako całkowite oddanie życia Jezusowi, że „to przecież tak trochę jak wyjść za mąż”. 

Oj tak, czasami potrafi mnie zaskakiwać swoimi pomysłami i przemyśleniami, a także decyzjami. 

O jej poważnym traktowaniu wyboru chrześcijańskiego życia świadczy również i to, że pod koniec pierwszego roku katechumenatu zerwała ze swoim narzeczonym, ateistą. Wtedy również przyszła „poważnie porozmawiać”. Mówiła, że rozmawiała z nim kilka razy o tym, jak ważny jest dla niej Jezus Chrystus i chrzest, do którego się przygotowuje, ale, jak stwierdziła, spotkała się z zupełnym niezrozumieniem z jego strony. Zdecydowała się więc zerwać tę relację. Płakała później sporo i wciąż pytała retorycznie: „I co ja teraz zrobię? Jestem już taka stara i gdzie znajdę porządnego męża, który będzie podzielać moją wiarę, to, co dla mnie ważne?”. W trakcie jednego „użalania się nad sobą” stwierdziła: „A może, Padrecito, znasz kogoś w Polsce, kto chciałby się za mną ożenić? Nie znajdzie się tam jakiś dobry, wierzący, wrażliwy? Bo wy, Polacy jesteście tak głęboko wierzący”. Uśmialiśmy się tego dnia nieźle. Z czasem lista oczekiwań się trochę wydłużyła, ale pytanie wraca, bo „gdzie ja tu na Kubie znajdę głęboko wierzącego chłopaka?”. 

Anaisa

Na Kubie to dla mnie bardzo wyjątkowa sytuacja. Znacznie częściej można spotkać młodych odchodzących z Kościoła, bo „chłopak tego nie pochwala”; bo zamieszkują z osobą niewierzącą bez ślubu i z czasem, często ze wstydu, przestają przychodzić do kościoła, nie odbierają telefonów, gubią się… A sam chrzest często tłumaczy się bardzo uczuciowym podejściem: „bo w domu nikt mnie nie rozumie”, „bo lubię się modlić”, „bo chcę być w jakiejś wspólnocie, by czuć się potrzebna”. 


Tak, Anaisa jest wyjątkiem i chociaż dopiero kilkanaście miesięcy trwa jej przygoda z chrześcijaństwem, to widzę, jak Pan Bóg ją dotyka, jak ważny staje się dla niej. Oprócz spotkań katechumenatu bierze udział również w formacji młodzieży i grupie biblijnej. „Padre, wciąż mi za mało. Chcę lepiej znać Jezusa i to, co On do nas mówi” – tłumaczy, gdy ją z przekorą pytam, czy nie ma nic lepszego do zrobienia w domu. I patrzy, słucha z uwagą… Nie odzywa się za dużo, ale gdy już to zrobi, to z mocą i z pragnieniem szukania głębi. 

Panie Boże, otwieraj kubańskie oczy i serca. Daj pragnienie kochania Ciebie. Pociągaj również Kubańczyków do Twojej miłości, daj doświadczać miłosierdzia! Z mocą… 

Ja chcę do nieba! 
6 (100%) 7 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze