Na każdym krańcu świata najważniejsze jest spotkanie. Nie trzeba ogromnych projektów i wielkich słów – wystarczą ludzie i ich codzienność.

Jeśli z kimś rozmawiasz, to rób to tak, jakby to była jedyna osoba na ziemi – mawiała św. Matka Teresa z Kalkuty. Wartość spotkania nie jest dostrzegalna dla wszystkich. Misje i czas wyjazdów na doświadczenia misyjne jako wolontariuszka pozwoliły mi dostrzec właśnie ten moment, o którym wspomina św. Matka Teresa, choć nie od razu wiedziałam, że właśnie o to chodzi.

Dlaczego każde spotkanie w życiu misyjnym jest tak ważne? Bo właśnie ono nadaje sens misjom. W ciągu ostatnich lat miałam okazję uczestniczyć w różnych doświadczeniach misyjnych. Szukałam podczas nich sensu wszystkich ewangelizacyjnych trudów. Po tych wszystkich wyjazdach mogę powiedzieć, że w misjach chodzi o spotkanie drugiego człowieka. Bóg najczęściej przychodzi do nas przez ludzi i za ich pomocą wpływa na nasze życie. W Kazachstanie miałam okazję przebywać z Polakami, którzy byli potomkami zesłańców. Wysłuchanie ich i podzielenie się świadectwem życia w  dzisiejszej Polsce było bezcenne zarówno dla nas, jak i dla nich. Byli poruszeni, że rodacy przyjechali na kazachski step pracować przy odbudowie polskiego sierocińca. My, ludzie młodzi, na wyjazdach misyjnych nie chcemy robić spektakularnych rzeczy, lecz naprawdę chodzi o zatrzymanie się i poświęcenie swojej uwagi innym ludziom. Teraz już wiem, że największą sztuką jest robić małe rzeczy z wielką miłością. Spotkania na misjach są nie tylko pełne radości, ale bywają i takie, które są dotknięciem cierpienia. W etiopskiej Awassie spędzałam popołudnia na oddziale młodych matek z nowo narodzonymi dziećmi. Miały w większości po kilkanaście lat, często były zostawione na ulicy bez opieki i perspektyw. Misjonarki miłości przygarniają je, aby nie porzuciły swoich dzieci i znalazły schronienie w ośrodku. Dziewczyny były dużo młodsze ode mnie,a już miały olbrzymi bagaż trudnych doświadczeń. Łamanym językiem amharskim próbowałam czasami dowiedzieć się, co się stało, że ich sytuacja potoczyła się aż tak dramatycznie. Zazwyczaj dziewczyny mówiły po prostu: „no peace”, czyli nie ma pokoju w naszych rodzinach i relacjach.


Spotkanie z nimi odmienia. I to nie na chwilę, ale na zawsze. Aż trudno w to uwierzyć, ale do spotkania i poznania drugiego człowieka wcale nie potrzeba znajomości języka. Po miesiącu spędzonym z chorym na nowotwór afrykańskim pacjentem, który nie mówił po angielsku, ani którego języka plemiennego nie byłam w stanie rozszyfrować, rozumiałam się z nim bez słów. Zbudowaliśmy relację przy wykonywaniu codziennych czynności – rozumieliśmy swoje spojrzenia i gesty. Gdy zbliżał się czas mojego powrotu do domu, coraz częściej wskazywał na krzyż wiszący nad jego łóżkiem. Mimo innego wyznania łączył się z cierpiącym Jezusem. Kilka dni po moim powrocie do Polski mężczyzna zmarł. Nasze spotkania, również te misyjne, często uzdrawiają zranione relacje z naszych środowisk i pozwalają na przywrócenie nadziei i pokoju serca. Spotkania na misjach to również ogrom radości. To kilogramy miłości dzieci, które spragnione są uwagi i czułości. Czasami radość nie jest widzialna na zewnątrz, ale kryje się głęboko w duszy i kiełkuje dopiero później. Misje najpierw mnie zachwyciły, potem pozwoliły odkryć piękno boga ukrytego w tym powołaniu, aż w końcu ukazały mi radość spotkania z drugim człowiekiem.

Anna Stachowiak

Oceń ten artykuł


źródło: Anna Stachowiak

Tagi

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze