Kilka dni temu do kuchni Caritas, którą prowadzimy w naszej parafii w Guisa, w której wydaje się trzy razy w tygodniu obiady dla około 30 osób, przyszła Argelia i przyniosła kaczkę. Żywą. Z uśmiechem na twarzy powiedziała, że chce ją ofiarować dla potrzebujących.

Kaczka na Kubie jest wielkim rarytasem, ponieważ je dużo, a zbyt wielka nie jest. Argelia miała więc powód do radości, spełniając taki wielkoduszny dobry uczynek. Szefowa kuchni, Angela, przyprowadziła ofiarodawczynię wraz z darem do mnie i mówi, że bardzo się cieszy, ale… „Padre, co ja mam zrobić z tą kaczką?”. Na te słowa wchodzi kolejna parafianka i wykrzykuje: „Ja wiem, moja mama robi z kaczki wspaniałą zupę! A później jeszcze można przygotować mięso na wiele sposobów”. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę nad możliwym menu i gdy już myślałem, że wszystko zostało ustalone, szefowa kuchni mówi: „Ale kto zabije kaczkę… bo ja na pewno nie”. Chętnych nie znaleźliśmy w naszym gronie, więc zaczęło się szukanie „oprawcy”. Zajęło nam to w sumie dwa dni i dopiero w środę Angela przyniosła mi pieczone udko, bym i ja mógł spróbować rarytasu. Stawiając talerz na stole, powiedziała jeszcze: „Ale, Padre, następnym razem, jak będziesz zachęcał do robienia dobrych uczynków, to powiedz też, że mają być martwe”. 

Zdjęcie zostało zrobione 9 października w zrujnowanym kościele pw. Matki Bożej Szkaplerznej w miejscowości La Recontra de Duaba tuż po Mszy św., w której uczestniczyli wolontariusze i mieszkańcy.

Na ogół Kubańczycy są bardzo ofiarni, oczywiście wziąwszy pod uwagę ich sytuację ekonomiczną i możliwości. Kilka razy do roku organizujemy różnego rodzaju zbiórki dla potrzebujących i zawsze oddźwięk jest duży. Ostatnią mieliśmy w Niedzielę Miłosierdzia Bożego. Odpowiadając w parafii na wezwanie Jezusa, który ukazywał się św. Faustynie, również chcieliśmy coś dać od siebie, a nie tylko otrzymywać. Podczas Mszy św., w momencie ofiarowania darów, właściwie wszyscy, nawet dzieci, podchodzili do ołtarza i do przygotowanego kosza składali dary: przede wszystkim ubrania, żywność czy środki czystości, rzadziej pieniądze, bo o to trudniej. Zaraz po Mszy św. odpowiedzialna za Caritas z wolontariuszami podzieliła wszystko tak, by jeszcze tego samego dnia dary zostały zaniesione do najbiedniejszych. Bardzo mi się podobał ten gest, że idąc do kościoła przynieśli co mogli, a wracając do domu, sami doświadczając Bożego błogosławieństwa, odwiedzili swoich sąsiadów i podzielili się z nimi nie tylko rzeczami, ale i Dobrą Nowiną o Jezusie Zmartwychwstałym i Miłosiernym.  

Największą jednak zbiórkę podczas mojego pobytu w Gusie zorganizowaliśmy w ubiegłym roku, by wesprzeć poszkodowanych z diecezji Baracoa-Guantanamo po przejściu huraganu Matthew. Z pierwszym transportem (a były trzy) pojechało też trzech wolontariuszy z naszej parafii. Po powrocie opowiadali o spustoszeniach i tragicznej sytuacji żyjących tam ludzi: zrujnowane domy, zniszczone pola, brak prądu i co się z tym wiąże – bieżącej wody, a przede wszystkim rozpacz ludzi… Rafael powiedział, że gdy to zobaczył, zostawił wszystko, co miał przy sobie, nawet swój kubek i łyżkę oraz koszulkę, którą zabrał na zmianę… Poruszeni tym świadectwem (bo oczywiście w telewizji nie pokazywano zbyt wiele) parafianie przynosili do kościoła naprawdę wszystko, co mogli i było tego tyle, że kilka razy zawoziłem to do diecezjalnego magazynu Caritas. 

Za każdym razem jestem naprawdę zbudowany postawą Kubańczyków. Może to tak jest, że jak sami nie mamy za wiele, to wiemy jak to jest potrzebować i w związku z tym wzajemna pomoc nie jest jakimś wielkim czynem, ale czymś normalnym, codziennym. Może waśnie przez tę zwyczajną prostotę dzielenia się tym, co mam, najpiękniej okazuję miłosierdzie?

Kłopotliwy dobry uczynek 
5.63 (93.75%) 8 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze