Cała społeczność Mali żyje w cieniu uskoku Bandiagara. Uskok Bandiagara jest miejscem o hipnotycznej estetyce, terenem zamieszkiwanym przez plemię Dogonów – jedną z najliczniejszych społeczności Mali.  

Sędziwy hogon, przywódca wioski, spojrzał na mnie oczami zaczerwienionymi od tytoniowego dymu wydobywającego się z fajki i zaprosił, bym usiadł obok. Siedzieliśmy w cieniu grubego, zbudowanego z pni i łodyg prosa dachu toguny, czyli szałasu bez ścian, typowego wzdłuż całego uskoku Bandiagara. Służą one za miejsce spotkań, w których mężczyźni dyskutują na ważne dla społeczności tematy. Dach toguny celowo znajduje się nisko nad ziemią, aby gorąca dyskusja szybko się kończyła, kiedy najbardziej zagorzali jej uczestnicy wstają, zapominając o swoim wzroście. My nie dyskutowaliśmy. Wręcz przeciwnie. Uciąłem sobie pogawędkę ze starcem, aby zjednać sobie jego przychylność. Tutaj, w kraju Dogonów, w Mali, najstarsi mędrcy nadal pełnią funkcję przywódców wioski. Według miejscowej tradycji przyjeżdżający do wioski winien obdarować jej wodza sakiewką orzechów koli. Ofiarowałem więc mu torebkę orzechów, a on z radością przyjął prezent. Natychmiast sięgnął do woreczka i wyjął jeden z nich, po czym zaczął go przeżuwać z poważaniem, zachęcając, abym zrobił to samo. Włożyłem połowę orzecha do ust i zacząłem go gryźć, ale ledwo dałem radę go połknąć, bo była to najbardziej gorzka rzecz, jakiej w życiu próbowałem. W zachodniej Afryce spożywa się je jako środek pobudzający, zastępujący kawę lub herbatę, ze względu na wysoką zawartość kofeiny. Starzec był tak zadowolony, że zaczął przeszukiwać swój chlebak, z którego wyjął mały, skórzany woreczek. Następnie palcami wydobył z niego niewielką ilość tabaki, po czym wciągnął ją do nosa. Zaprosił mnie, abym mu towarzyszył. Nie chciałem go urazić, dlatego przyjąłem zaproszenie i wziąłem odrobinę proszku, który mi oferował. Nie wiem, czy zbyt mocno go wciągnąłem, czy może tabaka zawierała również pieprz lub chili, bo zacząłem tak mocno i tak często kichać, że doprowadziłem starego hogona do śmiechu. 

Dach chaty aż drżał od każdego mojego kichnięcia, które szybko przykrywał głośny śmiech starca. Kiedy doszedłem do siebie, spojrzał na mnie radosnymi oczami, pokazując bezzębny uśmiech.  

– Witam w Djiguibombo! – powiedział do mnie z ekscytacją w głosie. 

Między słońcem a skarpą 

Po wyjściu z toguny mogłem swobodnie przechadzać się po wiosce. Spojrzałem na poranne słońce oświetlające uskok Bandiagara, gołą i surową pionową skałę wznoszącą się na wysokość prawie 300 metrów niczym otchłań znikająca za horyzontem sawanny. Między płodnymi wodami rzeki Niger i prawie półpustynnymi równinami Burkina Faso na południowym wschodzie Mali rozciąga się 150-kilometrowa skarpa, tworząc ogromny uskok. Od 1989 r. ta formacja skalna znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO nie tylko ze względu na widowiskowy krajobraz, ale również dlatego, że tworzy ona środowisko życia dla plemienia Dogonów, którzy żyjąc pod osłoną skarpy, zachowali swoją kulturę i tradycje przodków.  

Kiedy w XV wieku plemię Mossi z Burkina Faso zaczęło prześladować najbliżej zamieszkujące grupy etniczne, aby uczynić z nich niewolników i zislamizować, Dogoni uciekli i osiedlili się w pobliżu uskoku Bandiagara. Tam napotkali Telemów, plemię zamieszkujące tereny uskoku od 3000 roku p.n.e. Nie wiadomo dokładnie, czy pomieszali się z nimi, czy ich „wchłonęli”, czy może wyparli, ale od tamtego czasu kultura Dogonów zastąpiła kulturę Telemów, a uskok stał się ich schronieniem przed innymi plemionami. Dogoni przetrwali do dzisiaj prawie niezmienieni i chociaż wśród nich żyją zarówno chrześcijanie, jak i muzułmanie, to w wielu wioskach położonych wzdłuż uskoku nadal wyznaje się religie animistyczne. 

W każdej wiosce Kraju Dogonów można spotkać coś innego. Czy to położenie w górnej lub dolnej części uskoku, czy architektura domów lub spichlerzy, czy może religia, którą wyznaje większość mieszkańców – wszystko to sprawia, że odwiedzając kolejną wioskę, można poznać różne oblicza ich kultury. Sidiki, przewodnik, który mi towarzyszy, pochodzi stąd, ale kiedy był mały, w poszukiwaniu lepszych możliwości wyjechał do położonego nad Nigrem Mopti.  

Schodzimy z Djiguibombo w kierunku dolnej części uskoku, mijając pola cebuli, która razem z prosem jest jedną z najważniejszych upraw i podstawą diety Dogonów. Droga, którą przez setki lat wydeptały tysiące stóp, prowadzi przez jałowy wapienny masyw o czerwonawym odcieniu, stanowiący jedną z pierwszych odnóg uskoku. 

Często z jakiegoś skalnego zakamarka tryska woda filtrowana przez skałę. Tworząc niewielkie studnie, ożywia pustynną część naszej trasy. 

Docieramy do podnóża uskoku. Jest czwartek i w Kani Kombolé odbywa się targ. Ludność, w większości kobiety, przyjechała tu z okolicznych wiosek, aby kupić lub sprzedać lokalne produkty: nasiona, ryż, cebulę, piwo z prosa, kozie mleko, pochrzyn, ziemniaki, suszone ryby, tkaniny, banany, pomidory… Różnorodności kolorów i zapachów afrykańskiego bazaru nie da się z niczym porównać. Przez chwilę nawet zgubiłem się w gąszczu stoisk utworzonych z rozpostartych na ziemi tkanin z rozłożonymi nań produktami. 

Sidiki zabrał mnie do Maison des Femmes, rytualnego miejsca leżącego przy ścianie uskoku i przeznaczonego dla kobiet przechodzących menstruację, kiedy uważane są za nieczyste. Ściany budynku pomalowano żywymi kolorami i wyryto na nich postacie mężczyzn i kobiet z dużymi genitaliami. Islamskie wpływy zmieniają jednak lokalne tradycje, a wielki meczet w Kani Kombolé jest najlepszym dowodem na to, jak religie monoteistyczne stopniowo wypierają animistyczne wierzenia Dogonów. 

Przepowiednia  

Noc spędzamy w położonym cztery kilometry od Kani Kombolé Téli, w jednym z obozowisk przygotowanych dla turystów, którzy przyjeżdżają tu co roku, aby przemierzyć Kraj Dogonów. U stóp uskoku zobaczyć można dawne domy Telemów – wysokie, wąskie, opuszczone budowle. Od kiedy lwy, hieny i ludzie nie stanowią już problemu, mieszkańcy Téli wolą mieszkać na równinie, nieopodal uskoku i bliżej swoich upraw. Znaleźć tu można meczet, kościół, ale również kilka rodzin wyznających religie animistyczne. 

Po lekkiej kolacji, złożonej z ryżu, tuż po zachodzie słońca pojawił się w obozie stary animistyczny szaman. Przyniósł garść muszli porcelanek i za niewielką opłatą odczytywał przyjezdnym ich przeznaczenie, patrząc na muszle rzucone na stole. Sidiki w to wierzył.  

– Spróbuj zobaczyć, co na podróż przewidział dla ciebie czarodziej – zachęcał mnie Sidiki. 

Dałem więc starcowi symboliczną opłatę, a ten potrząsnął woreczek z muszlami i rozrzucił je na blacie niczym wprawiony gracz w kości, po czym zaczął je sumiennie analizować. Poruszył głową i przyglądał się pozycji, w jaką ułożyły się muszle. Po wszystkim powiedział po francusku: 

– Z tego co widzę, wasza podróż odbędzie się bez incydentów i szczęśliwie dotrzecie do celu. 

Oczekiwałem, że powie coś więcej, ale zebrał swoje muszle i poszedł dalej. Pomyślałem, że zapewne przepowiednia jest tym przychylniejsza im większa jest zapłata. Po jej usłyszeniu nie było konieczności, aby zostawać tu dłużej. Nie potrzebowaliśmy jednak jasnowidza, aby wiedzieć, że wszystko pójdzie dobrze. Czarownik mógł równie dobrze przewidzieć, którędy będziemy przechodzić i to, co zobaczymy. Nasz plan podróży obejmował bowiem jeszcze odwiedziny w Endé, gdzie mieliśmy zobaczyć farbowanie płócien bogolán naturalnymi barwnikami wytwarzanymi z gleby, roślin i indygo. W Indelou mieliśmy ujrzeć jednego z ostatnich myśliwych ubierających się w strojne animistyczne koszule, dzięki którym mają zjednywać sobie duchy swoich zdobyczy. W Begnimato z kolei mieliśmy napić się dolo, tradycyjnego piwa wytwarzanego z prosa, rozlewając wcześniej odrobinę napoju na ziemię w celu oddania czci przodkom. 

Tamtej nocy nie chciałem spać w pomieszczeniu. Wewnątrz przydzielonej mi chaty było gorąco, dlatego wziąłem swój śpiwór i wspiąłem się na dach po wyżłobionych w pniu szczeblach, gdzie na stwardniałej glinie rozłożyłem stary materac i podziwiałem rozgwieżdżone nad głową niebo. 

W Kraju Dogonów nie ma elektryczności, a ogień lub lampy naftowe rozpalane w wiosce nie są w stanie oświetlić niczego więcej niż ściany sąsiednich budowli. Niebo było bezchmurne, a ja szukałem kilku najbardziej znanych gwiazdozbiorów: Byka, Oriona … Zobaczyłem Syriusza, najbardziej świecącą na firmamencie gwiazdę, położoną w gwiazdozbiorze Wielkiego Psa, i przypomniałem sobie jego ciekawą relację z Dogonami. 

Rodzina Dogonów 

Lud ten został tak dobrze zbadany przez antropologów, zwłaszcza francuskich, że nawet krąży o tym żart. „Ile osób mieszka w domu Dogonów? Pięć: matka, ojciec, dwoje dzieci i jeden francuski antropolog”. Pierwszym, który rozbudził zainteresowanie Europejczyków Dogonami, był Marcel Griaule. W 1930 r. spędził wśród nich sporo czasu, badając ich życie i pisząc książki objaśniające ich symbolizm i kosmologię: Bóg wody i Blady lis. W swoich pracach pokazał nadzwyczajną znajomość układu słonecznego i podwójnej natury Syriusza (złożonego z dwóch gwiazd, Syriusza A i krążącego po jego orbicie Syriusza B), jaką posiadają Dogonowie. Zaskakujący jest fakt, że okrążenie Syriusza A zajmuje Syriuszowi B 60 lat, czyli tyle czasu, ile upływa między obchodami najważniejszego w kulturze Dogonów święta – Sigui. Ostatni raz obchodzono je w 1967 r., a następna okazja nadarzy się dopiero w 2027 r. Na każde Sigui przygotowuje się Wielką Maskę – specjalną maskę wyrzeźbioną z jednego kawałka drewna, której wysokość może sięgać nawet dziesięciu metrów. 

Griaule uważał, że Dogonowie mają złożoną wiedzę astronomiczną, ale z czasem okazało się, że kosmogonia przekazana antropologowi przez niektórych hogon była odpowiedzią na chęć zaspokojenia głodu wiedzy Francuza – starcy wymyślali to, co Griaule chciał słyszeć. Wymyślali symbole, improwizowali mity i tworzyli podania w zamian za prestiż i pieniądze. Od tego czasu Griaule stał się paradygmatem natrętnego antropologa badającego tradycje. 

Nie stało to jednak na przeszkodzie podawaniu przez niektórych badaczy najbardziej absurdalnych hipotez dotyczących powodów domniemanej znajomości astronomii przez Dogonów. Amerykanin Robert Temple w swojej książce „Tajemnice Syriusza” sugerował, że pochodząca z tej gwiazdy cywilizacja przybyła na ziemię statkiem kosmicznym ponad 5000 lat temu, aby przekazać Dogonom wiedzę o gwiazdach, jakiej nie posiadało żadne inne afrykańskie plemię. 

W czasie, gdy podziwiałem niebo pełne gwiazd, czyste i przejrzyste, jakie zobaczyć można tylko w Afryce, wyzbyłem się potrzeby szukania jakichkolwiek pozaziemskich relacji pomagających w zrozumieniu Dogonów, chociaż ogrom otaczającej mnie przestrzeni nasuwał mi myśli o ich przyszłości. Plemię to, żyjąc w cieniu uskoku Bandiagara, niczym na wyspie pośrodku sahelijskiej sawanny, potrafiło zachować swoją kulturę, która do dziś przetrwała prawie niezmieniona. Ale czy w najbliższych latach nie ulegnie to zmianie? Czy opowieści antropologów takich jak Griaule można wykorzystywać do opisywania stylu życia i tradycji, zanim ulegną one zmianom? 

Rozmyślałem o ich tradycyjnych tańcach masek i zadałem sobie pytanie, czy za dziesięć lat, kiedy nadejdzie czas kolejnego święta Sigui, będą one takie same jak tańce przodków? Być może trzeba było o to zapytać czarownika z muszlami. Mógłbym mu dodatkowo zapłacić, aby odpowiedział mi, że tak, że w przyszłości Kraj Dogonów będzie nadal enklawą tradycji przodków. Ale być może uzyskana odpowiedź wcale by mnie nie przekonała. 

tekst i zdjęcia: Jordi Canal-Soler 

tłumaczenie: Aleksandra Rutyna 

Kraj Dogonów
6 (100%) 3 ocen.


źródło: Jordi Canal-Soler 

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.