Jak się tutaj czujesz, podoba ci się? Pytam Estebana, sześcioletniego chłopca, który od kilku miesięcy mieszka w naszym domu dziecka. Trafił do nas, bo matka alkoholiczka chciała ugodzić go nożem. Byłam pewna, że odpowie twierdząco. W końcu niczego mu tutaj nie brakuje. Przecież uciekł z piekła.

– Nie podoba mi się – odpowiada wreszcie chłopiec. Nie mogę w to uwierzyć i brnę dalej, mimo że powoli do mnie dociera, że tylko się ośmieszam. – Gdzie chciałbyś mieszkać? – pytam go. – W moim domu – mówi bez wahania sześciolatek. Jak mogłam wątpić w to, że dla dziecka najgorszy dom jest zawsze lepszy niż żaden? A najgorszy rodzic to wciąż jego rodzic, za którym tęskni każdego dnia?

W czasie tego roku zrozumiałam, że dom dziecka domem jest tylko z nazwy. Dla jego mieszkańców prawdziwym domem nigdy nie będzie. Ich prawdziwy dom zawsze jest gdzieś indziej, nawet jeśli wyobrażenie o nim jest już bardzo mgliste i zaciera się w ich pamięci. Nieważne jak nowoczesna byłaby placówka, ilu wychowawców by na niej pracowało, ani nawet to, jak bardzo rodzinna atmosfera by w takim miejscu panowała. To wszystko nie ma znaczenia.

Dzieci wspominają swoich rodziców i czekają na ich odwiedziny. Kiedy do spotkania dochodzi, a oni nie mogą dojść do siebie jeszcze długo po rozstaniu z mamą. Pytania nasuwają się same. Dlaczego ta wizyta tak krótko trwała? Dlaczego mama nie zabrała mnie ze sobą do domu, do mojego prawdziwego domu? Co jest ze mną nie tak? Odpowiedzi brak. Zostaje tylko pustka i złość.

Fot. Magdalena Pykosz

Siostra, która prowadzi naszą placówkę powtarza często, że jesteśmy rodziną. Przyglądam się wtedy twarzom dzieci, szczególnie tych starszych, nastolatków, którzy z każdym kolejnym rokiem więcej rozumieją. Widzę skrywany za grzecznościowym uśmiechem ból, spuszczony wzrok albo nawet łzy. Tęsknotę za prawdziwym domem i prawdziwą rodziną. Wtedy nachodzą mnie wątpliwości i pytania o sens tego, co robię. Co ja w ogóle wiem o tym, czego oni doświadczyli? Czy mogę ich zrozumieć? I co może im dać moja chwilowa, roczna obecność?

Na szczęście poczucie sensu zawsze powraca i to ze zdwojoną siłą. Wraca w nieoczekiwanych i wydawałoby się, całkiem zwyczajnych momentach. Wtedy, kiedy Fernanda biegnie do mnie z daleka, żeby się przytulić, gdy Jael prosi mnie o radę, albo kiedy czytam Luisowi setny raz jego ulubioną bajkę o krokodylu. Kiedy Fabricio woła mnie do pokoju tylko po to, żeby pokazać mi swój nowy strój do gry w piłkę nożną, a ja specjalnie dla niego zaczynam interesować się jego ulubioną drużyną. Myślę, że z takich właśnie zwyczajnych gestów buduje się dom. I mimo że ten dom będzie dla nich tylko namiastką prawdziwego domu, chciałabym zrobić wszystko, żeby jak najbardziej go przypominał.

Masz swój własny dom, w którym zawsze ktoś na Ciebie czeka? Masz więcej, niż Ci się wydaje.

Tekst: Magdalena Pykosz, swm.pl.

Masz dom? Masz wszystko
6 (100%) 3 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze