Praca na misji wiąże się z wieloma trudnymi, ale również radosnymi sytuacjami. Tak było też ostatnio, gdy gościliśmy małego wróbelka czy żabę na… paschale.  

Parafianki przyniosły mi go do domu. Najprawdopodobniej wypadł z gniazda przy próbie nauki latania, więc podniosły go z chodnika i – a cóż by innego – przyniosły go proboszczowi. Wszyscy już dobrze wiedzą, że bardzo lubię wróble (po hiszpańsku: gorion, w liczbie mnogiej: goriones) – takie małe, szare kulki pełne radochy. Darł się w niebogłosy, więc zaczęliśmy rozglądać się za czymś, co mógłby zjeść. Próbowaliśmy kilka rzeczy i ostatecznie okazało się, że najbardziej smakuje mu ryż na mleku o smaku ananasa. Wcinał, aż mu się uszy trzęsły! No, może z tymi uszami to trochę przesadziłem, ale gdyby je miał, to na pewno by się trzęsły.  

Oczywiście, jak prawdziwi entuzjaści, zaczęliśmy od razu szukać imienia. Padło na „Ququ”. To skrót od „ququruququ” (kukurukuku). Wyraz, jeśli można to nazwać wyrazem, wziął się stąd, że gdy przed wyjazdem z młodzieżą na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa,uczyłem ich trochę polskich słówek, podczas poznawania alfabetu dawałem przykład na każdą z liter i oczywiście zostało „Q”. Powiedziałem im, że „Ququruququ” jest wyrazem w Polsce bardzo ważnym, że gdy zakochany chłopak chce wyznać dziewczynie, co do niej czuje, to mówi „ja cię ququruququ”. Oczywiście młodzież zapisała to z powagą i wielkim skupieniem na twarzach. Nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem, i wszystko się wydało. Później śmialiśmy się z tego jeszcze długo. 

Tak więc Ququ jadł, spał i… robił inne rzeczy. Niedługo później, pewnie zwabiona jego głosem, pojawiła się pani wrólowa. Co chwilę podlatywała do drzwi lub okna, jednak nie odważyła się wlecieć. Pomyślałem, że może to mama Ququ, więc kartonowe pudełko z nim w środku wystawiłem na zewnątrz, a sam usiadłem najdalej jak się dało, ale tak, by wszystko obserwować. I rzeczywiście! Pani wróblowa przyleciała raz i drugi, karmiąc swojego pisklaka. Prowokowała go też do lotu. Wróbelek najpierw wyleciał z pudełka na schody, później na patio, a po około godzinie odleciał ze swoją mamą. Fajnie było temu się przyglądać! Gdy po południu przyszły parafianki, znalazczynie Ququ, oberwało mi się, że już go nie ma. Jednak po obejrzeniu zdjęć i mojej opowieści jakoś się udobruchały. 

Na przykościelnym patio rośnie wielkie drzewo i świergot wróbli zawsze mi towarzyszy (chyba że zagłusza go hałas z ulicy). Gniazda mają w szczelinach i na poddaszu kościoła, więc mogę je obserwować cały czas. Niekiedy wlatują też do domu z wizytą i coś tam do mnie mówią, a ja im podrzucam trochę kruszynek chleba… Bardzo lubię to towarzystwo wróbli!  

Ze względu na to, że w kubańskich domach, a więc i domu parafialnym, nie ma szyb w oknach, a tylko drewniane żaluzje, musiałem się przyzwyczaić do wizyt innych przedstawicieli fauny: mrówek różnej wielkości, komarów, karaluchów – tych wielkich, kilkucentymetrowych (w tym przypadku nie ma żadnej zgody na jakiekolwiek wspólne mieszkanie, ale o tym nie napiszę, bo upadłby wizerunek misjonarza o duszy franciszkańskiej). Od czasu do czasu znajduję w domu lub na patio też różnego rodzaju jaszczurki, świerszcze, kolibry, ćmy wielkie jak dłoń, ogromne żaby i oczywiście koty i psy sąsiadów. A raz żmiję, skorpiona i wielkiego, włochatego pająka.  

Myślę, że jedna z żab, naprawdę ogromna, wielkości dłoni, miała duszę chrześcijańską. Znajdowałem ją kilka dni z rzędu w… zakrystii. Nie mam zielonego pojęcia, jak tam wchodziła, ale przyklejona do paschału wyglądała, hmm, niecodziennie! Ostatecznie jeden z ministrantów zaniósł ją na najodleglejszy koniec parkowego trawnika i żabiego chrztu nie było.  

Czasami tak sobie myślę, że jeśli ja, mieszkając w mieście, mam tylu zwierzęcych wielbicieli, to ilu mają ich moi parafianie mieszkający w okolicznych wioskach i lasach? Bogu dzięki za to, że centrum parafialne jest tu, gdzie jest!

Misjonarz z duszą franciszkańską 
6 (100%) 3 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze