Ugandyjskie przepisy gwarantują dzieciom przebywającym w sierocińcu prawo do regularnego widywania członków własnej rodziny. Niestety, nie wszystkie rodziny korzystają z tej możliwości i dzieci pozostają w placówce przez długie lata.

Życie w sierocińcu św. Judy w Gulu w Ugandzie może wydawać się komuś bardzo monotonne. Codziennie te same uśmiechnięte twarzyczki małych dzieci, poważne miny nieco starszych, strudzone twarze ich matek. Jednak u nas nigdy nie jest tak samo. Każdy mieszkaniec naszego domu dziecka pochodzi z jakiejś rodziny, każdy z nich ma jakąś historię – czasami bardzo smutną i przygnębiającą, ale zdarzają się i takie, które budzą nadzieję. Zasady, jakie panują w naszym domu dziecka, zmuszają rodziny do interesowania się dziećmi. Większość z nich – nawet około 95% – ma rodziny, jedno z rodziców lub dalszych krewnych.

Trudne porody
Problem zaczyna się wtedy, gdy ojciec mający już piątkę dzieci zostaje sam z jednodniowym czy dosłownie kilkugodzinnym noworodkiem. Najczęstszą przyczyną zaistnienia takiego stanu rzeczy są lekarze i pielęgniarki, którzy w dobrej wierze chcąc pomóc proponują rozwiązanie, które nam nie mieści się w głowie. Jeśli kobieta nie jest na tyle silna, aby przeżyć poród o własnych siłach, to zakłada się, że nie będzie miała także siły na opiekę na swoim dzieckiem. Pozwala się więc, aby wykrwawiła się na śmierć. Ojciec w takiej sytuacji powinien jak najszybciej znaleźć sobie nową kobietę, aby ta zajęła miejsce zmarłej. Noworodka natomiast oddaje się do takich miejsc, jak nasze. Po trzech latach, bo takie jest prawo w Ugandzie, dziecko musi wrócić do rodzinnego domu. W czasie tych trzech lat ojciec i jego nowa rodzina powinny odwiedzać dziecko, aby zbudować z nim relację. Tak to wygląda w teorii. Jednak w praktyce najczęściej dzieci zostają z nami po kilka lub kilkanaście lat. Ojciec, który znalazł sobie nową żonę, ma nowe życie i nie chce wracać do przeszłości. Nowa żona chce mieć swoje dzieci, a nie zajmować się tymi z poprzedniego związku męża. Czasami przeprowadzka czy  inne sytuacje stają na przeszkodzie regularnym odwiedzinom dziecka. Tak najczęściej zdarza się w przypadku dzieci zdrowych.

Dzieci niepełnosprawne
Inne, jeszcze smutniejsze są historie dzieci z niepełnosprawnością umysłową lub fizyczną. W plemieniu Acholi nadal uważa się, że dziecko z niepełnosprawnością to przekleństwo, zły czar lub kara Boska. Na szczęście nie wszyscy ludzie tak myślą. Niektóre dzieci mieszkają z rodziną, co prawda w tragicznych warunkach sanitarnych, ale jednak w domu, wśród bliskich. Dzieci w naszym sierocińcu najczęściej mają kilka chorób na raz. Borykają się z niepełnosprawnością fizyczną i psychiczną oraz z powikłaniami po malarii. Chcemy im towarzyszyć, po prostu być z nimi. Praca z nimi polega na zabawie i umilaniu im niełatwego przecież życia. Jako pracownik socjalny z wykształcenia jestem przygotowana do organizowania im wolnego czasu. Nasze dzieci najbardziej lubią muzykoterapię. Ale wielką radość sprawiają im także masaże. Taka bliskość sprawia, że każdego dnia poznajemy się coraz lepiej, wpuszczają nas trochę dalej w swój świat. Po jakimś czasie rozpoznają głos, uśmiechają się, łapią za rękę, kiedy przechodzimy. Takie momenty dają najwięcej siły, radości i dobrego  humoru. Nasz sierociniec, mimo że jest świadkiem wielu dramatów, jest miejscem tętniącym życiem. Każdy poranek daje nową nadzieję i radość bycia razem.

Ewa Maziarz

Sierociniec pełen nadzei
6 (100%) 1 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze
  • Fascynujące i tragiczne…