Spotkanie, które zgromadziło przedstawicieli niemal wszystkich ośmiu wspólnot – czyli miejscowości, w których mamy kaplice, można przyrównać do znanych w Polsce festynów parafialnych. W tym roku Fiestę de las Familias – Święto Rodzin w Guisie przeżywaliśmy w ostatnią niedzielę czerwca. 

Rozpoczęliśmy od porannej Mszy św., w oprawę której zaangażowani byli przedstawiciele każdej miejscowości. Po niej były występy artystyczne, loteria, merienda, czyli coś na ząb i – co najważniejsze – sporo czasu na rozmowy, spotkania i zabawę. Wcześniej zapraszane były różnego rodzaju zespoły muzyczne i grupy taneczne, niekiedy nawet z dużymi umiejętnościami („animator kultury” to jeden z trzech najbardziej popularnych – obok lekarza i nauczyciela – zawodów na Kubie), jednak od czasu, gdy jestem proboszczem w Guisie, zdecydowałem, że przygotują coś przedstawiciele każdej grupki działającej w parafii, a także mieszkańcy każdej miejscowości. I okazało się to o wiele lepsze, ponieważ po pierwsze angażuje parafian, bo muszą coś wymyślić, zrobić próby i przełamać się, by wystąpić przed innymi, a po drugie odkrywa w nich samych talenty, których czasami wcale nie są świadomi.  

W tym roku Pepe i Maria z Guisy przygotowali piękny wiersz i życzenia dla wszystkich. Isabela, również z Guisy, uczennica gimnazjum artystycznego, własny taniec. Lameida z El Horno napisała i zaśpiewała piosenkę – pierwszą w swoim życiu, a jej wnuczka powiedziała wierszyk. Piosenki zaśpiewały również Bety z Raudal, Seida czy Claudia. Była też prezentacja multimedialna o tym, czym jest rodzina i jej znaczeniu w życiu chrześcijańskim przygotowana przez licealistkę Eliani czy „scenka rodzinna” z udziałem osób z katechumenatu. Występowali wszyscy: dzieci, młodzież, dorośli, a nawet seniorzy z grupy „Pastoral del Tercer Edad” – Duszpasterstwa Osób Trzeciego Wieku. Śmiechu było sporo, ale – co ważne – nie naśmiewania się, ale autentycznej radości. Dzieci niekiedy zjadała trema i niesamowita była pomoc słuchających, którzy chóralnie podpowiadali tekst lub nucili dalszy ciąg piosenki. Tak, zdecydowanie lepiej, gdy występują „nasi” parafialni artyści niż wynajęci profesjonaliści! 

Loteria, czyli rifa to właściwie losowe rozdawanie upominków, a nie kupowanie losów. Chodzi bardziej o okazję, by ofiarować coś praktycznego poszczególnym osobom niż zebranie jakiegoś funduszu. W tym ostatnim wypadku wciąż musimy liczyć na dobrodziejów, jak np. padre José Alberto, poprzedniego proboszcza w Guise, który podczas ostatniej wizyty zostawił nam trochę pieniędzy właśnie na rifę. Dla dzieci były przede wszystkim zabawki i przybory szkolne, a dla dorosłych trochę chemii kosmetycznej i domowej, coś do poczytania lub ubrania. 

Cieniem, który zawsze na Kubie kładzie się na tego typu wydarzeniach jest mały, żeby nie powiedzieć znikomy udział mężczyzn – chociaż tym razem nie było najgorzej. Wiąże się to z kilkoma „tradycyjnymi” zwyczajami: facet-macho nie potrzebuje żadnej pomocy, również tej „z góry” oraz praktyczna realizacja bardzo popularnego powiedzenia, że „kobiety chodzą do kościoła, a mężczyźni do loży masońskiej”. A gdy dodamy do tego komunistyczną, laicką, a niekiedy i wrogą Kościołowi propagandę oraz – co i w Polsce „normalne” – że mężczyźni statystycznie są mniej religijni, mamy widoczny efekt, że w naszej fieście wzięło udział zaledwie kilkunastu dorosłych mężczyzn. Ale byli! I jest poprawa! Zorganizowanie takiego dnia to duże przedsięwzięcie logistyczne. Na Kubie wciąż trudno o niekiedy najprostsze, wydawałoby się, rzeczy. Zawsze mamy spory problem z wynajęciem transportu. Już wielokrotnie, przy różnych okazjach rezerwowany dużo wcześniej autobus lub camion (ciężarówka przystosowana do przewozu osób – bardzo popularny środek transportu na Kubie) nie przyjeżdżał, bo a to kierowca złapał lepszą okazję, a to nie udało się kupić paliwa lub miał awarię, a to okazało się, że kierowca lub samochód nie ma licencji na jazdę poza województwem… Takie „niespodzianki” zawsze spadają na nas w ostatniej chwili, gdy już nie mamy żadnego pola manewru i, niestety, nie zostaje nic innego jak tylko odwołać wyjazd. W ten sposób nie odbyły się m.in. trzy pielgrzymki, wyjazd na diecezjalne spotkanie czy parafialny wyjazd na plażę. Obecnie wciąż czekamy na ostateczną decyzję, czy uda się pojechać z dziećmi do parku rozrywki i zoo do oddalonego o około 160 km Santiago de Cuba. Już nawet na jednym ze spotkań Rady Parafialnej śmiałem się, że musimy modlić się o jakiegoś sponsora-dobrodzieja, który chciałby nam kupić jakiś autobus czy busa, bo to dosyć frustrujące, gdy po raz kolejny przygotowane jest wszystko, ludzie czekają przed kościołem, a nie ma czym jechać. Tym razem camion przyjechał i dopisały również jeepy (amerykańskie wojskowe willisy z lat pięćdziesiątych XX w.), które przywiozły osoby z wiosek położonych w górach. 

Drugim wyzwaniem jest przygotowanie dużej ilości jedzenia. Na Kubie wciąż funkcjonuje system kartkowy. Można co prawda kupić już wiele, ale są i zupełnie niewyobrażalne paradoksy. Chleb, czyli nasze bułki lub bułki paryskie trzeba zamawiać wcześniej w piekarni lub restauracji (w tej ostatniej niekiedy bywa taniej!). Nie ma większego problemu z ciastkami, bo pieką je osoby prywatne. W większości domów nie ma kuchenki czy piekarnika, więc tak dobrze nam w Polsce znany zwyczaj, że każdy coś upiecze i przyniesie, nie zadziała – trzeba kupować. Ale już np. kupno lodów to istny wyczyn, ponieważ są limity – w Guisie można kupić tylko po trzy małe gałki na osobę, ale na osobę, która przyjdzie do lodziarni, tak więc kupno lodów dla kilkudziesięciu dzieci jest po prostu niemożliwe (nie mamy w parafii zamrażarki, by je kupić wcześniej i przechować…). 

Nie zraża nas to oczywiście! Parafianie, a zwłaszcza gospodynie, to już przez lata praktyki, zaprawione w boju osoby i – jeśli to tylko to od nich zależy – zorganizują wszystko. Czasami jestem naprawdę zdumiony tym, co „da się” zdobyć!  Fiesta de las Familias zwykle jest ostatnim dużym przedwakacyjnym akcentem roku duszpasterskiego. W tym roku czeka nas już tylko Pierwsza Komunia św. w dwóch miejscowościach i zorganizowanie wakacyjnych atrakcji dla dzieci. Si Dios quiere – jeśli Bóg pozwoli nam to zrealizować. 

Galeria (21 zdjęć)
Święto rodzin w Guisie 
5.33 (88.89%) 3 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze