Wielki Tydzień – jest! Triduum Paschalne – jest! Czuwanie w ciemnicy i przy grobie – jest! Wigilia Paschalna kończąca się już w niedzielę – jest! Jednak w naszym kraju nie mamy Paseo Pascual de los Sacerdotes, czyli świętowania Wielkanocy w kapłańskim gronie razem z biskupem. 

Co roku w oktawie Świąt Wielkanocnych mój kubański biskup Alvaro zaprasza nas wszystkich (księży, diakonów i kleryków) do jakiegoś miejsca, by wspólnie spędzić dzień. Trudno doszukiwać się w tym czasie wyraźnego charakteru religijnego – ot, po prostu jesteśmy razem. „To czas, by trochę odpocząć po intensywnym Wielkim Tygodniu oraz by podzielić się tym, jak w parafiach przeżywaliśmy liturgię paschalną” – wyjaśnił mi biskup w pierwszym roku pobytu na Kubie.  

W tym roku pojechaliśmy na finkę, czyli ranczo „El Alcazar”. To kilkadziesiąt hektarów pięknego terenu, gdzie hoduje się setki koni, jeszcze więcej krów, świń, kóz, a także… zebry! Jak tylko wjechaliśmy na teren hacjendy, od razu wszyscy odczuliśmy, że znaleźliśmy się w „innym świecie”. Główny dom wybudowany w stylu kolonialnym, wokół kilkunastu kowboi (vaqueros) i w zasięgu wzroku wiele zwierząt, a także „cmentarz czempionów” – ogierów i wołów! 

Po przywitaniu się z zarządcami rancza wybraliśmy się na dwugodzinne safari (wiem, że to termin kojarzący się raczej z Afryką, ale jest jak najbardziej adekwatny w tym miejscu). Usadowieni w terenowych samochodach odwiedzaliśmy pastwiska, pola i wyjątkowo piękne punkty widokowe. Dotąd na Kubie nie widziałem tylu ras krów i koni, co właśnie tego dnia! W spore zdziwienie wprawił mnie widok kilkunastu zebr przechadzających się wśród innych zwierząt. Nasz przewodnik wyraźnie „urósł” z zadowolenia, widząc nasze reakcje. Podczas postojów niektórzy z księży próbowali swych sił dosiadając koni – raczej z miernym skutkiem. 

Po powrocie czekały na nas zimne napoje, a chwilę później obiad. Posiłek był również świąteczny: ryż (a jakże!), pieczeń wieprzowa, różnego rodzaju sałatki łącznie z buraczkami (to duża rzadkość), juka z sosem czosnkowym, smażone banany, a na deser ciastka i lody. Wszystko popijaliśmy wodą, sokami, piwem i winem… Biskup się szarpnął! Obiadu przygotowanego z takim rozmachem nie widuje się na Kubie zbyt często. 

Później był czas na rozmowy w większych i mniejszych grupkach. Trzy tygodnie temu do naszego grona dołączył nowy kapłan, werbista ze Słowacji, więc szybko usiedliśmy razem: trzech Polaków i on, nasz europejski sąsiad. Oczywiście rozmawialiśmy po „naszemu”, czyli my po polsku, a Michael po słowacku, a niezrozumiałe słówka tłumaczyliśmy na hiszpański. Uśmialiśmy się przy tym nieźle! 

Po południu, pełni wrażeń, niektórzy ze świeżą opalenizną, wróciliśmy do normalnych obowiązków w parafiach. O, jak dobrze mieć taką odskocznię! 

Dla odmiany w poprzednim roku Paseo Pascual spędziliśmy… na plaży! Biskup zaprosił nas do Guardalavaca, znanej miejscowości turystycznej z piękną lazurową wodą i żółciutkim piaskiem. Ale się wtedy spiekliśmy… Jak sobie pomyślę o zimnie w Polsce, to cieszę się, że jestem na Kubie. 

Wiem, że w Polsce, gdy w diecezji jest kilkuset księży, raczej trudno byłoby zorganizować taki dzień rekreacji, ale… fajnie by było pobyć tak z biskupem (biskupami), kolegami księżmi (również tymi z kolorowymi guzikami na sutannie) i klerykami tak nieformalnie, ale razem. Jednak jakoś nie wyobrażam sobie wspólnej morskiej kąpieli czy jazdy konnej naszych hierarchów z kapłanami. A szkoda, bo to naprawdę doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Przynajmniej dla mnie. 

Niech Jezus Chrystus Zmartwychwstały wciąż nas zadziwia swoją obecnością. Niech daje się poznać nawet w najdziwniejszych sytuacjach. Niech żyje w każdym z nas i daje owoc świętości. W intencji wszystkich dobrodziejów sprawowałem Mszę św. w Niedzielę Zmartwychwstania. Pamiętam o Was również w codziennej modlitwie i o nią proszę. 

Galeria (12 zdjęć)
Tego w Polsce nie ma 
6 (100%) 3 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.