Jest biednie i czasem trudno. Wiem jednak, że w takich właśnie warunkach, gdzieś na peryferiach świata, w sercach Papuasów rodzi się Jezus.

Misja Poi-Sassavoru, gdzie mieszkam, należy do diecezji Kimbe na wyspie Nowa Brytania (w czasach kolonizacji niemieckiej nazywała się Nowa Pomerania, czyli Nowe Pomorze). Jest to miasteczko wielkości Rypina, Sokółki czy Wadowic (około 25 tys. mieszkańców), ale w kraju, w którym 80% ludzi mieszka na wsi, jest to metropolia. Jedno z większych miast wyspy. Dość bogate. Toteż ludzie z buszu lubią tu przyjeżdżać i przesiadywać tygodniami u krewniaków, na ulicy lub na schodach katedry, która ma wygodne położenie: tuż koło rynku i siedziby gubernatora. Z końca do końca mojego okręgu duszpasterskiego jest 100 km. Zajmuję się 11 tys. mieszkańców, z czego 80% deklaruje, że są katolikami. Moja praca polega na obsłudze duszpasterskiej 50 wiosek, z czego połowa posiada kaplice. Jest też szpital katolicki i szkoła. Terytorium i liczba ludności odpowiadają wielkości polskiego powiatu.

Z powodu braku księdza w ostatnich latach wielu katolików powróciło do pogańskich praktyk. Nagminna jest poligamia i śluby nieletnich. Status kobiety jest bardzo niski. Stan diecezji jest opłakany, toteż nowy biskup kapucyn William Fey z Pensylwanii pokłada wielkie nadzieje w księżach z Polski. Patronem Papui jest błogosławiony Piotr Torot – katecheta, który nie zastosował się do instrukcji japońskich żołnierzy, by księża i katecheci zaprzestali działalności misyjnej. Pozostawił dwójkę dzieci, które żyją w Rakunai koło Rabaul. Język pidgin, jakim się posługuję, ma strukturę podobną do pozostałych 800 tubylczych języków, ale 80% słownika to przekręcone angielskie i niemieckie słowa takie jak: surik (do tyłu), raus (precz), beten (modlić się), pater (ksiądz), was-was (myć się), sing-sing (śpiewać). Lubię ten język, bo jest łatwy. Przetłumaczyłem większość polskich kolęd i pieśni oazowych i używam ich w kazaniach. Obecnie z pomocą pidgin oswajam język kowe używany w całej parafii za wyjątkiem wioski Kando-ka, gdzie mówi się w bakovi i balave kamp. Tam, gdzie króluje pidgin, kowe jest nieznane. Ludzie nie zawsze potrafią odróżnić obrzędy chrześcijańskie i pogańskie. W każde większe święto, nieważne jakie, ludzie dekorują się w stroje z liści i malują twarze, które i tak w większości są tatuowane i pokaleczone nożami. Dźwięk kun-du – naszego instrumentu, przypomina mi afrykańskie tam-tamy. Krokodyle, rekiny, latające ryby czy dzikie świnie dopełniają egzotyki. Są często sprawcami licznych ran u moich parafian. Świnie traktowane są nie tylko jako zwierzęta domowe, ale jako środek płatniczy we wzajemnych rozliczeniach. Każde większe przestępstwo jest rozpatrywane poprzez wioskowy sąd wymierzający karę za przestępstwa poprzez skazanie na przekazanie odpowiedniej liczby świń dla poszkodowanego bądź jego rodziny. Zabójstwo, gwałt, kradzież – wioska jest w stanie wszystko wybaczyć, o ile jesteś w stanie znaleźć odpowiednią liczbę świń i podarować pokrzywdzonej rodzinie.

Podstawą jedzenia jest tu ryba, kokos i wieprzowina, toteż sporo ludzi choruje na cukrzycę. Wielu ma amputowane stopy. Zdarzają się trędowaci. Znam osobiście dwoje. Pewnej trędowatej staruszce udzielałem komunii św. i sakramentu chorych. Ma około 90 lat jest bardzo pobożna, siostry ze szpitala wiedzą o niej, ale się nie izolują, mimo że tak nakazuje miejscowy zwyczaj. Jemy tu małże i sporo zielska zwanego kumu. Nie ma tu jabłek ani gruszek. Nie ma krów ani mleka. Od roku nie jadłem żółtego sera ani twarogu. Herbata czy kawa na wsi to luksus. Ludzie sypiają na podłodze i z rzadka kładą coś pod siebie. Tutejsze materace karuka robione są z liści.

Ks. Jarosław Wiśniewski

Oceń ten artykuł


źródło: Ks. Jarosław Wiśniewski

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze