Było nas pięciu… [ROZMOWA ZE ZBAWICIELA] 

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

O wojnie w Syrii widzianej oczami osiemnastolatka. Urodził się i mieszkał w Aleppo, gdy wybuchła wojna razem z rodziną przyjechał do Polski, skąd pochodzi jego matka. Występuje w spektaklu „Kijów, Aleppo”. Nie wstydzi się łez.  

Maciej Kluczka (misyjne.pl): Jak znaleźliście się z reżyserem Bartłomiejem Miernikiem? Przed spektaklem jeszcze się nie znaliście?  

Laith Ghandour (aktor w spektaklu „Kijów, Aleppo”): Po prostu napisał na Facebooku, że poszukuje kogoś, kto pochodzi z Syrii. Nie znaliśmy się wcześniej. Napisała do mnie koleżanka, która wiedziała o jego poście. Umówiliśmy się na spotkanie i powiedział mi o pomyśle na spektakl…  

Czy zaczynając prace nad spektaklem miał pan wątpliwości, że to może być za ciężkie, że to rozdrapywanie ran, jeszcze nie zabliźnionych, rozgrzebywanie niedawnej historii? Na scenie widać było, że to dla ciebie cały czas mocne uczucia. 

Ja od dawna chciałem to pokazać ludziom. Nie miałem jednak na to sposobu. Rok temu na przykład napisałem hip-hopową nutę, którą można usłyszeć w trakcie spektaklu. Próbowałem to pokazać ludziom, były prezentacje w szkołach, ale nie miałem do końca na to pomysłu. A spektakl to jednak coś więcej. Więcej osób to zobaczy. Nie miałem wątpliwości, że trzeba to zrobić.  

Po premierze myśli pan tak samo? Te emocje dały spektaklowi coś bardzo ważnego  autentyzm, wzbudziły też emocje na publiczności, ale na dłuższą metę może być to trudne dla Pana. 

Była tu rodzina, przyjaciele. To też zrobiło swoje. Jednak czuję siłę, po spektaklu podchodzili też ludzie, których nie znałem. 

Sztuka teatralna to głównie wasze autentyczne uczucia, więc pewnie nie musiał się pan długo uczyć tekstu. A czy były jakieś inne trudności?  

Na próbach nawet było zabawnie, śmialiśmy się często. Szczególnie gdy ćwiczyliśmy pierwsze części spektaklu, gdzie jest dużo wspomnień ze wspólnych zabaw z okresu dzieciństwa, z okresu dojrzewania, o podrywaniu dziewczyn ze szkoły. Jedynie dziś – nie wiem, co się stało, ale emocje wzięły górę. Może dlatego, że na widowni widziałem rodzinę, siostrę, która płakała, gdy mówiłem o niej, o jej historii. Dziś rozładowałem te emocje. Może przy kolejnych przedstawieniach będzie nieco łatwiej? 

Chcecie dotrzeć z tym spektaklem do ludzi pana pokolenia, czyli wchodzących w dorosłość. Reżyser mówi, że dzieci często bawią się w wojnę, widzą w tym zabawę. Z kolei ich trochę starsi koledzy niekiedy się radykalizują: chcą wojny, a przynajmniej rewolucji. Ten spektakl ma zmienić ich myślenie i tę „modę na wojnę”? 

Jak byłem mały to też grałem w gry wojenne, to nam (mnie i moim rówieśnikom) się podobało. Wiedzieliśmy, że jak się dostanie „strzała” na wojnie, w życiu realnym, to się padnie i nie ma drugiego życia, ale to jednak cały czas była zabawa. Niektóre dzieci lubią te gry. Po tym spektaklu myślę, że na pewno nie zmienią poglądów, ale może pomyślą? Może się zastanowią? Od zawsze mówię – skuteczniej walczy się umysłem, nie bronią . 

Gdy słyszy pan polską dyskusję o przyjmowaniu uchodźców – to co pan sobie myśli? Nasz rząd mówi: „Przyjmujemy Ukraińców. Oni są nam bliżsi kulturowo” (Ukrainka występuje z panem w spektaklu) i dodaje: „A Syryjczykom pomagamy tam na miejscu, wysyłamy pieniądze, wspieramy akcje charytatywne, księży, wolontariuszy, lekarzy, którzy tam pracują”. A jeśli chodzi o przyjmowanie uchodźców to pada argument, że Unia Europejska nie radzi sobie z oddzieleniem imigrantów ekonomicznych od uchodźców i – co ważniejsze – ludzi nastawionych pokojowo od terrorystów.  

Rozumiem te argumenty. Nie dziwię się obawom Polaków. Boją się, bo często nie da się odróżnić dobrych ludzi od tych złych. Mieszkałem w Syrii 13 lat, a sam często nie daję rady ich odróżnić, rozpoznać. Jednak w jakiś sposób trzeba pomóc, coś trzeba zrobić. Są przecież Syryjczycy, syryjskie rodziny, które są w piekle wojny. Pamiętajmy, że tych „złych” jest naprawdę niewielu, coś trzeba zrobić.  

A jak pomagać? Przyjmowaniem ich tutaj czy – jak mówi polski rząd – pomaganiem tam, na miejscu, by odbudować Syrię, waszą ojczyznę?  

Fot. Marcin Wasyluk

Pomaganie na miejscu jest ważne, ale nie na tyle, by rozwiązać wszystkie kłopoty. Tu przecież chodzi niekiedy o przeniesienie się ze śmierci, ze zła, z szarego życia, do życia, do bezpiecznego miejsca, kolorowego. Oczywiście każda pomoc jest ważna. Jednak często jest tak, że nawet ci, którzy są tam, na miejscu, może by i chcieli odbudować to miejsce, ale po pierwsze często jest to w tej chwili niemożliwe, po drugie niektórzy z nich są już tym wszystkim fizycznie i psychicznie wyczerpani. 

Gdy przyjechał pan do Polski miewał pan złe momenty, chwile złych kontaktów z Polakami? 

Nie. Może to ze względu na to, że mam mamę Polkę, jestem pół Syryjczykiem, pół Polakiem. Nie różnię się zbyt karnacją i akcentem i myślę, że dlatego ludzie mnie zaakceptowali. Nie wiem, może gdyby było inaczej, gdybym był „czystym” Syryjczykiem, to z tą akceptacją byłoby inaczej…  

Myśli pan, ma pan nadzieję, że ta wojna się skończyć? Chciałby wtedy pan wrócić do Syrii?  

Myślałem, wielu z nas myślało, że to będzie trwało krótko. Nie da się tego już opisać… Teraz myślę, że to niestety będzie trwało bardzo długo. Już siebie nie okłamuję, chociaż oczywiście mam nadzieję, że będzie inaczej. Gdy to się skończy, chciałbym wrócić. Może nie po to, by tam znowu mieszkać, ale może po to, by pomóc odbudować ten kraj.  

Od urodzenia był pan w Syrii, w Aleppo. W domu obchodziliście wspólnie święta muzułmańskie i chrześcijańskie. Polskę znał Pan głównie z opowieści mamy. Gdy Pan tu przyjechał – wyobrażenie i rzeczywistość mocno się rozminęły? 

Zanim się zaczęła wojna, przyjeżdżałem tu co dwa lata na wakacje. Polska wydawała mi się zawsze fajnym krajem, bo zawsze przyjeżdżałem tu w czasie wakacji, nie widziałem śniegu, zimy. Inaczej jest przylecieć na miesiąc, dwa, do wujka i cioci. Dopóki nie było wojny, to taką Polskę miałem w myślach. Gdy przyjechałem na stałe i poczułem prawdziwą zimę, to moje spojrzenie trochę się zmieniło. Do klimatu można się jednak przyzwyczaić. 

Pana koledzy z Syrii – ta grupa X5, o której pan mówił w spektaklu  – nie została wymyślona na potrzeby przedstawienia, tak? Ma pan z nimi kontakt? Oni żyją? Niestety to pytanie też trzeba zadać… 

Nas było pięciu. Z jednym mam kontakt, on jest w Niemczech. Drugi jest w Turcji, też do siebie piszemy. Trzeci jest w Aleppo – pomaga tacie, pracuje, uczy się. O czwartym niestety nikt nic nie wie, już od pięciu lat, więc…  

Jak pan myśli o Syrii, to jakie ma pan uczucia? Złość? Wkurzenie? Na Asada? Na tych, którzy zorganizowali zbrojne powstanie przeciw niemu? Czy teraz już jest taki galimatias, że zostają modlitwy o to, by się to jakoś „wyprostowało”… 

Na początku konfliktu było tak, że byli w tym Syryjczycy, to była kłótnia w domu. Myślę, że była szansa na to, byśmy poradzili sobie z tym sami. Gdy wtrąciły się w to wszystkie inne państwa: USA, Katar, Rosja, Arabia Saudyjska, do tego ISIS, to właśnie to mnie wkurzało, bo to skomplikowało sytuację. Zaczęły rządzić pieniądze, wielkie interesy. Do naszego narodu zaczęli wtrącać się inni.  

Skalę tragedii pokazują liczby, które przywołaliście w spektaklu. Liczba ofiar dorównuje już, a nawet i przewyższą liczbę ofiar II wojny światowej… Gdy myśli pan „mój dom” to myśli pan o Polsce czy o Syrii?  

Nadal Syria jest ojczyzną, to się nie zmieni, ale już przyzwyczaiłem się do Polski. Nie powiem, że „numerem jeden” jest Polska albo Syria, nie wybiorę. W Syrii się urodziłem, wiele się nauczyłem. W Polsce urodziła się moja mama, tu żyję, tu się uczę i tu niedługo chcę zdać maturę…  

Recenzja spektaklu „Kijów, Aleppo”, razem z rozmową z reżyserem Bartłomiejem Miernikiem, na naszym portalu już w niedzielę. W spektaklu razem z Laithem grała Solomija Mardarovych z Ukrainy. Ppemiera spektaklu odbyła się wczoraj w Warszawie. Za produkcję odpowiedzialna była Fundacja Banina. Twórcy sztuki „Kijów, Aleppo” planują wystawienie jej w szkołach.  

Było nas pięciu… [ROZMOWA ZE ZBAWICIELA] 
4.5 (75%) 4 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze