Śmierć bliskich, samotność, choroba lub towarzyszenie choremu – to dopiero ekstremalna droga krzyżowa. 

W całej Polsce 7 kwietnia wyruszyło około 190 Ekstremalnych Dróg Krzyżowych (EDK). Szacuje się, że wzięło w nich udział 60 tys. osób. Bardzo szanuję wysiłek, który wielu ludzi włożyło w udział w tym wyzwaniu. Muszę jednak przyznać, że nie podzielam fascynacji tą ideą.  

Ekstremalna Droga Krzyżowa (EDK) to spory wysiłek. Tylko że wysiłek podejmowany na neutralnym biegu. Tak nie pojedziemy do przodu. Wrzuceniem wyższych biegów byłoby znoszenie cierpień, wyrzeczeń i podejmowanie wysiłków, które realnie, na co dzień, służą drugiemu człowiekowi. Ekstremalna Droga Krzyżowa to bardziej sport z pobożną otoczką. Jasne, ma swój urok i swoją wymowę. Dla mnie jednak bardziej przekonujące jest chrześcijaństwo, które nie szuka sobie tego typu wyzwań tylko odpowiada na te, które już są dookoła. Nie trzeba ich przecież szukać daleko. Szpitale, hospicja, uchodźcy, nasze własne babcie i dziadkowie czekają na uwagę i pomoc. Trochę na siłę wydaje się więc podejmowanie poświęceń na drodze, która nie prowadzi do konkretnego człowieka. Niedawno komentarz w bardzo podobnym tonie wygłosiła s. Małgorzata Chmielewska. 

– Może by tak zamiast „Ekstremalnej Drogi Krzyżowej” ekstremalnie dobre uczynki – parę godzin sprzątania w hospicjum, przebierania ton odzieży w magazynach jakiejś organizacji lub wizyta w domu dla ludzi starszych? Bardziej ekstremalnie jeszcze – pomoc uchodźcom w ich obozach? – pisze s. Chmielewska. 

Ktoś powie, że przecież Droga Krzyżowa to sposób modlitwy i szukania jedności z Chrystusem. Nie chcę tego ani negować, ani krytykować. Każdy najlepiej wie, jakie formy pobożności najlepiej służą jego duchowemu rozwojowi. Uważam jednak, że nasza relacja z Bogiem budowana jest przede wszystkim przez kontakt z drugim człowiekiem, a wyjście naprzeciw chorym i samotnym jest bardziej ekstremalne i chrześcijańskie niż wyzwanie typu EDK.

fot. PAP/Marcin Bielecki

Ksiądz Jacek Stryczek, współorganizator EDK podkreśla, że w wydarzeniu chodzi o rozwój. – Uczestnicy rozwijają się nie dla własnego rozwoju, ale dlatego, że gdy stają się fajniejsi, mogą budować fajniejsze relacje, w tym relacje z Bogiem – zaznacza duchowny. I wielu ludzi pewnie doświadczyło fantastycznej przemiany dzięki tej ekstremalnej formie Drogi Krzyżowej. Oby takich przypadków było jak najwięcej. Trzeba jednak pamiętać, że chrześcijaństwo to przede wszystkim droga bardzo realnego służenia Bogu i drugiemu człowiekowi.   

Jest zbyt wielu chorych i wykluczonych, żebyśmy mieli szukać dodatkowych wrażeń na religijnym evencie. Ekstremalnym pójściem za Chrystusem są np. wyjazdy misyjne. Wolontariusze poświęcają część swojego czasu, a nawet kariery zawodowej, żeby wyjechać na kilka miesięcy i pracować w najuboższych krajach. Ekstremalnie dobre rzeczy można jednak wprowadzać w życie także w Polsce, w szarej codzienności. 

Mam nadzieję, że nasze chrześcijaństwo (w tym także oczywiście moje) będzie ekstremalne przede wszystkim przez dobro, które uobecniamy, a niekoniecznie przez sportowy wysiłek.

Chrześcijaństwo ekstremalne
6 (100%) 5 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze