Wydawałoby się, że na swój widok powinniśmy rzucać się sobie do gardeł, jednak po ponad roku wspólnej pracy i dziesiątkach dyskusji odkryliśmy z niemałym zdziwieniem, że więcej nas łączy niż dzieli.

Jesteśmy właściwie na kościelnych antypodach: jeden z nas czyta „Tygodnik Powszechny”, drugi „Christianitas”. Jeden inspiruje się Tischnerem, drugi Ratzingerem. Jeden chodzi na Msze św. do parafii, drugi na trydenckie. Wydawałoby się, że na swój widok powinniśmy rzucać się sobie do gardeł, jednak po ponad roku wspólnej pracy i dziesiątkach dyskusji odkryliśmy z niemałym zdziwieniem, że więcej nas łączy niż dzieli. Jesteśmy jak dwie nawy jednego kościoła. Właśnie to doświadczenie wspólnoty pomimo dzielących nas różnic zainspirowało nas do rozpoczęcia nowej serii felietonów #DwieNawy, w których pokazywać będziemy, jak w całej kościelnej różnorodności można odnaleźć jedność.

 

Zanim zaczęliśmy z Aleksandrem pisać teksty do tej odsłony „Dwóch naw”, trochę rozmawialiśmy. Doszliśmy do wniosku, że nie ma między nami większych różnic: obaj sądzimy, że katolicy powinni angażować się w życie publiczne. Jest jednak kilka aspektów tego zaangażowania, które warto poruszyć i zaakcentować.

Polityka zakłada troskę o dobro wspólne, a jako katolicy mamy przecież zobowiązania nie tylko wobec samych siebie, ale także wobec innych. Nie możemy więc zamykać oczu na to, co dzieje się dookoła. Mamy jasne powołanie do tego, żeby zmieniać na lepsze środowisko, w którym żyjemy.

Sfera społeczna potrzebuje tradycji, określonych norm. Dlatego ważnym zadaniem katolika jest wprowadzanie w tę sferę chrześcijańskich wartości. Troska o dobro wspólne wymaga od chrześcijanina zabierania głosu w sprawach ważnych dla społeczeństwa. Dotyczy to także kwestii stanowienia prawa zwłaszcza w tych obszarach, w których dotyka ono moralności, ochrony życia czy godności człowieka.

Warto jednak, aby katolik unikał walki politycznej, przynajmniej w tej formie, która najczęściej pojawia się na naszej scenie politycznej. Szczególnie ważna jest tutaj otwartość na drugiego człowieka, na dialog i na szukanie porozumienia. W czasach, w których język stał się niebezpiecznym orężem, musimy ważyć słowa, używać ich z odpowiedzialnością i wrażliwością na reakcję drugiej strony.

O ile głos katolików w sferze publicznej powinien wybrzmiewać głośno i zdecydowanie, o tyle trzeba jednak zwrócić uwagę, że zaangażowanie hierarchów w bieżący spór polityczny to już zupełnie inna bajka. Nie tak dawno temu abp Gądecki wypowiedział się jasno, że Kościół i księża nie powinni opowiadać się za konkretną partią polityczną. – Warto zauważyć, że partia (od pars) reprezentuje zawsze interes częściowy, a Kościół jest społecznością uniwersalną. Kościół z racji swej uniwersalnej misji – kierując swoje przesłanie do ludzi z wszystkich opcji politycznych – nie może utożsamiać się z żadną konkretną opcją spośród nich – powiedział przewodniczący KEP.

Cała sztuka polega na tym, aby zajmować się polityką, ale być jednocześnie ponad nią. Angażując się w działalność publiczną, pamiętajmy więc, że jesteśmy winni wierność konkretnym wartościom, a nie partyjnym szyldom.

Michał Jóźwiak 

 

Kwestia społecznego zaangażowania katolików jest właściwie jasna. Cała Katolicka Nauka Społeczna, począwszy od encykliki Rerum novarum kręci się wokół zaangażowania w życie parafii, lokalnej wspólnoty itd. Nie można mieć więc wątpliwości, że Kościół chce od nas aktywności na tych polach. Ku mojemu zdziwieniu wątpliwości pojawiają się jednak, gdy rozważamy, jak dalece katolik powinien angażować się w bieżącą „walkę polityczną” oraz czy powinna się w nią angażować hierarchia kościelna. Te dwie kwestie postaram się więc króciutko wyjaśnić. 

O ile jeszcze kwestię zaangażowania hierarchii kościelnej w politykę można faktycznie uznać za wartą dyskusji, o tyle zasadność zaangażowania świeckich wydaje mi się zupełnie naturalna. Święty Jan XXIII w encyklice Pacem in terris pisał, że „nie wystarcza przyznawać człowiekowi prawa do rzeczy dla życia koniecznych, jeśli jednocześnie nie staramy się w miarę sił o to, aby rzeczywiście posiadał środki potrzebne do utrzymania”. Dlatego właśnie mówienie, że katolik nie powinien mieszać się w politykę, pozbawione jest sensu. Jest dokładnie odwrotnie. Nie można stawiać postulatów i unikać próby ich realizacji. Odrzucenie tej sfery (czyli np. odmówienie udziału w działaniach partii politycznych) ze względu na strach przed „pobrudzeniem rąk” jest zwyczajnie oddaniem pola przeciwnikom. Chrześcijański polityk faktycznie nie powinien się brudzić, ale nie poprzez chowanie się w kącie, ale przez twarde przywiązanie do swoich wartości. 

Zaangażowanie hierarchii kościelnej w politykę to sprawa trochę innego rodzaju. Biskupi, których zadaniem jest przewodzenie Kościołowi, dbanie o rozwój wiary i dysponowanie sakramentami siłą rzeczy powinni unikać uwikłania w bieżącą walkę polityczną, ponieważ nie służy to wykonywanej przez nich funkcji. Działają oni w sferze wartości i prawd, ich rozwoju i obrony, zostawiając ich realizację innym. Mogą, a nawet powinni (wynika to z ich funkcji) wkraczać wtedy, gdy to konieczne, nie opowiadając się jednak po stronie określonej partii, a raczej w obronie danej sprawy czy postulatu. Nie można więc powiedzieć, że hierarchia kościelna powinna w całości wycofać się z polityki, trzeba mieć jednak uzasadnione pretensje, gdy chodzi na pasku którejś ze stron politycznego sporu. 

Aleksander Barszczewski

Przeczytaj pozostałe felietony z cyklu „#Dwie Nawy”!

#DwieNawy: czy katolik powinien angażować się w politykę?
5.8 (96.67%) 5 ocen.


źródło: Michał Jóźwiak/Aleksander Barszczewski

Tagi

#DwieNawy

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze