Wydawałoby się, że na swój widok powinniśmy rzucać się sobie do gardeł, jednak po ponad roku wspólnej pracy i dziesiątkach dyskusji odkryliśmy z niemałym zdziwieniem, że więcej nas łączy niż dzieli.

Jesteśmy właściwie na kościelnych antypodach: jeden z nas czyta „Tygodnik Powszechny”, drugi „Christianitas”. Jeden inspiruje się Tischnerem, drugi Ratzingerem. Jeden chodzi na Msze św. do parafii, drugi na trydenckie. Wydawałoby się, że na swój widok powinniśmy rzucać się sobie do gardeł, jednak po ponad roku wspólnej pracy i dziesiątkach dyskusji odkryliśmy z niemałym zdziwieniem, że więcej nas łączy niż dzieli. Jesteśmy jak dwie nawy jednego kościoła. Właśnie to doświadczenie wspólnoty pomimo dzielących nas różnic zainspirowało nas do rozpoczęcia nowej serii felietonów #DwieNawy, w których pokazywać będziemy, jak w całej kościelnej różnorodności można odnaleźć jedność.

Michał Jóźwiak

Rozgardiasz, brak dyscypliny, brak ciekawych tematów, oglądanie filmów (często w ogóle nie związanych z Kościołem) i odrabianie zadań domowych z innych przedmiotów. Być może inni mieli więcej szczęścia, ale tak wyglądała moja katecheza przez 12 lat. 

Oczywiście w takich warunkach nie da się rozmawiać o wierze, szukać odpowiedzi na egzystencjalne pytania czy chociażby poznawać nauczania Kościoła w najważniejszych sprawach. Przeprowadzenie raz na semestr kartkówki z Dziesięciu Przykazań, to nie najlepsza metoda zaszczepiania w młodych ludziach chęci budowania relacji z Bogiem. A przecież właśnie o to chodzi. Sprawdzanie wiedzy to ważny element przedmiotów takich jak historia, matematyka czy biologia. Ale dekalog to nie wzory skróconego mnożenia – zastosowanie go w praktyce jest nieco bardziej skomplikowane. I warto, żeby katecheci wprowadzali młodych ludzi w świat moralności z dużą dbałością o wszystkie niuanse czy aspekty życia codziennego. 

Ale do rzeczy. Z samego narzekania nic przecież nie wynika. Ktoś powie, że możemy gderać na to, jak wygląda katecheza w szkołach, ale jest z nią trochę tak jak z demokracją – jest kiepska, ale jak dotąd nie wymyślono nic lepszego. Ale czy na pewno? Pokolenie moich rodziców i dziadków uczyło się religii przy parafii. Jasne, to były inne czasy, inne realia, których nie da się prosto przełożyć na 2017 r. Uważam jednak, że przeniesienie lekcji religii do parafii otwiera więcej możliwości niż prowadzenie tych zajęć w szkołach. 

Nie bez znaczenia jest tutaj kwestia wyboru. Żyjemy w czasach, kiedy wiarę praktykuje się nie ze względu na tradycję, ale właśnie z wyboru. Ta świadomość powinna być kształtowana już od samego początku. W szkole dzieci chodzą na religię z przyzwyczajenia, bo to np. jedna z lekcji w środku dnia. Tymczasem w salkach parafialnych katecheci mieliby łatwiejsze zadanie, bo lepiej pracuje się z tymi, którym naprawdę zależy na słuchaniu i rozmawianiu o Bogu. Może także i księża chętniej poznawaliby swoje „owieczki”, gdyby trzeba było nauczyć ich wiary od podstaw. Wpływ księży na edukację religijną jest przecież niezmiernie ważny i według mnie powinien być większy niż obecnie. Wycofanie katechezy ze szkół może naturalnie spowodować większe zaangażowanie duchownych w prowadzenie takich zajęć w środowisku parafialnym. 

Jasne, potrzebna jest dyskusja i jeśli chcielibyśmy reformy, to musi być ona solidnie przygotowana. Nie powinniśmy jednak biernie przyglądać się temu, że katecheza jest często dla uczniów czasem utwierdzania się w przekonaniu, że Kościół nie ma im nic ciekawego do zaoferowania. Bo tak nie jest.

Aleksander Barszczewski

Nie wspominam dobrze szkolnej katechezy. Coś konkretnego przerabialiśmy chyba tylko w podstawówce, szczególnie w trakcie przygotowania do pierwszej Komunii św. W gimnazjum (katolickim, warto zaznaczyć) i liceum religia była już tylko przerwą między innymi lekcjami. Oglądaliśmy filmy (np. „Egzorcyzmy Emily Rose“ – Boże dopomóż) albo uczyliśmy się tajemnic różańca. Najczęściej jednak odrabialiśmy zadania z innych przedmiotów.

Widząc ten katastrofalny poziom nauczania religii w szkołach, wiele osób domaga się radykalnej zmiany w systemie – najczęściej przeniesienia katechezy z powrotem do parafii. Za częściowym powrotem katechezy do parafii opowiadają się też niektórzy biskupi, jak np. Grzegorz Ryś:

Myślę, że najpoważniejsza zmiana, jaka nas czeka, i ona się już dzieje gdzieniegdzie, ale nie powszechnie, to jest, żeby katechezę, która prowadzi do wtajemniczenia chrześcijańskiego, wyrwać ze szkoły i przenieść ją z powrotem do środowiska wiary, jakim jest parafia – wspólnota w Kościele.

Całkowite przeniesienie nauczania religii do parafii pociąga za sobą jednak kilka problemów, które trzeba mieć na uwadze.

Po pierwsze zastanówmy się, kto miałby katechizować? Można oczywiście zbywać takie pytania, bo przecież ksiądz jest od uczenia religii, ale nie jest to jednak takie proste. Księża (których jest coraz mniej, przypomnijmy) i tak są już często bardzo obciążeni, a przeniesienie nauki religii do parafii wymusiłoby na nich organizację całej „infrastruktury”, nie tylko samo uczenie. Z drugiej strony katecheci, czyli normalnie pracujący nauczyciele, nie będą teraz nagle przychodzić pracować za (pół)darmo popołudniami i wieczorami, bo komuś zachciało się przenieść nauczanie religii do parafii. Kiedyś zajęcia często prowadzili ludzie „z łapanki”, czyli mający jakąś tam mglistą wiedzę o temacie i czas, żeby to robić. Istnieje więc ryzyko, że zamiast ludzi (względnie) przygotowanych będziemy mieć nieprzygotowanych. Takiej zmiany chcemy? Nie wydaje mi się.

Zmiana modelu nie sprawi, że znikną nagle wszystkie problemy. Potrzebna jest solidna i wytrwała praca u podstaw. Poprawmy poziom nauczania teologii na wydziałach, zastanówmy się nad zmianą charakteru zajęć – ale nie podejmujmy decyzji, których cofnąć już nie zdołamy, bo wylejemy dziecko z kąpielą. A z tym jest trochę jak ze zdrowiem: „Nikt się nie dowie,/Jako smakujesz,/Aż się zepsujesz”.


Przeczytaj pozostałe felietony z cyklu „#Dwie Nawy”!

#DwieNawy: katecheza w szkole
5.75 (95.83%) 8 ocen.


Tagi

#DwieNawy

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

  Komentarzy:: 2

  1. Jacek Połoniński


    Problem nie jest w tym gdzie będziemy religii uczyć tylko jak i kogo. Religia w szkole jest dla Kościoła dość wygodna po pierwsze odpada „logistyka” a po drugie „nabija statystyki”. Póki co nauka religii dla dzieci to wpajanie regułek (nie bardzo zrozumiałych tudzież takich których doniosłość w życiu nie jest dla nich oczywista), jak dla mnie religia powinna zachęcać do poszukiwania Boga, musi dać impuls by Bóg stał się Kimś naprawdę ważnym w naszym życiu. Popatrzmy na rzeczywistość parafialną, w mojej małej podhalańskiej wiosce (wieś i Podhale to ciągle wg stereotypów i kościelnych statystyk ostoja wiary i tradycyjnego katolicyzmu) w niedzielę na Mszę Św. przychodzi mniej niż 50% parafian…znaczy że nie jest dobrze, mimo że Ci wszyscy parafianie mieli zapewne piątki z religii w szkole…tyle że to nie przełożyło się na szczere pragnienie Boga. Jeśli to się nie zmieni to będzie nauka religii na zasadzie naganiania dzieci, straszenia niedopuszczeniem do Komunii Św. tudzież brakiem później ślubu kościelnego. Jeśli Kościołowi to odpowiada to kiepsko widzę przyszłość. To rzeczywiście przyszłość Kościoła jak pisał Benedykt XVI jawi się jako małej wspólnoty ludzi rzeczywiście zaangażowanych. Dla mnie nie ma znaczenia czy religia będzie w szkole czy salce katechetycznej (ja miałem w salce a później w szkole), mam nadzieję że będzie wzbudzać w ludziach (dzieciach) miłość i pragnienie Boga, inaczej to nie ma sensu i szkoda doprawdy pieniędzy podatników bo i tak te dzieci w znakomitej większości albo zostaną „niedzielnymi katolikami” (dla których wiara ma znaczenie przy ślubie, pogrzebie, i kilku Świętach, będzie się kojarzyć ze święconką i choinką a nie z Żywym Bogiem) albo całkiem odejdą od wiary. Niestety mam wrażenie że Kościół trochę idzie na ilość nie na jakość i cały czas pociesza się statystykami które marnie oddają coraz gorszą rzeczywistość. Pozdrawiam


  2. Ja akurat popieram katechezę w szkole, uważam, że jej krytycy często pomijają pewien bardzo ważny aspekt – możliwość wspólnej modlitwy. Każda lekcja religii (w każdym razie w czasie, kiedy sama chodziłam do szkoły) zaczynała się od modlitwy i w sytuacji, gdy ludzie są coraz dalej od Jezusa, wzywanie Go nawet przez małą grupkę na lekcji jest bardzo ważne dla całej szkoły.
    Wydaje mi się również, że trochę błędnie wiąże się odchodzenie ludzi od Kościoła ze słabo prowadzoną katechezą młodzieży (chociaż, oczywiście, to również może się do takiego stanu przyczyniać). Problemem jest brak zaangażowania religijnego dorosłych (jeżeli młody człowiek widzi, że jego rodzice nie chodzą na mszę i się nie modlą, to trudno się dziwić, że mamy kryzys – a warto zauważyć, że część „letnich” rodziców chodziła na katechezę do „salek”).