Wydawałoby się, że na swój widok powinniśmy rzucać się sobie do gardeł, jednak po dwóch latach wspólnej pracy i dziesiątkach dyskusji odkryliśmy z niemałym zdziwieniem, że więcej nas łączy niż dzieli.

Jesteśmy właściwie na kościelnych antypodach: jeden z nas czyta „Tygodnik Powszechny”, drugi „Christianitas”. Jeden inspiruje się Tischnerem, drugi Ratzingerem. Jeden chodzi na Msze św. do parafii, drugi na trydenckie. Wydawałoby się, że na swój widok powinniśmy rzucać się sobie do gardeł, jednak po ponad roku wspólnej pracy i dziesiątkach dyskusji odkryliśmy z niemałym zdziwieniem, że więcej nas łączy niż dzieli. Jesteśmy jak dwie nawy jednego kościoła. Właśnie to doświadczenie wspólnoty pomimo dzielących nas różnic zainspirowało nas do rozpoczęcia nowej serii felietonów #DwieNawy, w których pokazywać będziemy, jak w całej kościelnej różnorodności można odnaleźć jedność.

Michał Jóźwiak

Forma pomocy potrzebującym, którą proponuje Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, nie do wszystkich przemawia. Są tacy, którzy zarzucają jej zbyt duży rozmach, niepotrzebne show. Trzeba szanować takie opinie, choć nie można wpaść w pułapkę myślenia, że poza Kościołem nie może się dziać nic dobrego. Może. I dzieje się wiele dobra. Mamy w Kościele monopol na zbawienie, to prawda, ale nie na czynienie dobra. A jestem przekonany, że dobro zawsze w jakiś sposób drąży duszę, uwrażliwia ją na drugiego człowieka i przez to otwiera także na Boga. To droga, proces i nieustanne poszukiwanie.

Innym z kolei przeszkadza hasło, które wypromował lider WOŚP – „róbta, co chceta”. Abp Życiński przekonywał, że należy widzieć tu nawiązanie do słynnej sentencji św. Augustyna („Kochaj i rób, co chcesz”). Niektórzy doszukują się tutaj kultu swobody obyczajowej. Tymczasem można spojrzeć na to zupełnie inaczej. Robienie tego, co się chce to wyraz dobrze rozumianej wolności. Św. Paweł pisał przecież: „Łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać już nie”. Zbudowanie równowagi i prostego przełożenia – robię to, co chcę – jest w życiu niesłychanie ważne. Nieufność wobec tego sloganu wynika chyba z naszej podejrzliwości, że kiedy człowiek może robić to, co chce, to zazwyczaj schodzi na złą drogę.

– Gorliwi przeciwnicy hasła nie doszli jeszcze do tego doświadczenia siebie, dla którego właściwym siedliskiem tożsamości osobowej jest doświadczenie „chcesz”. „Chcesz” myli się im z jakimś „chce mi się – nie chce mi się”, a więc z kaprysem emocji. Ludzie ci wciąż czują się nieswojo w świecie, w którym nie widzą wyraźnych zewnętrznych nakazów i zakazów – pisał w latach dziewięćdziesiątych ks. Tischner.

No właśnie. Rzeczywistość wymaga od nas, żebyśmy bez zewnętrznych nakazów potrafili zarządzać swoją wolnością. I słynne hasło Jurka Owsiaka powinno nam o tym przypominać. Jasne, że część młodych ludzi na Przystanku Woodstock usprawiedliwia tym hasłem swoją frywolność, ale to już kwestia ich sumień i indywidualnych wyborów.

Dyskusje wywołuje również temat tego, jak WOŚP gospodaruje zebranymi pieniędzmi. Jest to oczywiście zasadne, bo każda fundacja musi prowadzić transparentną działalność. Nikt nie ma chyba jednak wątpliwości, że przy wszystkich tych kontrowersjach Orkiestrze udało się zrobić wiele dobrego. Jest taka anegdota, w której człowiek ratujący się przed powodzią siedzi na dachu swojego domu i prosi Boga o ratunek. Przypływa jedna łódź ratunkowa i kolejna, ale mężczyzna odmawia, bo czeka na Bożą interwencję. W końcu tonie i pełen wyrzutów staje przed Stwórcą, mówiąc: „Boże, obiecałeś mi ratunek, a się nie pojawiłeś!”. –„Przecież wysłałem ci dwie łodzie ratunkowe” – odpowiada Bóg. Jestem pewien, że Bóg niejeden raz posłużył się sprzętem zakupionym przez WOŚP jako taką właśnie łodzią, która miała uratować chorych i cierpiących z poważnych opresji. I to nie jest bez znaczenia.

Aleksander Barszczewski

Pomagać każdy może, jeden trochę lepiej, drugi trochę gorzej. Coroczny festiwal zmuszania mnie do bycia przykładnym, pomocnym obywatelem trwa w najlepsze. Spróbuj tylko wyściubić nos zza drzwi domu – jeśli nie masz przyklejonych na czole przynajmniej dziesięciu serduszek bądź pewien, że nie przejdziesz spokojnie pół metra bez propozycji opłaty haraczu. Nie znoszę być zmuszany, nawet do dobroczynności – ale to tylko jeden z powodów mojej niechęci w stosunku do inicjatywy Jerzego Owsiaka. 

Wielu moich znajomych dziwiło się, dlaczego do WOŚP podchodzę z rezerwą. „Zobacz – mówili – tu, w tym szpitalu, jest sprzęt, którego nie było. To jest konkretna wartość dodana, z tym nie ma dyskusji. Nie dało się wykonać jakiegoś zabiegu, teraz się da. Warto znieść każdą niedogodność”. I oczywiście fakt, że Polacy przez jeden dzień w roku odczuwają potrzebę pomagania innym, cieszy. Ale to nie oznacza, że muszę podchodzić do imprezy bezkrytycznie. Szczególnie że krytyka ta jak najbardziej się należy. 

Po pierwsze trzeba mieć świadomość, że Jerzy Owsiak pozycję autorytetu zdobytą dzięki organizacji WOŚP bardzo skrzętnie wykorzystuje w walce światopoglądowej, choćby na Przystanku Woodstock. Do zgromadzonej tam młodzieży woła „Róbta, co chceta!”, co grono jego fanatycznych zwolenników próbuje tłumaczyć podobieństwem do maksymy św. Augustyna, który mówił: „Kochaj i rób co chcesz”. Podobieństwo to jest oczywiście tylko pozorne, bo święty nie zachęca nas do nieskrępowanej niczym samowoli, ale stawia na piedestale Miłość, która we właściwym, chrześcijańskim rozumieniu porządkuje nam wszystko pozostałe. Kiedy ktoś próbuje mnie więc przekonać, że Owsiak z woodstockowej sceny głosi chrześcijańskie wartości, po prostu uśmiecham się z politowaniem. 

Inną sprawą jest to, jak dzięki stanięciu po „właściwej stronie barykady” Owsiak otrzymał ogromne wsparcie aparatu państwa i jak to wykorzystuje. Z WOŚP współpracuje ogromna liczba państwowych instytucji, poświęcając na to publiczne pieniądze. Trzeba mieć więc świadomość, że na wynik, który na końcu odtrąbiony jest jako „kolejny rekord Owsiaka”, chcąc nie chcąc płacimy wszyscy. 

Trzecią wreszcie kwestią, którą warto podnieść, jest nietransparentność WOŚP i organizacji z nią związanych, czyli Złotego Melona i Mrówki Całej. Jerzy Owsiak wielokrotnie wzywany przez sąd do ujawnienia ksiąg rachunkowych na samo wspomnienie o nich reaguje agresją i wulgaryzmami. Nie tak zachowuje się człowiek, który nie ma nic na sumieniu. 

Oczywiście warto pomagać. Ale zmuszanie mnie do wsparcia człowieka nietransparentnego, który jedną ręką łoży na sprzęt medyczny dla chorych dzieci, a drugą wspomaga feministki walczące o możliwość zabijania tychże chorych dzieci w łonie matki, zakrawa na absurd.

Przeczytaj pozostałe felietony z cyklu „#Dwie Nawy”!

#DwieNawy: WOŚP, czyli „róbta, co chceta”
6 (100%) 7 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.