Przyznam się bez bicia. Decyzja o dużej rodzinie to było szaleństwo. Nawet większe niż skok na bungee. Na szczęście nic nam się nie stało, choć chwilami łatwo nie jest. Ale czy ktoś obiecywał, że tak będzie?

Oboje nie mieliśmy bladego pojęcia o tym, co to znaczy mieć kilkoro dzieci i to jeszcze z małą różnicą wieku. Oboje pochodzimy z domów, w którym było dwoje dzieci i to takich, że wychowywane były jak dwoje jedynaków. Z racji różnicy wieku bardziej matkowałam swojemu bratu, podobnie jak starsza siostra mojemu mężowi. Nie mieliśmy doświadczenia wspólnych zabaw, wspólnego biegania po podwórku. Kiedy mój brat bawił się w piaskownicy, mnie już dawno nie interesowały zamki i babki, a… płeć przeciwna. A jak tu podrywać chłopaków na młodszego brata?

Kiedy jeszcze jako narzeczeni zastanawialiśmy się nad naszą rodziną, zawsze widzieliśmy w niej kilkoro dzieci. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, ile do pracy i trudu wymaga taka gromadka. Bardziej przemawiały do nas sielskie obrazki szczęśliwej rodziny wylegującej się na łące wśród kolorowych kwiatów: wszyscy uśmiechnięci, czysto ubrani, no sielanka po prostu… I myśleliśmy, jak się okazało, dość naiwnie, że i u nas tak tylko będzie.


Życie szybko zweryfikowało te nasze nierealne wyobrażenia. Bo dużo dzieci to dużo emocji, dużo relacji, dużo krzyku i hałasu, dużo chorób (szczególnie kiedy były małe), dużo prania, dużo gotowania, dużo pracy, by z każdym porozmawiać, każdemu poświęcić choć ciut uwagi. A i tak zawsze jest za mało, „bo ty, mamo, to z nim więcej rozmawiałaś”, albo „jemu to dłużej czytałaś”. Nie piszę tego wszystkiego, by się nad sobą użalać, naprawdę jestem od tego daleka. Nie traktuję moich dzieci (może nie zawsze takich, jakimi sobie wyobrażałam, że będą) jak Bożego dopustu, kary czy innej zarazy, która spadła na mnie w najmniej oczekiwanym momencie. Choć czasem bywa trudno, nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Ja już nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jakby moje życie mogło wyglądać bez dzieci. Co prawda czasem lubię sobie pomarzyć, szczególnie jak bardzo dadzą mi w kość (a potrafią), jak to było fajnie w czasach „przeddzieciowych” leżeć cały dzień na plaży i czytać książki. Ale dzieci szybko potrafią sprowadzić mnie na ziemię. I zamiast tęsknić za przeszłością, wolę zachwycać się ich innością, różnorodnością, zastanawiać się, jak się potoczy ich życie.

Dla mnie ta nasza gromadka to wielka radość. Pamiętam ten okropny stres, który towarzyszył nam na początku naszego małżeństwa, kiedy staraliśmy się o pierwsze dziecko i te łzy, że znów się nie udało. To jest nieszczęście, a nie dzieci. Dlatego strasznie drażnią mnie komentarze, które raz po raz słyszę. „Jak sobie pani radzi?”, „A to wszystkie pani?”, „Ja to bym tak nie mogła. Szczerze pani współczuję”.

A ja tam sobie nie współczuję. Cieszę się, że mamy pięcioro zdrowych, radosnych, pełnych życia i energii dzieci. Cieszę się, że każde z nich jest inne, mimo że mają tych samych rodziców i to samo środowisko wychowawcze. Cieszę się, że się o siebie martwią i za sobą tęsknią, kiedy któreś wyjedzie. I nie potrzebuję takiego fałszywego współczucia. A szczególnie denerwuje mnie, kiedy ktoś zaczyna się użalać nade mną w obecności moich dzieci. Fakt, nie zawsze siedzą grzecznie w kąciku (no dobrze, prawie nigdy im się to nie zdarza). Kiedy są w domu, mieszkanie przypomina pobojowisko (świetnie przecież zrobić sobie domek z krzeseł, nakryć wszystko kocami i poznosić tam zabawki z całego domu). Kiedy jedzą, jedzenie lubi im lądować na czystych bluzeczkach (przecież nie ma czasu, zabawa czeka). Przykłady można mnożyć. Ale nie podaje ich po to, by wzbudzać jakąś litość. Ja jej nie potrzebuję. Bo ten bałagan, hałas i chaos to niezbity dowód na to, że w naszym domu toczy się normalne życie, a dzieci zachowują się jak dzieci. Wieczorem wspólnie posprzątamy, tak żeby choć przez chwilę mama mogła cieszyć się porządkiem. A potem będzie noc i kolejny dzień, w którym wrażeń i adrenaliny mi nie zabraknie. A jeśli już ktoś tak bardzo chciałby mi współczuć, to z góry mówię – za to dziękuję. Poproszę za to uśmiech. Niech to będzie znak, że ten cały mój trud ma sens.

A ja sobie nie współczuję!
6 (100%) 2 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.