Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną (Mk 10, 21). 

Jakie to byłoby proste, gdyby religia mogła być jak handel. Przestrzegam przykazań, a Bóg daje mi za to dostatnie życie i udane relacje. Wtedy mogę podzielić się tym, co mam. Coś dam na cele charytatywne, dam komuś swój czas i pogodę ducha, by go pocieszyć. A wtedy Bóg, widząc moje gesty miłosierdzia, wynagrodziłby mnie na przykład odpuszczeniem grzechów. Albo wystarczyłoby, że powiedziałby „ile”. Ile jeszcze modlitw, postów, pielgrzymek, ile mam oddać na jałmużnę. Przecież byłabym gotowa ponieść jeszcze jeden nakaz, jeszcze trochę ofiary, gdybym tylko dostała gwarancję, że się w ten sposób zbawię. Mogłabym nawet dać Bogu kredyt. Część nagrody spłaciłby mi po śmierci.  

Ale Jezusowi nie chodzi o gromadzenie czegokolwiek, choćby zasług dla nieba. Co więc mogę zrobić, aby się zbawić?  

Nic. Żaden czyn, choćby najszlachetniejszy, nie ma mocy mnie zbawić… tylko Ofiara Jezusa Chrystusa. 

Przyznam, że kiedy pomyślę o tym, że można dla Boga zostawić wszystko i po prostu iść za Nim, wszystkiego oczekiwać jedynie od Opatrzności, to uruchamiają się we mnie potężne mechanizmy obronne. Mam wiele argumentów zawierających takie hasła jak: realizm, złoty środek, roztropność, zwykła ludzka potrzeba. Trudno uwierzyć, że żeby zyskać, trzeba wszystko stracić. Wolę się zabezpieczać. Gdzieś mam nadzieję, do której w sumie wstyd się przyznać: że Bóg może trochę zmniejszy oczekiwania, kiedy zobaczy, że wielu odchodzi zasmuconych jak ten człowiek z Ewangelii. Wystraszy się tym, że będzie miał tak niewielu, którzy pójdą za Nim. Może zadowoli się czymś skromniejszym? Może Bóg pójdzie na kompromis” Przecież nie musiałabym też otrzymywać wszystkiego. Wystarczy, że dostałabym dużo… jednocześnie nie tracąc zbyt wiele. 

Bóg domaga się miejsca ponad to, co osiągnęliśmy, zarobiliśmy, wypracowaliśmy, na jaką opinię zasłużyliśmy i co sobie wymarzyliśmy. Zwłaszcza ponad to, za co inni nas chwalą, podziwiają, akceptują. Być może ewangeliczny „pewien człowiek” chciał nawet rozdać cały swój majątek, może aż tak bardzo nie zależało mu na pieniądzach, ale powstrzymała go obawa. Lęk przed tym, co pomyśli o nim rodzina, sąsiedzi, znajomi, kiedy rozda wszystko ubogim. A mogliby pomyśleć: zgłupiał. Być może najbardziej nie chciał oddać Bogu dobrej opinii na swój temat. Nie chciał stracić pozycji kogoś szanowanego i spaść do rangi głupca. 

Ledwie powstrzymuję się przed „świętym oburzeniem” – jaki ten Bóg jest zachłanny! Od nas wymaga, by zostawić wszystko, a sam chce całego człowieka, całe jego życie. Ale kiedy zostawiam na boku moje lęki, to widzę, że moje i Boże pragnienia dotyczą w sumie tego samego – miłości.  

W pragnieniu obecności i miłości Boga możemy, a nawet powinniśmy być nienasyceni. Bóg nie zadowala się tym, by być kochanym jedną z wielu naszych miłości. I my nie powinniśmy się zadowalać tym, że jest w naszym życiu coś cenniejszego i coś, co pochłania nas bardziej niż Miłość. 

Oceń ten artykuł


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.