Śmieszne, tandetne, zaściankowe, niesmaczne – to tylko najlżejsze określenia „Różańca do granic”. Akcja modlitewna (pierwsza taka w Polsce) odbyła się w ostatnią sobotę, 7 października, w Święto Matki Bożej Różańcowej. Pisaliśmy o niej na portalu w weekend.  

 

Wątpliwość numer 1 

Od razu przyznam, że pewne elementy tej akcji wzbudziły moje wątpliwości. Choćby to, że w niektórych miejscach jej uczestnicy ustawiali się tyłem do granic a przodem do kraju (stali więc plecami do Niemiec, do Rosji, do Litwy, tyłem do sąsiadów zza morza – do Szwedów). To budzi wątpliwości, bo od razu ustawia modlących się w kontrze do innych (tych obcych, tych zza granicy). A przecież sami organizatorzy akcji (Fundacja Solo Dios Basta) pisali w zaproszeniu do modlitwy, że ma to być wyproszenie pokoju nie tylko dla Polski ale i całego świata. To może tylko gest, ale bardzo ważny.  

 

 

Wątpliwość numer 2 

Drugą wątpliwością było to, że początkowo organizatorzy akcji chcieli modlić się też przeciw islamizacji Europy. Biskupi, którzy oficjalnie wsparli „Różaniec do granic”, z tego fragmentu zrezygnowali. Arcybiskup Stanisław Gądecki w Radiu RMF mówił: „My, jako chrześcijanie, przez Ewangelię jesteśmy zachęcani do tego, żeby nie być nic dłużni drugiemu człowiekowi poza wzajemną miłością. Więc także islam, także judaizm, także wszystkie inne religie – my jesteśmy tylko dłużni wzajemną miłość tym ludziom”. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski w jasny sposób dał więc do zrozumienia, że jest miejsce na modlitwę „za kogoś”, „o coś”, a nie w kontrze do jakiejkolwiek innej religii i wyznania.  

 

Wątpliwość numer 3 

Trzecią sprawą jest forma. Przyznam, że bliższa mi jest inna forma modlitwy, bardziej w stylu „gdy chcesz się modlić, idź do swojej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca, który jest w ukryciu”. Lepiej modlę się w ciszy, niekoniecznie sam, ale niekoniecznie też w tak publiczny sposób. Jednak to zupełnie nie skłania mnie do podzielania tych ocen, które padły przed i w trakcie „Różańca do granic”. Publiczne wyznawanie wiary jest potrzebne i jest ważne. I można to widzieć na kilku poziomach. Przede wszystkim tym duchowym – ludzie wierzący mogą się zobaczyć, poczuć wspólnotę, jej siłę i jedność. Nie o ostentację tu chodzi. Inne wspólnoty (polityczne, społeczne, sportowe, muzyczne) tak samo celebrują ważne dla siebie momenty. Wspólnota religijna także ma do tego prawo. Tu wchodzimy od razu na inną płaszczyznę – prawną i polityczną. Wierni mają po prostu prawo do demonstracji. Także tej religijnej. Nie mogę więc zrozumieć szczególnie tych, którzy wyśmiewali (żeby nie powiedzieć – wyszydzali) taką formę spotkania.  Oczywiście – sporo było podczas tej akcji ludyczności, modlitwy bardziej „w obawie” niż „w ufności”. Trudno jednak odmawiać tej potężnej grupie polskich katolików prawa do takiego sposobu przeżywania i odczuwania. 

 

 

Podwójne standardy  

Bardzo zabolały mnie komentarze pod zdjęciem pokazującym modlących się na plaży nad Bałtykiem: „Oni tak na serio?”, „Trochę śmieszno, trochę straszno”, „Obrona terytorialna – zajęcia w terenie”, „Tragedia”, „Żal patrzeć”. Oczywiście katolicy też muszą mieć dystans, nawet do praktyk religijnych. I go mają. Także duchowni. Trzeba jednak znać granicę między dystansem i zdrowym poczuciem humoru a zwykłym szyderstwem i tak zwanym hejtem. Ci wszyscy tak komentujący tę akcję powinni zadać sobie pytanie, czy podobnie pisaliby i mówiliby o muzułmanach klęczących na ulicy? Raczej nie. Islam ma przecież swoje prawa. Czy wyśmiewaliby szamańskie rytuały w Afryce? Raczej nie. Różnorodność jest przecież ciekawa, interesująca. A ci, którzy mówią, ze to tylko niepotrzebny symbol, że miejscem na modlitwę jest kościół, a nie ulica? Każda religia ma swoje symbole i formy zewnętrznego, publicznego przeżywania wiary. Dlaczego religia katolicka ma być w tej kwestii dyskryminowana? I to – o ironio – w kraju, gdzie większość obywateli to katolicy. A symbole są obecne przecież też w „świecie świeckim”. Wielu tych, którzy śmiali się z publicznego odmawiania różańca, ochoczo wspierało takie akcje jak podświetlanie budynków w miastach zaatakowanych przez terrorystów i równie często zmieniają swoje zdjęcia na portalach społecznościowych w geście wsparcia jakiejś akcji czy idei. 

 

Spójrzmy jeszcze na tę dyskusję abstrahując od religii i przenieśmy się na nadmorską plażę. To miejsce równie dobre dla plażowiczów, grających w siatkę, biegających sportowców, spacerowiczów, jak i dla modlących się na różańcu. Nie robią przecież tego codziennie, nie utrudniają tym wypoczynku innym. Zrobili to w konkretnym dniu – w Święto Matki Bożej Różańcowej. Tyle ostatnio mówimy o prawie do zgromadzeń, o wolności i tolerancji. Bądźmy więc w tym konsekwentni.  

 

Światło czerwone dla hejtu, zielone dla dyskusji  

Nie chcę powiedzieć, że religijne akcje i „eventy” nie mogą podlegać krytyce, dyskusji. Mam nadzieję, że już ten komentarz pokazuje, że nawet w głowie jednego człowieka może toczyć się wewnętrzna dyskusja. Toczyła się ona również w naszej redakcji, także między katolickimi publicystami, między innymi w Internecie. Franciszkanin, o. Kasper Mariusz Kaproń ujął to w ten sposób: „Czy w naszym Kościele jest w ogóle możliwa jakakolwiek dyskusja na ważne tematy, skoro w większości operujemy nie argumentami merytorycznymi, lecz emocjonalnymi i skoro towarzyszy stawianiu pytań tak duża fala hejtu. Dla wielu już samo postawienie pytań jest motywem do wykluczania z Kościoła. Wielu woli święty spokój, a potrzeba nam nie tylko duszpasterskiego, ale także teologicznego i intelektualnego rabanu”. Organizatorzy „Różańca do granic” – nowej formy przeżywania tej modlitwy – nie powinni się wiec dziwić, że wywołali dyskusję, a w niej głosy przychylne i krytyczne. My wszyscy jednak powinniśmy wymagać (od siebie i od innych), by była to dyskusja cywilizowana i oparta na tolerancji – tak często używanej po to, by bronić tego, na czym nam zależy, ale już spychanej na bok, gdy coś/kogoś chcemy zaatakować czy zdyskredytować.  

 

„Tolerancja” – tak łatwo powiedzieć 

Dziennikarz „Rzeczpospolitej” Michał Szułdrzyński napisał na Twitterze: „Ciekawe, że im kto bardziej tolerancyjny, tym bardziej przeszkadza mu publiczny różaniec”. I tak jak w przypadku niektórych komentarzy można było wyczuć, że modlący się na różańcu to „Janusze religii” i „Janusze polskiego konserwatyzmu”, tak dla mnie autorzy tych komentarzy to „Janusze tolerancji w wersji polskiej”.  

Janusze tolerancji [KOMENTARZ]
5.5 (91.67%) 4 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

  Komentarzy:: 2


  1. Ciekawy artykuł. Moją uwagę zwrócił jednak fakt, że nasz Kościół kolejny raz odnosi się do ram państwowych, pomimo iż Kościół jest powszechny i granic państwowych nie powinien znać. Oczywiście jest to pewien symbol, ale moim zdaniem znaczący.
    Kolejna sprawa, to fakt iż jak wskazałeś tę nutkę antyislamską bardzo wyciszono, choć termin znaczący pozostał. Wybrany został przecież nieprzypadkowo. Z drugiej strony chciałbym, żeby radykalni wyznawcy wszystkich religii świata praktykowali takie formy modlitewne zamiast uciekać się do jakichkolwiek form przemocy wobec drugiego człowieka.
    Trzecie sprawa to kwestia finansowej partycypacji instytucji państwowych takich jak koleje regionalne, no ale pieniądze są marnowane na różne bzdury przez co to już nie wzbudza we mnie większych emocji.


  2. Histeria lewackich i innych środowisk jest tylko potwierdzeniem jak zacną inicjatywą był różaniec do granic.
    „Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was,
    i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was.
    Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie.” (Mt 5)
    „Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w Moje imię, tam jestem pośród nich” (Mt 18)