Ta przypowieść (Mt 22, 1-14) długo była dla mnie niezrozumiała. Wyobraźmy sobie, że prezydent zaprasza na wesele swojego syna najbardziej szacowne osoby w państwie. Są też zaproszeni celebryci i hierarchowie kościelni. Ale nikt nie przyszedł. Czy taki scenariusz jest w ogóle możliwy? Przecież powinien przybyć chociaż ten, kto nie pała sympatią do prezydenta, by z satysfakcją nacieszyć się momentem, w którym stwierdza, że goście zignorowali zaproszenie. A do tego jeszcze władca, który postanawia otworzyć swój pałac dla kogokolwiek, kto zechce przyjść. Jak dużą musi mieć desperację albo odwagę, że nie boi się o swoje życie albo przynajmniej o to, że zostanie okradziony.  

I nawet gdyby sobie wytłumaczyć, że ta niecodzienna sytuacja, kiedy zaproszeni nie stawiają się na przyjęciu nawet przez kurtuazję, wymaga niecodziennej reakcji, to władca znów zachowuje się w sposób, który już zupełnie trudno jest zrozumieć. Osoby, które wysłała, by zapraszały kogokolwiek, na pewno zaskoczyły wielu przy codziennych zajęciach: przy pracy, sprzątaniu, gotowaniu czy w podróży. Dlaczego więc został wyrzucony ten, który nie miał odświętnego stroju? Co mógł zrobić ten człowiek, by nie znaleźć się w zasięgu gniewu króla? 

Na pewno nie wydarzyłoby się to, gdyby ten człowiek na co dzień nosił odświętne ubranie. Ale czy to oznacza, że panie na ryneczku czy na poczcie powinny pracować  w balowych sukniach, a panowie budowlańcy i górnicy w garniturach? Nadal było to dla mnie niezrozumiałe. 

Aż uświadomiłam sobie na jednej z Eucharystii, że całe życie chrześcijanina powinno być świętowaniem. A my często zachowujemy się tak, jakby chrzest był wyrokiem, a Eucharystia karą, jakąś pańszczyzną, którą trzeba odpracować. A do tego jeszcze co jakiś czas trzeba sporządzić raport z moralnych powinności i przedłożyć go w konfesjonale, znów czekając na wyrok. Surowość, wymagania, obowiązki wydają się nam w religii czymś zrozumiałym. Ale kiedy słyszymy zaproszenie od Jezusa na Ucztę, na wspólne świętowanie zwycięstwa miłości nad śmiercią i grzechem, to jakoś czujemy się nieswojo: zaproszenie nie chce dotrzeć do naszych uszu, a kiedy dotrze, to niemal gorszy. 

Bo jak mam się cieszyć, kiedy tyle nieszczęść spada na mnie: te wszystkie zawiedzione nadzieje, kłótnie, brak pracy albo zbyt dużo pracy i jeszcze przypalona zupa? Kiedy tyle nieszczęść na świecie: wojny, huragany, próby atomowe, uchodźcy, zdrady, kłamstwa… Z czego się cieszyć? Przecież to zaproszenie jest nie tylko niestosowne, ale nawet irytujące! 

Ale radość chrześcijanina na szczęście nie płynie z tego świata, ale z tego, że to my wszyscy jesteśmy nie tylko gośćmi zaproszonymi na Ucztę, ale jesteśmy Oblubienicą samego Króla – Kościołem, który On wybrał na swoją małżonkę. I choćby cały świat się walił, to źródło tej radości jest niezniszczalne. Kiedyś będziemy w niebie na godach Baranka, ale już teraz powinniśmy nieść tę nieziemską radość, wypływającą z Uczty Eucharystycznej, w świat. Zwłaszcza tam, gdzie brakuje pokoju i nadziei.  

Zatem skoro naszym podstawowym zadaniem jest noszenie w sobie Uczty, czy więc radość świętowania nie powinna być naszym codziennym strojem? W takiej szacie nikt nie wyprosi nas z Godów Baranka. 

Kato-fashion, czyli w jakiej szacie chodzisz 
6 (100%) 1 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.