Jak tytuł w gazecie, jak audycja w radiu czy materiał w telewizji! Jeśli po minucie odlatujesz myślami, włączasz w głowie inny kawałek – to znaczy, że jest (mówiąc wprost) do kitu. A powinno żreć (w dziennikarskim żargonie to znaczy: chwytać, przykuwać uwagę). 

Pomyślcie – ile pamiętacie filmów, wywiadów, materiałów telewizyjnych z ostatniego półrocza – takich, po których stwierdziliście: „wow, dobra robota!”? Pewnie nie aż tak dużo. Codziennie jesteśmy zasypywani informacjami, relacjami, komentarzami. Nadawcy przekazów muszą się nieźle namęczyć, aby przekonać odbiorców do swoich treści. 

Tego jeszcze nie słyszałem  

Kazania są głoszone od wieków i pewnie ich treść i forma były inne 50, 30 lat temu, a inne są teraz. I powinny być inne. Coraz więcej księży to rozumie. Rozumieją to na pewno jezuici z Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Warszawie. To mały kościół tuż przy warszawskiej archikatedrze świętego Jana. Jest do niej jakby przyklejony, a w zgiełku starówki (szczególnie weekendami) można wręcz go nie zauważyć. Trafiłem do tej parafii dzięki temu, że w dni powszednie odprawiane są tam Msze o dość późnej porze (o godzinie 20:00), co często jest bardzo przydatne. Zawsze jest kazanie (często krótkie, ale treściwe). Nie inaczej było w ostatnią sobotę. Przyznam, że takiej homilii jeszcze chyba nie słyszałem. Ze wszech miar oryginalna. 

O maminsynkach i owłosionych facetach  

Pierwsze (wyjątkowo trudne i długie) czytanie opowiadało historię Izaaka, jego synów i żony Rebeki. Celebrans użył wyjątkowo porównania i wyjątkowo zobrazował tę historię. Opisując Izaaka, nazwał go krótko i treściwie maminsynkiem. To dla zobrazowania historii wyboru następnego patriarchy. Wyboru dokonywał spośród swoich synów (wiedział, że nadaje się do tego młodszy Jakub, a nie starszy Ezaw, co nakazywała tradycja). To Rebeka podjęła „męską”, odważną decyzję (mając na względzie głównie głos Boga i skutki decyzji, a nie kurczowe trzymanie się tradycji). Ksiądz zaczął przy tej okazji rysować psychologiczny portret Izaaka. Robił to tak obrazowo i zabawnie (odnosił do współczesnych czasów), że wśród zebranych widać było uśmiechy (a nawet tu i ówdzie słychać parsknięcia pod nosem), niektórzy komentowali to z osobami obok, inni byli może nawet nieco zmieszani. Szczególnie w momencie, gdy poszedł jeszcze dalej i pozwolił sobie na dowcip dotyczący biblijnego opisu owłosienia mężczyzny (także w tym czytaniu, to „w ramach spisku” Rebeki). Czy myśląc o Izaaku, człowieku żyjącym wiele lat przed Chrystusem, mielibyśmy w głowie obraz patriarchy-maminsynka i Rebeki – sprytnej, silnej kobiety? Raczej nie, a do tego kazania – już tak. Nie po to jednak, by się rozbawić, ale by pamiętać o przesłaniu tego czytania.  

fot: Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Warszawie, fot: Maciej Kluczka

Kocham więc jestem 

Później kaznodzieja przeszedł do Ewangelii, która też mówiła o tradycji (postu – rozumianego inaczej przez faryzeuszy, inaczej przez Chrystusa). Przy okazji wytłumaczył, na czym polega prawdziwa miłość. Miłość to nie uczucia, to obecność. Bóg kocha największą miłością, bo jest zawsze obecny („Jestem, który jestem”). Miłość to więc obecność, zarówno wtedy, kiedy nam dobrze w czyimś towarzystwie, jak i wtedy, gdy mamy kogoś dosyć, kiedy nawet ktoś sprawia nam przykrość. Cóż bowiem byłaby to za miłość, gdyby przy najmniejszych problemach obecność się kończyła. I po tym wprowadzeniu ksiądz wszedł na naprawdę wysokie tony! Uświadomił wszystkim, że Bóg jest właśnie najbardziej obecny wtedy, gdy wydaje na się, ze Go nie ma – w najgorszych sytuacjach. To on jest, nie ma Go tylko w naszym mniemaniu, bo to my Go opuściliśmy, zerwaliśmy relację obecności, nie kochaliśmy wystarczająco dobrze. On jednak w swoim niezmierzonym miłosierdziu i doskonałej miłości jest zawsze przy nas, obecny. Uświadamiali to sobie więźniowie obozów koncentracyjnych, ranni w wojnach czy w katastrofach. Wtedy, gdy innym wydawało się, że Boga nie ma. To tylko nasz ułomny ludzki umysł wpędza nas w pułapkę myślenia: „jestem sam, On mnie zostawił”. 

Od uśmiechu do łez 

I tak jak na początku kazania odprawiający Mszę św. wywoływał szeroki uśmiech na naszych twarzach, tak pod koniec otwierał nam szeroko oczy, a u niektórych wydobywał też łzy (było widać przecieranie oczu, nosa, chowanie głowy w ręce). Pewnie niejeden z uczestników tego nabożeństwa przypomniał sobie takie chwile (albo właśnie je przeżywa) i pomyślał („Boże, dlaczego wtedy myślałem, że Ciebie nie ma”). Siła tej homilii polegała właśnie na uświadomieniu słuchającym prostych prawd, o których często zapominamy. To nie teologiczny wykład, ale wykład Bożej miłości. Przypomnienie o tym często właśnie wywołuje u nas – zabieganych tym światem – takie a nie inne emocje. To kazanie szargało naszymi emocjami. Nie zostawiło nas obojętnymi. I chyba na długo zapamięta go większość obecnych na tej Mszy św. I czy nie o to właśnie chodzi? Ile razy po pytaniu: „co było na kazaniu?” mamy problem z odpowiedzią. Albo zapomnieliśmy, albo wcale nie słuchaliśmy! Tu było całkowicie inaczej. I tak jak niektóre filmy „wyparowują” z głowy po kilku godzinach od wyjścia z kina (nie pamiętamy nawet tytułu, nazwiska aktora czy zakończenia), tak o niektórych myśli się godzinami (a nawet dniami). A to z powodu muzyki, która wbiła w fotel, dialogów, które zapamiętaliśmy, albo treści, która nami wstrząsnęła, rozbawiła albo skłoniła do refleksji. To kazanie porównałbym z filmami tej drugiej kategorii. I oby takich więcej! Oczywiście to, czy kazanie do nas trafi, jest uwarunkowane wieloma czynnikami (z czym, z jakimi myślami przychodzimy do kościoła, czy jesteśmy zmęczeni czy nie, czy ksiądz mówi wyraźnie czy nie itd.). Jednak najważniejsze jest to, by ksiądz się się po prostu przyłożył do homilii. To pierwszy i największy krok do sukcesu! 

PS: Matka Boża Łaskawa, patronka kościoła, o którym pisałem, jest jednocześnie patronką stolicy. Tytuł – jak widać – zobowiązuje!

Kazanie musi żreć
6 (100%) 1 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.