„Feministki są złe”, „feminizm to głupota”, „każda feministka jest taka sama”. W dzień kobiet i dzień wielu protestów zapewne często można usłyszeć tego typu hasła. Nie biorą się znikąd, byłabym jednak ostrożna w jednoznacznym ocenianiu feminizmu jako takiego.  

Sufrażystki, potocznie uznawane za pierwsze feministki lub prekursorki pierwszej fali feminizmu (a było ich kilka), miało bardzo racjonalne powody do protestów. Trudno wyobrazić sobie to dzisiaj, gdy my, kobiety mamy zapewnione wszystkie prawa (a przynajmniej tak jest w większości przypadków).  

Trochę historii 

Maria Skłodowska-Curie, pierwsza kobieta, która dostała Nagrodę Nobla, miała spore problemy z edukacją. Nie dlatego, że nie była zdolna, ale dlatego, że na uniwersytety po prostu nie przyjmowano kobiet. Rozpoczynała edukację w laboratorium, a dopiero potem na uniwersytecie. I tak, jako pierwsza otrzymała szwedzką nagrodę, i jako jedyna kobieta otrzymała ją dwukrotnie. W tym samym czasie we lwowskich broszurach przeczytać można było takie sformułowania:

Emancypacja jest większą klęską dla narodu aniżeli rozbiór Polski.  

Feminizm nie ma jednego oblicza. Nie można utożsamiać go jednoznacznie z kobietami wykrzykującymi wulgarne hasła, ateistkami czy zwolenniczkami „pro-choice”. Nie ma jednej definicji feminizmu, ponieważ nie ma jednego jego celu, mimo iż w debacie publicznej prym wiedzie tylko jedna, mocno usposobiona  politycznie, grupa kobiet.  

Protest pielęgniarek i położnych, 1909, fot. museumoflondonprints.com

Sufrażystki miały niezwykle trudne zadanie. W męskim świecie ich głos się nie liczył, mimo że mówił prawdę na temat źle działającego wówczas systemu społecznego. Pierwsze feministki były konserwatystkami, uważały aborcję za wyzysk kobiety. Victoria Woodhull, przeciwniczka legalnych wtedy małżeńskich gwałtów, uważała, że „każda kobieta wie, że gdyby była wolna, nigdy nie zaakceptowałaby czegoś niepożądanego dla swego dziecka, nie mówiąc o zabiciu go przed narodzeniem”. Susan Brownell Anthony mówiła o aborcji wprost jako o wykorzystywaniu kobiety, a Alice Paul twierdziła: „aborcja jest ostatecznym wyzyskiem kobiet”. Niestety jednak kolejne liberalne fale feminizmu zmieniły radykalnie jego oblicze, czego efektem jest współczesne jego negatywne postrzeganie. 

Maryja – najważniejsza kobieta świata 

Niedawno we watykańskim dzienniku „L’Osservatore Romano” ukazał się głośny artykuł na temat pracy zakonnic w domach biskupów i księży. Autorka tekstu mówi o złym taktowaniu zakonnic, które posługują w domach duchownych, nierzadko nie otrzymując za to żadnej zapłaty bądź będąc dyskryminowane w inny sposób. Artykuł ten wywołał burzę w Internecie, jednak z moich obserwacji wynika, że w 99% były to negatywne głosy męskiej części internautów. Kilka kobiet skomentowało artykuł, nie widziałam jednak głosu żadnej zakonnicy. Pomijając jednak ten podział – odniosłam wrażenie, że najwięcej osób wzburzyło się tym, że trudno porównywać posługę zakonną z umową o pracę, a bycie w zgromadzeniu to świadomy wybór służenia innym. Jest to oczywiście prawda, jednak – jak wspomina autorka artykułu – posługa nie może być niewolnictwem ani dyskryminacją (jakkolwiek się już przejadło to słowo). Trzeba służyć sobie nawzajem z gorliwością, ale także – a może przede wszystkim – z wzajemnym szacunkiem.  

Feminizm rozumiany w sposób chrześcijański, czy nawet katolicki nie musi więc oznaczać zrównywania płci do jednego poziomu, ale przede wszystkim wolność w realizowaniu swojego powołania – powołania do bycia kobietą. Skoro więc o kobiecości mowa, jest jedna Kobieta, bez której nie dokonałoby się dzieło zbawienia świata. To właśnie Ona jest wzorem dla wszystkich kobiet jak realizować swoje powołanie, jakiekolwiek by ono nie było: czy byłoby to bycie matką, żoną, siostrą zakonną czy singielką.

Fot. Hulton Archive/telegraph.co.uk

Oceń ten artykuł



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.