Jeszcze niedawno Uczniowie przemierzali Galilę, Judeę z Nauczycielem, a teraz On leży w grobie. Pamiętają przecież, jakby to było wczoraj, kiedy wezwał ich po imieniu. Pamiętają jak uzdrawiał, jak mówił, że przyszedł zbawić świat. Ale mówił też, że będzie Ukrzyżowany. Nie potrafią zrozumieć dlaczego pozwolił się zabić. Niektórzy są wściekli, że wyrwał ich ze zwykłego życia, a teraz zostawił tak bezradnymi. Ale jednocześnie nie mogą zapomnieć tej radości przebywania z Nim, tego poczucia, że ich życie ma sens. Chociaż teraz czują się jakby był to tylko piękny sen. Czy nie jesteśmy do nich podobni?

Jak co roku w pierwszych dniach listopada cmentarne parkingi będą przepełnione. Będą wielkie porządki, znicze, kwiaty, modlitwa. Będą spotkania z rodziną, z niektórymi może ten jedyny raz w roku. Jedni staną nad tym samym grobem już kilkunasty raz, a inni może po raz pierwszy, bo jeszcze rok temu nasz mąż, żona, dziecko, przyjaciel stał z nami i modlił się za zmarłych, a teraz wspominamy jego. Każdy grób to znak jakiejś utraconej więzi, człowieka którego brakuje i nie da się go zastąpić. Znak pękniętego serca tych, którzy zostali.

Śmierć kogoś, kogo kochamy, niezależnie od tego czy jest czymś spodziewanym czy nagłym, zawsze jest doświadczeniem oszałamiającym. Jeszcze nie tak dawno mogliśmy rozmawiać, śmiać się razem, a nawet posprzeczać. Wspólnie przeszliśmy niejedno. Mogliśmy spotkać się wzrokiem, dotknąć, poklepać po plecach. A teraz tego nie ma. I nie będzie.

Może jeszcze nie dociera do nas, że nie zobaczymy już tej znajomej twarzy, że nie usłyszymy tego głosu w telefonie. A może szukamy winnych naszej straty. Podejrzewamy, że zawiedli lekarze. Albo że my sami jesteśmy winni. A może jakoś, wydawałoby się wbrew rozumowi, złościmy się na zmarłego, że nam to zrobił, że nas opuścił, zostawił. Czasami obwiniamy Boga, że nie zainterweniował, tak jak byśmy tego oczekiwali. Są pewnie też tacy, którzy już się nie złoszczą, ale czują bezgraniczną tęsknotę i smutek. Ich życie nagle stało się zupełnie puste, a serce jest tak odrętwiałe z bólu, że trudno uwierzyć, że kiedyś poczuje ulgę.

Kiedy umiera ktoś, kogo kochamy, czujemy jakby umierało w nas coś więcej, coś głębiej. Śmierć próbuje odebrać nam wiarę w to, że warto pokochać. Bo przecież po co, skoro nasze życie jest tak kruche i tak łatwo może rozpaść się to, czemu oddaliśmy, jeśli nie całe, to sporą część serca. Nie musimy udawać, że nasza strata nie jest aż tak wielka. Uczniowie nie przyjęli śmierci Jezusa ze stoickim spokojem. Rozbiegli się w czasie Męki, a później zamknęli w Wieczerniku. Na tyle obezwładnił ich smutek i zwątpienie, że nie dowierzali słowom Nauczyciela o Zmartwychwstaniu. Byli zdruzgotani i przerażeni!

Co możemy zrobić, kiedy wszystko wydaje się nie mieć znaczenia? Kiedy nie widać przyszłości? Kiedy serce jest jedną wielką tęsknotą? Kiedy nie znajdujemy słów, by opowiedzieć, co przeżywamy, kiedy każdy ruch, czy decyzja wydaje się bez celu? Możemy przyjąć to jak czujemy i opłakać swoją stratę. Nie zamykać swojego serca w żalu, ale odnaleźć je obok serca Maryi, która opłakiwała śmierć swojego Syna. Obok serca Marii Magdaleny, która czuwała u grobu swojego Rabbuni. Przed Bogiem nie musimy udawać. On nie złości się na Uczniów, za to, że są pełni lęku, że rozpaczają. On – Zmartwychwstały przychodzi, by ich przekonywać, że to nie koniec. Przychodzi, by otworzyć ich serce, by mogli dostrzec, że jest rzeczywistość większa i trwalsza niż śmierć, że jest miłość.

Możemy wybrać życie w rozpaczy i żalu, ale możemy pozwolić sobie przeżyć naszą stratę i utulić smutek. Kiedy opowiadamy Bogu o swoim gniewie, rozpaczy i opuszczeniu możemy usłyszeć Jego słowo:. „Błogosławieni, którzy się smucą albowiem oni będą pocieszeni”. Bóg jest tutaj, w naszej kruchości i bólu. Po to przyszedł na świat, by dzielić z nami każdą chwilę i błogosławić. On płacze z nami. Nie, nie że będzie tak jak kiedyś. Bo nie będzie. Wszystko się zmieniło. Ale jest nadzieja, że moje serce chociaż zmiażdżone cierpieniem – może żyć.

Kiedy Maryja trwała przy umierającym Synu, kiedy Jej serce było przeszyte cierpieniem, wtedy – można powiedzieć paradoksalnie – rodził się Kościół. Traciła swojego jedynego Syna, ale otrzymała niezliczoną liczbę synów i córek. Kiedy Uczniowie trwali w Wieczerniku Jezus przyszedł do nich, pomimo zamkniętych drzwi, by im powiedzieć, że to jeszcze nie koniec, że to początek czegoś nowego. Ta garstka ludzi wstrząśniętych tym, co się wydarzyło, sparaliżowanych bólem i strachem, kilka dni później wyrusza, by mówić o tym, co wydawało się skończone. Jakby wbrew logice te miejsca, przez które uchodził sens życia, które krwawiły cierpieniem stają się kanałem, którym płynie łaska. Ona w jakiś niezrozumiały sposób pozwala odnaleźć odwagę, by znów wyruszyć w nieznaną i niepewną przyszłość.

Koniec świata można przeżyć
6 (100%) 1 ocen.


źródło: Justyna Nowicka

Tagi

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze