Ping-pong, ping-pong – znowu o coś się biją. Tym razem – żubry. Minister Szyszko i ekolodzy nie dadzą sobie spokoju. Czy jak zwykle chodzi o kasę? Niewykluczone. Ja tam jednak ufam ludziom i wierzę, że nawet jeśli kasa owszem, czemu nie, to prawdziwa kość niezgody leży trochę głębiej. 

Ależ to wszystko proste! 

Lubię sobie przedstawiać dwie strony tego konfliktu jako uosobienia wzajemnie odmiennych, choć niekoniecznie od razu się wykluczających, wizji na temat miejsca człowieka w przyrodzie. Minister, wraz ze swoją awersją do rozkładu i głęboką wiarą w nadludzkie możliwości naukowców i leśników, mógłby być w tym układzie zagorzałym realizatorem biblijnego „czyńcie sobie poddaną”, przekonanym, że człowiek jest w stanie nad naturą w pełni zapanować – zamienić ją w ogromną maszynę lub korporację, w której każdy element siedzi sztywno na wyznaczonym przez niego miejscu. Z drugiej strony zaś mielibyśmy niepoprawnych zapaleńców, którzy z dziecinnym uporem nie chcą pogodzić się z nieodwracalnością zmian, jakie działalność człowieka wywołała w przyrodzie, i wierzą, że najlepiej to byłoby jeść marchewki, a żubry i korniki zostawić samym sobie. 

Czy taki obraz jest słuszny? Oczywiście ani trochę. Jest to efekt brutalnego retuszu i kontrastowania, które wprawdzie niewybaczalnie upraszczają rzeczywistość, ale zarazem pozwalają nam wydostać się z powodzi bieżących wydarzeń i przejść do rozmyślania o sprawach nieco bardziej – powiedzmy – ponadczasowych. 

(Nie)naturalna schizofrenia 

Ze wszystkich stworzeń zamieszkujących Ziemię człowiek ma zdecydowanie najwięcej powodów do zastanawiania się nad tym, co tu właściwie robi. Z jednej strony w pewien sposób jest ponad przyrodą: może ją nadzorować, dowolnie kształtować, a także – przede wszystkim –używać jej do własnych celów. Jednak jednocześnie, o czym zapominać nie wolno, jest tej przyrody częścią. „Dorastaliśmy w przekonaniu, że jesteśmy właścicielami natury i rządcami uprawnionymi do jej ograbiania (…) Zapominamy, że sami jesteśmy z prochu ziemi” – zauważa papież Franciszek już na początku „Laudato si’”, aby przez następne strony móc do tej myśli wielokrotnie wracać. 

Niełatwo żyć w takim rozdwojeniu. Nic więc dziwnego, że zamiast balansować na czubku, spadamy to na jedną, to na drugą stronę. Czy komuś udało się na nim utrzymać? Przychodzi mi na myśl Tolkienowski Tom Bombadil – rozśpiewany strażnik lasów i mokradeł. Papież jako przykład podaje postać pod wieloma względami podobną: swojego imiennika z Asyżu, który żył w nieprzerwanej dialogicznej relacji z całym Bożym stworzeniem – śpiewał słońcu i gwiazdom, głosił kazania kwiatom, cierpliwie pomagał ubogim… Wszyscy ludzie, zwierzęta i rośliny byli dla niego zawsze braćmi i siostrami, a zachwyt nad każdym najmniejszym źdźbłem trawy prowadził go do Boga.  

Nieszczęsne wersy z Genesis 

Nie sposób mówić o człowieku i naturze z perspektywy chrześcijańskiej, nie nachylając się choć na chwilę nad biblijną Księgą Rodzaju, szczególnie nad owym słynnym: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1,28), od którego wszystko się zaczęło. Czy to przypadek, że to właśnie wyrosła z chrześcijaństwa cywilizacja Zachodu swoim bezmyślnym „panowaniem” doprowadziła świat do tak opłakanego stanu, w jakim znajduje się obecnie? Możliwe, że odwoływanie się do Biblii byłoby w tym wypadku wyłącznie podłym aktem pokrętnego usprawiedliwiania systemem etycznym zbrodni dokonanych z pobudek politycznych i ekonomicznych. Niemniej jednak trudno nie zauważyć, że żadna z innych wielkich religii (z wyłączeniem judaizmu) nie uzbraja swoich wyznawców w tak potężne narzędzie służące do tego usprawiedliwiania. 

 Boski pierwiastek 

Hinduiści w każdej formie życia dostrzegają atmana: indywidualny boski pierwiastek, który od niezliczonej liczby wcieleń tuła się po mrocznych uliczkach sansary – pełnego cierpienia kręgu narodzin i śmierci. Widząc jakiekolwiek czujące stworzenie, hinduista powinien odczuwać współczucie i pamiętać o tym, że krzywdząc je, oddala wyzwolenie zarówno od niego, jak i od siebie samego. W buddyzmie dochodzi do tego wyjątkowo duży nacisk na wyrzeczenie się wszystkiego, czego tylko można się wyrzec – w takiej perspektywie żadna forma chęci „używania” natury i panowania nad nią nie znajdzie uzasadnienia. Nauka Koranu jest znacznie bliższa temu, co mówi na ten temat chrześcijaństwo – człowiek jest tu jakoby namiestnikiem Tego, który świat stworzył i do którego on wciąż należy. Powinien czuwać nad utrzymaniem ustalonego przez Boga porządku; powierzenie mu takiej roli stanowi dowód ogromu zaufania, jakie Bóg żywi do człowieka, ale jest to też oczywiście wielka odpowiedzialność. 

Śleboda 

Jako Kościół zdajemy sobie dość dobrze sprawę z tego, że interpretacji, która na tym pojedynczym wersecie próbowałaby oprzeć prawo człowieka do niepodzielnej dominacji nad ziemią, nie można uznać za właściwą. To bardzo dobrze. Wydaje mi się jednak, że jeszcze nie w pełni przyjęliśmy do wiadomości najbardziej kluczowy fakt, jaki w istocie z biblijnego nakazu wynika. Żyjąc w świecie, w którym naczelną wartością stał się zysk, nauczyliśmy się pod pojęciem „panowania” rozumieć prawo do dowolnego wykorzystywania, zapominając o jego najważniejszym znaczeniu – odpowiedzialności. Świętej pamięci ks. Józef Tischner pewnie by powiedział, że pomyliła nam się swawola z wolnością, czyli góralską ślebodą. Na czym ta śleboda polega?  

„Śleboda, moi drodzy, to jest coś takiego, co czuje gospodarz w swoim gospodarstwie. To jest coś różnego od swawoli. Swawola niszczy, swawola depcze. Nie patrzy: trawa nie trawa, zboże nie zboże… Swawola niszczy. Śleboda jest mądra. Śleboda umie po gospodarsku zadbać, po gospodarsku umie tę ziemię uprawiać. Las chroni, żeby był lasem. A z człowieka ta śleboda potrafi wydobyć to, co w człowieku najlepsze”. 

Dlaczego nas nie widać? 

Franciszek przypomina, że człowiek ma czynić naturę nie tylko „sobie poddaną”, ale również „uprawiać ją i doglądać” (Rdz 2,15), mając w pamięci, iż „do Pana należy ziemia i wszystko, co jest na niej” (Kpł 10,14). Musimy pogodzić się z faktem, że zwierzęta i rośliny nie tylko dla nas zostały stworzone; mają wartość same w sobie, ponieważ „są dobre” (Rdz 1,31). I, co jest absolutnie najważniejsze, ani na chwilę nie powinniśmy zapominać o tej cholernej odpowiedzialności, która na nas ciąży. 

Sceptycyzm polskiego Kościoła (nierzadko uzasadniony) wobec różnego rodzaju ruchów ochrony przyrody, jak również skupienie jego uwagi na sprawach pozornie odmiennych przyczynia się do rozpowszechniania wrażenia, jakoby pozostawał on obojętny na problemy ekologii. Nawet jeśli taka opinia nie pokrywa się w pełni z rzeczywistością, należałoby się przynajmniej zastanowić, skąd się ona bierze i czy tzw. ziarno prawdy w niej nie tkwi. No i oczywiście, co możemy zrobić, by go tkwiło mniej. 

Oceń ten artykuł


źródło: Kamil Idzikowski

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze