Jeszcze jeden – krzyknął Lajos do kamrata. „Się robi” – odkrzykną tamten, podając ociosany pal. Łódź lekko się zachybotała. „Dobra, to teraz obraz”. Mężczyzna zaczął się gorączkowo rozglądać. Łódka znów się zachybotała, padło kilka niecenzuralnych słów. „A, tu jesteś” – dał się słyszeć głos ni to ulgi, ni zirytowania. Mężczyzna podniósł do góry pakuneczek owinięty w stary papier i płótna. Delikatnie wyjął obraz i podał Lajosowi, który równie delikatnie umieścił go w prowizorycznej kapliczce, umocowanej na palach. Obaj spojrzeli na siebie z nieukrywanym zadowoleniem. „Dobra, wracamy do jaskini”. 

Ludowe podania utrzymują, że na przełomie XVII i XVIII w. tereny dzisiejszego powiatu andrychowskiego opanowane były przez rozbójników. Szczególnie upodobali sobie okolice Inwałdu, a siedzibę mieli mieć w jednej z jaskiń, w wąwozie prowadzącym do Zagórnika. Czym się zajmowali? Jak to rozbójnicy – rabowali co cenniejsze przedmioty i ponoć gromadzili je we wspomnianej jaskini. W ich ręce wpadł również pewien obraz w złoconej ramie. Ten sam, który potem umieścili na środku jeziora. 

Obraz ów to wizerunek Matki Bożej do dziś zwanej Zbójnicką. Obecnie znajduje się on w Sanktuarium w Inwałdzie, ale historia jego obecności na małopolskiej ziemi owiana jest niejedną tajemnicą. Jedni mówią, że rzeczywiście wieki temu obraz został umieszczony przez zbójników na jeziorze, inni, że przymocowano go na jednym z okolicznych drzew. Tak czy tak podania są zgodne co do jednego – zbójnicy przychodzili do „swojej patronki” i modlili się o udane łupy. Jak to się stało, że obraz znalazł się w kościele? Tu znowu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jedna z legend głosi, iż wizerunek ów został najpierw zrabowany, a potem ofiarowany Kościołowi przez herszta rozbójników, który dnia pewnego ciężko zachorował. We śnie ukazała mu się Matka Boża i rozkazała zanieść wizerunek do proboszcza w Inwałdzie. Ów herszt posłuchał. W pobliżu kościoła ufundował drewnianą kapliczkę i umieścił tam obraz, który wkrótce zasłynął cudami.  

„Obraz ten przez rozbójników węgierskich Lajosa i Marzonka gdzieś był zrabowany. Gdy jednak we śnie w 1608 roku Matka Boska Lajosowi się objawiła, ten kazał obraz zawieść do zamku w Inwałdzie, ofiarując zarazem fundusz na wystawienie dla tego obrazu kaplicy – dowiadujemy się z relacji kapucyna, Wacława z Sulgustowa. – Poczem obraz ten codziennie zawieszano na dębie przy drodze, a na noc odnoszono do wójta, a gdy przy tym obrazie wielu doznało szczególniejszych łask i nawet licznych cudów, przeniesiony został do kościoła, do którego wielka liczba pobożnych z okolicy przybywa na odpust 16 lipca (M.B. Szkaplerznej) i 8 września (Narodzenie N.M.P.)”.

Ale to nie jedyne „spotkanie” cudownego obrazu ze zbójnikami. Jedna z historii jest bardzo dobrze udokumentowana, pochodzi bowiem  z zeznań bodaj najsłynniejszego zbójnickiego hetmana Żywiecczyzny XVIII w. Mowa tu o niejakim Józefie Baczyńskim, zwanym Skawickim (ok. 1710–1735 lub 1736), który pochodził  ze Skawicy, wsi położonej u północnych podnóży Babiej Góry. W 1734 r. grupa Baczyńskiego napadła na plebanię w Inwałdzie, ale – ku zdumieniu miejscowego proboszcza – zbójnicy nie zrabowali cennego obrazu i wotów, ale modli się przed nim i złożyli ofiarę. A tak tę historię, słowa samego Baczyńskiego, zapisał ówczesny  pisarz sądowy: 

„Tam przyszedłszy w nocy, wycięliśmy drzwi, ksiądzaśmy wzięli między siebie, bo się szarpał na nas, nie biliśmy go, tylkośmy go trzymali. (…) Potym pytaliśmy się go o pieniądze, których miał koryto w zakrystii. Na co ksiądz odpowiedział: Tak wielkich pieniędzy nie mam, bo kiedym tu nastał plebanem, to żadnej ozdoby w kościele nie było, tak tedy cokolwiekem miał zebranego, wszystkom to na chwałę bożą obracał i jest to wszystko w kościele na ścianie przy Najświętszej Pannie, co obaczyć możesz. (…) Otworzono tedy drzwi do kościoła, gdzie stanął pachołek jeden na warcie, a ksiądz, ja i organista weszliśmy w kościół. Kazałem ja tedy świece pozaświecać, ksiądz tedy wszedszy na ołtarz otworzył obraz, gdzieśmy się modlili. Potym ksiądz pokazał mi skrzynkę kościelną z pieniędzmi mówiąc: Tu są pieniądze na chwałę Boża, bierz tedy, jeśli chcesz. Ja tedy wyjąwszy kramczyki węgierskie, com miał od księdza i wziąwszy garścią, włożyłem do owej skrzynki, a rzekłem do księdza: Pokaż mi ty twoje pieniądze, a nie te. Po tym poszedłem z księdzem do zakrystii, tam mi ksiądz otworzywszy skrzynie pokazywał kielichy różne, małe i wielkie. Alem z tego nic nie wziął, ani się nie tykał”.  

Tyle legendy. Historycy donoszą, że silny przez wieku kult Matki Bożej Inwałdzkiej, pod koniec XIX stulecia zaczął powoli zanikać. Na odpusty przybywało coraz mniej pielgrzymów, głównie z najbliższej okolicy. Pod koniec XIX wieku, przez nieostrożność kościelnego kościół prawie nie spłoną, uszkodzony został również cudowny obraz, zniszczeniu uległy wota i ozdoby. Wizerunek, który znajduje się w obecnym sanktuarium pochodzi z późniejszych czasów. Można go oglądać w głównym ołtarzu kościoła pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny. 

Ciekawostką jest, że nie tylko w Inwałdzie można pomodlić się przed wizerunkiem Matki Bożej Zbójnickiej. Odrestaurowana figurka Madonny, pochodząca z XIX w., stoi również w Szczawnicy. Jedna z legend głosi, że wizerunek ów miał chronić tamtejszych mieszkańców przed zbójnikami, których w Pieninach wówczas nie brakowało. Według innej wersji podania kapliczkę ufundowali zbójnicy, a w jej wnętrzu lub w fundamentach ukryte miały być złote monety. 

 

Madonno Inwałdzka, 

która skruszyłaś herszta ze zbójami, 

módl się za nami! 

 

(ks Jan Twardowski) 

fot. www.parafia-inwald.pl

 

Oceń ten artykuł


źródło: Beata Legutko

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.