„Matki mężne czy szalone?” Marty Dzbeńskiej-Karpińskiej to „opowieść o odwadze, miłości i nadziei. O dramatycznych wyborach zwyczajnych ludzi i zwycięstwie życia”. „Matki” to prawie trzydzieści historii kobiet, które nie bacząc na swoje zdrowie, na swoje życie, urodziły dzieci. Właśnie ukazało się drugie wydanie tej książki.  

Małgorzata Terlikowska: Jan Paweł II mówił wielokrotnie, że dzisiejszy świat bardziej potrzebuje świadków niż nauczycieli. Twoja książka to doskonała odpowiedź na wezwanie Papieża.  

Marta Dzbeńska-Karpińska: Nasz świat od zawsze potrzebował świadków,. Lubiliśmy przyglądać się historiom konkretnych ludzi, chcieliśmy się nimi ubogacać, chcieliśmy się na nich wzorować. Drugi człowiek zawsze był dla nas odniesieniem. Ludzie naprawdę tego potrzebują.   

Jak trafiłaś do tych kobiet? 

To są zwyczajne historie, zwyczajnych osób, które być może mieszkają za ścianą, które mijamy na ulicy. Widzimy ich uśmiech i nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile za tym uśmiechem kryje się przeżyć. To są sprawy często bolesne, nie jest łatwo o nich mówić. Pod wpływem wystawy, która towarzyszy książce i z którą odwiedzam różne kościoły, ludzie się otwierają. Dzielą się ze mną swoimi historiami, bardzo podobnymi do tych opisanych w „Matkach”. Taka walka toczy się na co dzień, tylko może za zamkniętymi drzwiami, w czyimś mieszkaniu, nikt się z tym nie afiszuje. 

Pomysł tej książki dojrzewał dość długo. To był strach przed tematem czy trudność w znalezieniu bohaterek? 

Z początku strach bardzo mnie paraliżował i skutecznie hamował zapał. Spotkałam na szczęście ludzi, którzy dodali mi odwagi. Ogromnie ważna była też modlitwa. Miałam jedną bohaterkę i przez rok nie mogłam nikogo znaleźć. Doszłam do wniosku, że być może nie jest to wolą Pana Boga. Powiedziałam wtedy: „Boże, jeśli chcesz, żebym ten projekt zrealizowała, to proszę, daj mi bohaterki, o których mogłabym opowiedzieć. Inaczej ja to zostawiam”. Modliłam się Nowenną do św. Antoniego Padewskiego, który jest moim przyjacielem w niebie, znajomy ksiądz odprawił Mszę św. w tej intencji. I nagle niemal każdego dnia dostawałam maila, telefon albo jeszcze w jakiś inny sposób docierały do mnie wiadomości o takich kobietach. Tak jakby ktoś odkręcił kran.  

„Matki mężne czy szalone?” – to tytuł książki. Jak widzą siebie Twoje bohaterki – przez pryzmat męstwa czy raczej szaleństwa? 

W zdecydowanej większości moje bohaterki są przekonane, że zrobiły najnormalniejszą rzecz pod słońcem, czyli stanęły w obliczu trudu, który trzeba było ponieść, by urodzić dziecko, walcząc z własną chorobą czy niepełnosprawnością. Niektóre matki już po wydaniu książki przyznały, że faktycznie zrobiły coś nieszablonowego. Jedna z mam, która była i nadal jest w wyjątkowo trudnej sytuacji zdrowotnej, powiedziała mi: „Marta, to nie było żadne męstwo, to było istne szaleństwo”. W jednym przypadku swoją mamę zgłosiła córka. Znając ogromny trud i psychiczny, i rodzinny, jaki jej mama poniosła, żeby ją wydać na świat, była ze swojej mamy bardzo dumna. I chciała, by o jej mamie usłyszało jak najwięcej osób.  

Przekaz książki jest prosty, ale jednocześnie bardzo głęboki. Taką głębię mają też zamieszczone w książce fotografie Twoich bohaterek…  

Siłą tego projektu jest prawda. Spisane historie to prosta relacja, bez ocen, bez komentarzy, bez emocji. Ta prawda jest też w fotografiach. To przeróżne kobiety: wierzące, niewierzące, niektóre po bardzo dramatycznych przeżyciach, depresjach. I każda z nich powiedziała mi, że nie żałuje podjętej decyzji. Mimo tego całego bagażu, którego doświadczyła. Mimo cierpienia fizycznego, psychicznego.  

Sporo bohaterek po tych trudnych porodach, trudnych ciążach urodziła jeszcze kolejne dzieci. 

Pracując nad drugim wydaniem książki, kontaktowałam się ze wszystkimi moimi bohaterkami, pytałam, co u nich słychać. Okazywało się, na przykład, że urodziło się kolejne dziecko, albo że z ich zdrowiem jest już lepiej niż było w 2012 r., kiedy po raz pierwszy się spotkałyśmy. Czułam ogromną radość.  

To drugie wydanie otwiera historia ze Szwecji. To tam na oddziale, który specjalizował się w bardzo trudnych przypadkach, kobiety dodawały sobie otuchy, czytając Twoje „Matki”… 

Miałam taki moment zawahania, czy w ogóle ta moja działalność ma sens. Wystawę o matkach miałam pokazywać w Rzymie, podczas synodu o rodzinie. Natrafiłam jednak na wiele trudności, których z braku doświadczenia po prostu nie przewidziałam. I wtedy dotarła do mnie wiadomość ze Szwecji, że historie zawarte w „Matkach” uratowały życie dziecka. To mnie niesamowicie umocniło.  

Na fotografiach zmieszczonych w książce są też dzieci Twoich bohaterek, których przecież miało nie być. Wielu tym kobietom proponowano aborcję.  

Jak się patrzy w twarze tych dzieci, często już dorosłych, to można zobaczyć, jaką straszną stratą dla rodzin, ale też dla społeczeństwa jest aborcja. Jakiś ludzki świat jest wtedy albo złamany, albo nigdy nie zaistnieje.  

Czy to jest już zamknięty projekt, czy dalej zamierzasz pokazywać historie tych mężnych albo i szalonych kobiet? 

Teraz mam w planach książkę o ojcach. Statystyki pokazują, że w 70 procentach za decyzję o podjęciu aborcji odpowiedzialny jest mężczyzna. Jego postawa ma ogromny wpływ na kobietę, ale mówi też o tym, jak wielka słabość tkwi w mężczyznach. Poddają się lękowi, uciekają przed ojcowskim obowiązkiem. Chcę więc pokazać takich ojców, którzy zdecydowali się zostać i walczyć o swoje dzieci, o swoje rodziny.  


Rozmawiała Małgorzata Terlikowska 
 

 

Marta Dzbeńska-Karpińska, Matki – mężne czy szalone?, Wydanie II, Warszawa 2016. 

Oceń ten artykuł


źródło: Małgorzata Terlikowska

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze