Uczniowie Jezusa przemawiali w świątyniach, na targach, drogach, areopagu – gdzie się dało. Dzisiejsi posługują się Facebookiem i Twitterem. To też miejsce ewangelizacji.

Od dawna uważam, że nie ma czegoś takiego jak nowa i stara ewangelizacja, jest tak dlatego, że Ewangelia jest ciągle taka sama: Bóg tak ukochał świat, że dał swojego Syna. Ewentualnie możemy podzielić rodzaje ewangelizacji, ze względu na grupę docelową. Ewangelizacja misyjna skierowana jest do tych, którzy nie słyszeli, nie spotkali Jezusa Chrystusa, ewangelizacja parafialna do tych, którzy spotkali Jezusa i uczestniczą w życiu Kościoła, a nowa ewangelizacja, do tych którzy byli w Kościele, spotkali Jezusa, ale którzy podjęli decyzje, że nie chcą mieć z nimi wiele wspólnego. Choć to oczywiście jest spore uproszczenie. Od momentu, w którym człowiek zrobił coś, co nazywamy grzechem, potrzebujemy dokładnie tej samej Ewangelii – Dobrej Nowiny.

To, co podlega zmianie, to nie jest kwestia treści, ale języka, którym tę treść przekazujemy. Bliższe mi jest więc mówienie nie o „nowej ewangelizacji”, co o wciąż nowych środkach używanych do ewangelizowania.

Nauczyć się nowego języka

Ci, którzy idą głosić Dobra Nowinę muszą się nauczyć „języka” tych, do których zamierzają trafić. To właśnie głosiciele mają wyjść, a nie czekać na klientów w kościelnych budynkach. Kiedy wchodzą do świata tych, którym zamierzają obwieścić wiadomość o dobrym Bogu, muszą znać ten świat do którego wchodzą, a przynajmniej nie być do niego wrogo nastawionym i mieć głębokie pragnienie uczenia się sposobu komunikowania się z nim. Ewangelizacja oparta na kontraście: wy jesteście źli, ale my – dobrzy pokażemy wam prawdę, jest działaniem, które z Bogiem nie ma wiele wspólnego. Każdy kto ewangelizuje doświadcza pokusy bycia moralizatorem – kimś, kto nie przynosi Ewangelii, ale odczuwa silne poczucie misji zmieniania świata na swój obraz, jest to groźne również wtedy, kiedy mamy dobre intencje, a nasza wizja opiera się na Ewangelii.

Nowy kontynent

Od lat staram się być obecnym w szeroko rozumianym świecie wirtualnym. Nie dlatego, że jest on zarzewiem zła i trzeba z niego wyrywać ludzi, ale dlatego, że są w nim realni ludzie. To, co od lat staram się robić, świetnie ujął krakowski bp Grzegorz Ryś, mówiąc, że „Internet nie jest dziś narzędziem, ale jest kontynentem, na którym żyją ludzie”. Obecnie – na miarę swoich możliwości – jestem obecny w socjalmediach oraz prowadzę bloga, na którym umieszczam codzienne rozważania do czytań. Katolików, nie tylko księży, tak ewangelizujących jest coraz więcej. I bardzo dobrze.

Facebook i Twitter

Gwoli wyjaśnienia socjalmedia, to mówiąc najprościej przestrzeń w Internecie, która gromadzi ludzi i pozwala na szybką interakcję. Ludzie z natury swojej są istotami społecznymi – gromadzą się w grupy i wspólnoty. Od kilkunastu lat Internet stwarza możliwości szybkiego łączenia się ludzi. Pierwszym medium społecznościom, szerzej znanym w kraju był, funkcjonujący od 2006 r., nasz rodzimy portal Nasza Klasa (NK). To tam ludzie szukali swoich znajomych z lat edukacji szkolnej, gromadzili się w grupach tematycznych, rozmawiali ze sobą. Dziś jest już passé. Facebook (FB_, założony w 2004 r., na gromadzi około miliarda ludzi. Jest to portal, na którym ludzie udostępniają wiele interesujących informacji (zdjęcia, teksty, filmy) ze swojego życia prywatnego i zawodowego. Jakie to ważne medium, pokazują statystyki. Dziennie pojawia się na nim około 33 mln. nowych zdjęć oraz 330 tys. krótkich filmów. Twitter (TT) to już ponad 250 milionów ludzi, różni się on od FB tym, że formuła informacji jest ograniczona do 140 znaków. Nie leje się tu wody. Te dwie ostatnie przestrzenie w Internecie dają niesamowite możliwości dotarcia do wielkiej liczby osób.

Moja przygoda z takim sposobem bycia wśród ludzi rozpoczęła się w 2002 r., kiedy trafiłem na praktykę do duszpasterstwa powołań. Wtedy Internet był bardzo ubogi, a jego chrześcijańska część jeszcze bardziej. Prym wiodły dwa portale: Mateusz i Katolik, nie było FB, TT, za to świetnie radziło sobie GG i Tlen.

Sianie, spotkanie, zbieranie

To, co sobie zakładam, kiedy myślę o działalności w sieci, w kontekście ewangelizacji, mogę skrócić w trzech punktach: sianie, spotkanie, zbieranie. Sianie. Wrzucam komentarze, teksty, zdjęcia, prowadzę funpage, dyskutuję. To wszystko ma jeden cel – zasiać ziarno Słowa, czasem nawet prowokując. Spotkanie. Ideałem w tej robocie jest doprowadzić do spotkania z tym, kto jest po drugiej stronie kabla. Osobiście lub dać mu możliwość spotkania z księdzem w jego okolicy. Zbieranie. Dobrze usłyszeć, że robi się dobre rzeczy, jednak nie zawsze jest taka możliwość, dlatego zbieranie zostawiam przede wszystkim Bogu i temu konkretnemu człowiekowi.

Nie politykować

Po latach widzę, że ważne jest by ten, kto głosi w sieci rozmawiał z kimś drugim (forma super wizji) o tym, co robi, by nie tworzyć sobie wirtualnego świata, ale w wirtualny świat wchodzić z realnym przesłaniem i do realnego świata prowadzić. Ewangelizacja to czynienie cudów przez ludzi, którzy sami doświadczyli Jezusa i uwierzyli Mu, że mają wszystko, co im potrzeba do wypełnienia misji. Można czasem odnieść wrażenie, że dzisiejsi chrześcijanie, w tym też księża, często zachowują się tak, jakby Bóg nas już w ogóle nie potrzebował w głoszeniu Dobrej Nowiny. A jeśli już chcą się angażować, często mylą politykowanie z ewangelizacją. Oczywiście mając dobre tłumaczenie w postaci taniego tekstu, że chrześcijaństwo musi się przekładać na etykę i politykę.

Dory instruktaż

Jezus daje nam dokładny instruktaż ewangelizacji. Mówi: uzdrawiajcie chorych, wyrzucajcie złe duchy, wzmacniajcie słabych. Głoście, że przybliżyło się Królestwo Niebieskie. Mówiąc bardzo prosto – idźcie do ludzi i czyńcie im dobro, dajcie im nadzieje. Ewangelizacja pochodzi od słowa Ewangelia, a ta, znaczy Dobra Nowina. Ewangelia to nie system polityczny, to Królestwo Boże, to Dobre Słowo dla człowieka, który cierpi, z jakiekolwiek powodu.

Boże głoszenie tego Królestwa, to sprawienie, że dziś, ktoś od nas usłyszy naprawdę dobre słowo, które sprawi, że pojawi się na jego twarzy uśmiech i nadzieja w sercu. Może ktoś po moim dobrym słowie zapragnie znów żyć pełnią. Czasem też głoszenie Słowa to zamilknięcie. Nie mówienie tych wszystkich złych słów, które padają w moim sercu w kierunku innych. Nie dołączanie do chóru tych, którzy kogoś w sieci potępiają, oskarżają. Czasem też może to być spełnienie czyjegoś małego marzenia, czy wsłuchanie się w swoje smutne serce, by w końcu pozwolić Panu działać. Ważne jest to, by wierzyć, wiedzieć, że mam wszystko do tego, by iść i uzdrawiać i wskrzeszać, a więc mam moc.

Głoszenie Królestwa to nie jest głoszenie siebie, ale Boga. A więc pójście (w tym wypadku napisanie) do ludzi i powiedzenie im, że „bliskie jest Królestwo”. Powiedzenie tego, że Bóg jest bliski, nie daleki, nie zdystansowany, zimny. Jest bliski. Jest dobry. Nie tylko dla dobrych, ale dla wszystkich ludzi. Socjalmedia pozwalają o tym mówić w Internecie.

 

Oceń ten artykuł


źródło: Grzegorz Kramer SJ 

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze