O codzienności na misji, dzieciach ulicy i wolontariacie misyjnym w Ugandzie z Anią Musiał, studentką drugiego roku fizjoterapii, rozmawia Michał Jóźwiak.

W jaki sposób znalazłaś się w Ugandzie?  

Na misję wyleciałam z ramienia Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie. Przygotowania trwały 9 miesięcy i po rozeznaniu duchowym oraz zgodzie Dyrektora zostałam posłana do Ugandy, a dokładnie do wioski Namugongo, gdzie pracowałam w domu dla chłopców ulicy.

Kiedy pojawiła się w Tobie myśl o tym, że warto byłoby wyjechać na misję?

Trudno określić jakiś dokładny moment. Od podstawówki tematyka Afryki bardzo mnie interesowała. W liceum angażowałam się w zbiórki na rzecz misji, a po maturze stwierdziłam, że i ja chciałabym spróbować.

Nie bałaś się tego wyjazdu?

Oczywiście, że były we mnie różne obawy. O kulturę, choroby, o to, co tam zobaczę, jak mnie to zmieni, o to, co zostawiam tutaj, w Polsce. Ale wiedziałam, że jeżeli to Pan Bóg mnie posyła, to On o wszystko się zatroszczy. I tam gdzie mnie nie będzie, to On wypełni moje miejsce.

Jak wyglądał Twój zwykły dzień w Ugandzie?

Pracowałam w domu chłopców ulicy, a moją pracą było bycie częścią ich codzienności. Mój dzień zaczynał się o godzinie 5:30, gdy chłopcy nas budzili, by się z nami przywitać przed wyjściem do szkoły. Później odprowadzałyśmy ich około 4 kilometry. Następnie codzienna dawka siły, czyli Eucharystia. Potem można było przystąpić do prac porządkowych w placówce. Później zawoziło się chłopcom ciepły posiłek czy lekarstwa do szkoły. Po ich powrocie było wspólne odrabianie lekcji, kolorowanie, układanie puzzli, szycie im ubranek, nauka gry na gitarze, wspólna gra w piłkę nożną, ping-ponga czy koszykówkę. Był też czas na rozmowę i wygłupy. Z maluchami prałyśmy razem mundurki na następny dzień , często opatrywałyśmy chłopcom rany. Gdy był dzień wolny od lekcji, razem pracowaliśmy w polu lub na farmie. Wieczorami prowadziłam także lekcje powtórkowe w trzeciej klasie podstawówki.

Co dodawało Ci sił? Miałaś przecież mnóstwo pracy.

Myślę, że najpiękniejsze były wieczory, gdy po modlitwie po prostu siedzieliśmy razem na trawie, przy dźwiękach bębnów i idącej spać Afryki. I byliśmy dla siebie. Często śpiewaliśmy, wygłupialiśmy się i rozmawialiśmy na różne tematy: Europy, Afryki, naszych przyjaciół czy ulubionych filmów. A Pan Bóg siedział razem z nami na tej trawie. Były to jednocześnie zwyczajne i nadzwyczajne chwile. Piękne było także to, gdy widziałam, jak chłopcy się zmieniają, że już przestają tylko prosić, ale także chcą dać nam wiele od siebie. Gdy zaczynali rozumieć, że my jesteśmy tam nie po to, by dawać, ale po to, by dla nich być. Gdy zależało im byśmy zobaczyły ich mecz koszykówki, odprowadzili do szkoły, poznając nauczycieli i przyjaciół, razem poukładali puzzle czy potrzymali za rękę w szpitalu.

Co było najtrudniejsze?

Jadąc na misje, miałam 19 lat. Moi podopieczni natomiast mieli od 5 do 21. Trudne było dla mnie bycie wychowawcą dla moich rówieśników, wyrobienie sobie u nich autorytetu i szacunku, ale z czasem i to się udało. Kolejnym bardzo trudnym dla mnie momentem był ten, gdy zaczęłam się dowiadywać historii chłopców. Tego, co przeżyli w domach, jak trafili na ulicę, co na tej ulicy się wydarzyło. Trudno było mi się z tym pogodzić. Paradoksalnie to oni tłumaczyli mi, jak Bóg jest dobry i łaskawy, że trafili do tego ośrodka.

Rzuciły Ci się w oczy jakieś różnice kulturowe?

Szczerze mówiąc nie dostrzegałam za dużo takich różnic. Coś, co wzbudziło we mnie pewnego rodzaju niezrozumienie, to fakt, że gdy w Ugandzie ma się do kogoś olbrzymi szacunek – kogoś najstarszego z rodziny czy do dyrektora, to mówiąc do niego się klęka. Jednak nie było to aż tak bardzo radykalnie praktykowane. Ugandyjczycy obdarzając kogoś szacunkiem, podają mu różne przedmioty oburącz. Również gdy się witają, to podtrzymują swoją rękę lub obejmują dłoń drugiej osoby obiema rękami.

Ten wyjazd pewnie bardzo Cię zmienił?

Trudno jest wrócić takim samym z wolontariatu misyjnego. Myślę, że o tym, jak bardzo mnie to zmieniło, będę się dowiadywać do końca życia.

Przede wszystkim nauczyłam się dziękować i oddawać wszystko Panu Bogu – zarówno radości, jak trudności. Bo to On mnie umacnia i to On mnie posyła czy to do Afryki, czy do codzienności w Polsce.

Nauczyłam się od moich chłopców prostej radości z tego, co jest tu i teraz. Nie wybiegam za bardzo w przyszłość i nie martwię się na zapas. Myślę, że taki jest sposób życia nie tylko moich podopiecznych, ale większości Afrykańczyków. Nauczyłam się także tego, że gdy jest ciężko, to znaczy, że warto. Było wiele trudnych sytuacji, w których wcześniej bym już odpuściła. Ale w Afryce walczyłam ze swoimi słabościami i nauczyłam się wytrwałości w działaniu.

Masz zamiar wrócić jeszcze do Ugandy lub innego kraju misyjnego?

Zostawiłam w Afryce swoje serce, a więc czas po nie wracać. Tym razem padło na Zambię, gdzie przez trzy miesiące będę pracować w szkole dla dzieci ze slumsów w Lusace. A czy do Ugandy wrócę? Tylko Pan Bóg to wie. Ja na pewno bardzo bym chciała.

Bóg siedział razem z nami na trawie – rozmowa z Anną Musiał, misjonarką w Ugandzie
5.91 (98.48%) 11 ocen.


źródło: Michał Jóźwiak

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze