Z Joy Vargas, Filipinką ewangelizującą w komunistycznym Laosie, rozmawia Anna Świtalska

Anna Świtalska: Jak się miewa moja ulubiona Filipinka? A w zasadzie jedyna, którą znam. Jak u Ciebie z czasem, nadal masz go tak mało?

Joy Vargas: Czuję się zaszczycona, że mogę być tą jedyną (śmiech). Od paru ładnych miesięcy jestem dość zajęta, a mój kalendarz jest niemal wypełniony po brzegi. Nie wiem czy pamiętasz, ale podczas naszej ostatniej rozmowy wspomniałam, że oczekuję wizytacji organizacji misyjnej, dla której pracuję.

Tak tak, pamiętam. I jak? Udało się?

Powiem tak. Przyjechali, zobaczyli, pojechali i… z radością mogę oznajmić, iż będziemy mogli wdrożyć do szpitala w Pakse projekt, któremu poświęciłam tak wiele serca i czasu. Wreszcie będę mogła przeprowadzić szkolenie z zakresu żywienia dla całego personelu medycznego w południowym Laosie. W ramach wolontariatu przyjedzie do mnie również dietetyczka z Ameryki.

Wiem, jak wiele wysiłku włożyłaś w ten projekt. Szkolenie dla całego personelu medycznego? Nawet lekarzy? Jak to? Chrześcijance pozwolono na to?

No właśnie… Laos jest jednym z najbardziej pomijanych krajów, jeśli chodzi o pomoc humanitarną. Tutaj bardzo dużo dzieci umiera, zanim osiągnie wiek pięciu lat. Ma to związek z brakiem podstawowych zasad higieny oraz sprzętu medycznego. Często brakuje nawet jednorazowych rękawiczek dla lekarzy i pielęgniarek. Azja Południowo-Wschodnia jest bardzo biednym obszarem. Z krajów, w których panuje skrajne ubóstwo, najczęściej wymieniane są: Kambodża oraz Birma. Mało kto pamięta o Laosie. A to właśnie tu, nawet lekarze nie mają podstawowej wiedzy na temat opieki medycznej czy zasad prawidłowego odżywiania. Ten szpital, w którym przeprowadzimy szkolenie, a który jest największą placówką zdrowotną w całej prowincji, nie ma dobrze wyszkolonego personelu. Dlatego wierzę, że nasza pomoc przyczyni się, do podniesienia jego standardu.

W ogóle mieszkańców Laosu jest 6,5 mln, a chrześcijan 1,5%, a więc bardzo mało. Chrześcijanie nie są mile widziani przez władze nie tylko dlatego, że jest tu komunizm, ale także ze względów politycznych. W trakcie wojny Stanów Zjednoczonych z Komunistycznym Wietnamem (1957-1975), Laos sprzymierzył się z tym ostatnim. Jednak chrześcijańskie plemię Hmongów, zamieszkujące góry Laosu, współpracowała ze Stanami Zjednoczonymi. Stąd chrześcijanie do tej pory uważani są za kolaborantów.

Jak to się w ogóle stało, że pracujesz w Asia Pacific Missions? Od czego to się zaczęło?

To bardzo długa historia. Dyrektora mojej przyszłej organizacji poznałam już jako mała dziewczynka. Uczęszczałam do jednej szkoły wraz z jego córkami. Nasi rodzice się zaprzyjaźnili, a ja dzięki temu mogłam wzrastać jako chrześcijanka, w duchu zaangażowania misyjnego. Ciągle coś o misjach słyszałam.

Nasza organizacja znajduje się na Filipinach i to tam właśnie zaczęły się pierwsze projekty pomocy ludziom w potrzebie. Wspierają nas kościoły chrześcijańskie, w tym katolicki, z Ameryki, a także z Australii. W 2002 r. zaczęliśmy poszerzać swoją działalność o inne kraje Azji Południowo-Wschodniej. Te najbardziej zapomniane – Kambodżę oraz Laos. Bóg stworzył każdego z nas wyjątkowym, dlatego staramy się służyć innym własnymi talentami. Ja jestem pielęgniarką oraz nauczycielką języka angielskiego dzieci. Nie ma mowy, aby pojechać do tych krajów jako oficjalny misjonarz, ale już jako nauczycielka, czy pielęgniarka mogę pracować.

Czy wasza organizacja ma charakter typowo misyjny? Czy jesteście mile widziani na terenie Laosu? Jak rząd laotański na to wszystko patrzy?

Jesteśmy misjonarzami świeckimi. Duchowni nie mają szans, aby tu działać. W takich krajach jak Laos, Kambodża czy Wietnam ciągle panuje komunizm, a nieufność wobec misjonarzy jest bardzo widoczna, a o jej przyczynach już mówiłam. Właśnie dlatego skupiamy swoją uwagę na niesieniu ludziom konkretnej pomocy. Chcemy ludzi przekonać do Kościoła, nie przez bezpośrednią ewangelizacje – bo jest to niemożliwe, ale budowanie szkół, prace jako nauczyciele, pomoc medyczną, opieką nad chorymi.

Tak naprawdę, to jesteśmy pierwszą chrześcijańską organizacją na południu Laosu, która ma dobre relacje z rządem. Na początku politycy byli wobec mnie bardzo nieufni i dużo czasu musiało minąć, zanim zdobyłam ich zaufanie. Wszystko zaczyna się od potrzeby serca i chęci niesienia pomocy ludziom. Władze zauważyły, że nie głosimy kazań, ale pomagamy charytatywnie. Oni nie wiedzą, że ta nasza pomoc, tez jest głoszeniem Ewangelii. Chcę im przywrócić nadzieję, a jako narzędzie w Bożych rękach, tchnąć ducha walki o godziwe życie.

Dlaczego Laos? Z tego, co wiem, to jest też dużo do zrobienia na Filipinach. Twój kraj jako jedyny w Azji jest mocno schrystianizowany, ale nie całkowicie. Ostatnio odwiedził Was papież Franciszek.

To prawda. Jest mnóstwo rzeczy do zrobienia w mojej ojczyźnie. Wielu ludzi czeka na pomoc. Człowiek jednak czasem odczuwa pewnego rodzaju misję, którą zwyczajnie musi wypełnić. Jakieś konkretne dzieło. Myślę, że mogę to nazwać powołaniem. Tak właśnie jest ze mną. Wierzę, że owoce mej pracy, na które codziennie patrzę, są największym dowodem na to, że jestem na właściwym miejscu. Bóg daje mi do zrozumienia, że to właśnie w Laosie jestem Mu najbardziej potrzebna.

Z tego, co mówisz można odnieść wrażenie, że Wy, Filipińczycy, macie specjalne predyspozycje do pracy ewangelizacyjnej na terenie Azji.

Dokładnie. Myślę, że to wielki dar z Nieba, że możemy ofiarować siebie i swój czas najbiedniejszym. My też jako Azjaci, w pewnym sensie, bardziej rozumiemy sytuację krajów Azji Południowo-Wschodniej. Nie jest tak, że mamy identyczną mentalność, ale z pewnością wiemy o sobie więcej, niż ktokolwiek inny, niż misjonarz który przyjeżdża na przykład z Europy.

A jakie masz pomysły na najbliższą przyszłość?

Chcę tu zostać jak najdłużej i rozwijać kolejne projekty. Bardzo bym się cieszyła, gdyby coraz więcej osób pytało mnie o możliwość odbycia wolontariatu. Moim największym marzeniem jest jednak to, by ludzie, którym pomagam przychodzili do mnie z pytaniem „Kim jest wasz Jezus?, skoro tu jesteś i dla nas robisz tak wiele dobra”. Sama nie mogę im niczego narzucać. Wierzę jednak, że w takim kraju jak Laos, czynienie dobra najlepszą drogą do przybliżenia ludziom Boga, którego nie znają.

Cichy krzyk – rozmowa z Joy Vargas, misjonarką w Laosie
1 (16.67%) 1 ocen.


źródło: Anna Świtalska

Tagi

Laos

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.