O mszalnych cheerlederkach, rytualnych mordach i 150-osobowych klasach szkolnych opowiadał brat mniejszy kapucyn, Michał Saniewski podczas fotograficznej podróży do Gabonu w kawiarni Blubra.

Powstała w 2000 roku misja zakonu kapucynów w Gabonie liczy 9 braci podzielonych na cztery placówki. Tylko ta najmłodsza w Cocobeach, na którym skoncentrował się br. Michał liczy sobie trzech braci. W pozostałych posługuje po dwóch, co oznacza, że bardzo ciężko jest prowadzić życie wspólnotowe będące charyzmatem tego zgromadzenia.

Msza święta jak mecz piłki nożnej

Bracia z Cocobeach dysponują dwoma samochodami i łodzią, która pozwala im przemieszczać się w najbardziej odległe rejony. Ta kokosowo brzmiąca prowincja misyjna to przede wszystkim podłużny pas ciągnący się wzdłuż wybudowanej tuż przy oceanie drogi oraz kilka wiosek wzdłuż rzeki Mitemboni (Rio Muni) prowadzącej w głąb buszu, przy samej granicy z Gwineą Równikową. Tam bracia docierają zaledwie 2-3 razy do roku chrzcząc dzieci i dorosłych, udzielając ślubów i pozostałych sakramentów. 

Poza kwestiami terytorialnymi jest też ta społeczna i językowa. Francuski jest językiem urzędowym kraju, a 43 grupy etniczne posiadające swoje własne języki tworzą barwny wachlarz kultur i wierzeń. Najbardziej znaną są Fangowie. Ludzie starsi na wioskach nie znają dobrze francuskiego, dlatego bracia podczas mszy korzystają z pomocy tłumacza. Jednak w miejscowościach zamieszkanych przez wiele grup etnicznych liturgia jest sprawowana tylko po francusku, bo używając języka jednego plemienia inne czują się zmarginalizowane. Tak było w innej parafii kapucyńskiej w Essassa, blisko stolicy, gdzie ludność jest bardziej wymieszana etnicznie. W Cocobeach msza wygląda barwnie za sprawą chóru kobiet tańczących z pomponami jak cheerlederki.

Lenie Afryki

Drewno z dżungli stanowiącej 90% kraju jest jednym z fundamentów gabońskiej gospodarki. Natomiast główne źródło dochodów w postaci ropy naftowej zapewniło państwu status, który, najprościej mówiąc, rozleniwił społeczeństwo. W warunkach miejskich upragnionym stanowiskiem pracy Gabończyków jest ta biurowa. Pracami fizycznymi z kolei trudnią się głównie imigranci z innych afrykańskich krajów. Inaczej jest jednak we wioskach. Tam rybołówstwo, polowania, uprawa bananów czy manioku to chleb powszedni.

Lenie Afryki – tak mówi się o nich na tym kontynencie. Ta opieszałość widoczna jest też w szkolnictwie i służbie zdrowia. Nauczyciele, którzy są funkcjonariuszami państwowymi (co w tamtejszych realiach oznacza dwie rzeczy: po pierwsze, że tam, gdzie się ich wyśle, tam powinni pracować. Z drugiej jednak strony, według znanego w PRL-u powiedzenia, „czy się stoi, czy się leży, to wypłata się należy”) potrafią w ogóle nie przychodzić do pracy. Znajdują powody, by nie wyjeżdżać do pracy np. we wioskach i nie ponoszą tego żadnych konsekwencji, a pensja tak czy inaczej zostaje im wypłacona. Prowadzi to do tego, że klasy liczą od 100 do 150 uczniów, a rok szkolny może być tzw. rokiem białym, czyli niezaliczonym.

Zabójstwo – przepis na sukces?

Będąc w Gabonie nie trudno zauważyć, że więcej uwagi poświęca się zmarłym, aniżeli chorującym. Malaria, główny powód śmierci, leczona jest zazwyczaj zachowawczo jedynie paracetamolem, a powolność działania w szpitalach ma czasami tragiczne skutki. Innym problemem na wioskach jest słaba dostępność do służby zdrowia, dlatego wielu ludzi zwraca się wtedy do gangi, czyli szamana. Ludzie żałują czasem pieniędzy na leczenie. Inaczej rzecz się ma ze zmarłymi. Kiedy ktoś chory umrze, rodziny wydają duże sumy ma pośmiertne, kilkudniowe „wspomnienie zmarłego”.

Śmierć obecna jest tam też na inny sposób. Częścią rdzennego dla tych ziemi kultu przodków jest bwiti. Elementem inicjacji na wyższym stopniu jest jednorazowe spożycie ludzkiego mięsa. Nierzadkie są zatem przypadki zamordowanych ludzi znalezionych bez kilku narządów wewnętrznych. Mordy rytualne nasilają się przede wszystkim przed wyborami. Właściwie uproszenie sobie czegokolwiek u bożków wiąże się z ofiarą ludzką, a im bardziej jest ona bolesna, tym bardziej skuteczna. Całość wygląda jak transakcja, zamówienie – chcesz mieć dar mówienia, to utną komuś w tej intencji język.

Synkretyzm religijny jest tam bardzo widoczny. Możemy mówić wręcz o sektach chrześcijańskich, ponieważ bwiti pozostaje w mentalności Gabończyków pomimo wpajanych wartości katolickich. Chrześcijaństwo jest tam bardzo wątłe. Kolejne wspólnoty protestanckie tworzą się na podstawie prywatnych doświadczeń, wizji pastorów. Katolikom zarzuca się z kolei, że „ukrywają prawdę”. Trzeba jednak powiedzieć, że duchowni katoliccy cieszą się dużym szacunkiem. Tubylcy tłumaczą sobie bowiem, że a nuż mają oni większą moc od szamanów.

Polska na gabońskiej ziemi

Pomimo utrudnień i zakorzenionych i tradycyjnych skłonności tamtejszej ludności, kapucyńscy misjonarze nie tracą ducha. Z entuzjazmem organizują Gabończykom czas wprowadzając polskie elementy w misyjną przestrzeń. Wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej na tyłach kościoła, pięciodniowa pielgrzymka piesza nieznana tam wcześniej czy rekolekcje, na które bracia wieźli młodzież w samochodowej przyczepce to tylko kilka takich inicjatyw. I choć ciężko było się przestawić na gabońskie pojmowanie czasu, nawet tam da się uczyć dyscypliny i wprowadzać ją z pożytkiem dla ich podopiecznych.

Od strony polskiej jest możliwość wsparcia szkoły znajdującej się na terenie misji braci kapucynów w Gabonie. Fundacja Redemptoris Missio organizuje na ten cel zbiórkę pieniędzy, które przeznaczone zostaną na zakup typowych dla tamtejszych szkół ławek. Oto adres prowadzonej akcji, gdzie znajdziecie więcej informacji: https://polakpomaga.pl/kampania/stoly-dla-szkoly?utm_source=index

Oceń ten artykuł



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze