Karolina Mankiewicz dosłownie kilka dni temu wróciła z Filipin, gdzie pracowała jako świecka misjonarka, wolontariuszka. 

Filipiny, to strasznie daleki i strasznie egzotyczny kraj. Jak to się stało, że trafiłaś w to miejsce? 

,,Każdy z nas ma w swoim życiu takie Filipiny – rzeczy, które wydają się mało realne, ale jeśli tylko uwierzymy dzieją się” – powiedziała kiedyś moja koleżanka podczas jednych z rekolekcji. Przygoda z misjami zaczęła się dla mnie kilka lat temu, kiedy to ,,przypadkowo” natknęłam się na artykuł projektu zbieramto.pl o wsparciu dla poszkodowanych przez tajfun Sendong na Filipinach. A jako że w tym czasie wspierałyśmy z dziewczynami z pracy różne akcje charytatywne, to przykuł on moją uwagę. Na początku niewielkie kwoty, potem zbiórka starej biżuterii, baterii, płyt, telefonów i monet. Nawiązała się współpraca z księdzem Piotrem Chmieleckim SCJ – organizatorem tej akcji, który pomagał i wspierał kolejne zbiórki: w pracy, w parafii, wśród znajomych. Widziałam duże rezultaty, ale przede wszystkim to, jak otwierają się serca ludzi na drugiego człowieka i chęć niesienia pomocy. A mógł to robić każdy nawet jeśli nie miał pieniędzy, mógł dzielić się tym co dla niego jest niepotrzebne. Pojawiała się ogromna radość, a krzyżyk sercański i propozycje wsparcia misji towarzyszyły mi już na wszelkich wyjazdach rekolekcyjnych czy wspólnotowych.  

Ale od zbierania pieniędzy do wyjazdu na drugi koniec świata to nadal dość długa droga. 

Ktoś kiedyś mi powiedział, że tu już więcej zrobić nie możesz, teraz musiałabyś tam pojechać i dać siebie. I faktycznie taka propozycja wyszła od ks. Piotra podczas jednej z pielgrzymek do miejsca kultu maryjnego. Choć początkowo myślałam, że to żart, to od momentu przyjęcia tej propozycji wszystko w swoim czasie zaczęło się układać. 

I pojechałaś. 

Tak, w październiku ubiegłego roku, jako wolontariusz Sekretariatu Misji Zagranicznych Księży Sercanów, trafiłam na filipińską ziemię, aby posługiwać w Wiosce Matki Bożej Miłosierdzia, gdzie mieszkają ofiary tajfunu Sendong. Pracowałam w przedszkolu, które zostało wybudowane dzięki projektowi zbieramto prowadzonemu przez Sekretariat. Dzięki wsparciu jednej z misjonarek z Peru, poznawałam tamtejsze rodziny, ich codzienne życie i trudności, z którymi się borykają. Dzięki temu mogliśmy wesprzeć tych najbardziej potrzebujących, szczególnie rodziny naszych przedszkolaków, włączając ich w program ufundowany przez Biuro Sekretariatu zapewniający ryż, mundurki i przybory szkolne dla dzieciaków. Powstała też świetlica w wiosce, gdzie dzieci mogły spędzać wolny czas, szczególnie podczas wakacji. Miała ona na celu zabranie dzieci z ulicy i dać bezpieczne miejsce do zabaw. 

A gdzie mieszkałaś na co dzień? 

Na co dzień mieszkałam w Kasanag – jest to dom prowadzony przez Księży Sercanów, również objęty opieką Sekretariatu Misji Zagranicznych, w którym mieszkają dziewczynki wykorzystywane seksualnie. Obecnie jest ich tam 24, w wieku od 8 do 17 lat. W momencie, gdy przyjechałam nie wszystkie jednak ze względu na niezakończone wyroki, mogły jeszcze chodzić do szkoły. Dlatego też organizowałam dla nich popołudniowe zajęcia. Wspólne zabawy językowe, które miały wypełnić ich wolny czas. Miałam możliwość przebywania wśród tych najmniejszych: porzuconych, poranionych, samotnych i biednych. Wśród dzieci, którym brakowało nie tylko jedzenia, ale i miłości. I choć Filipiny to dla mnie kraj kontrastu luksusu i biedy, to pełnię szczęścia czułam, będąc z tymi ubogimi. Zobaczyłam też jak czasem niewiele trzeba, żeby móc wesprzeć i dać nadzieję drugiemu człowiekowi. Dla nich duże znaczenie miał worek ryżu czy wspólnie spędzony czas. Radość odnajdowaliśmy we wspólnych rozmowach, zabawach czy posiłkach. 

Kiedy to mówisz, słyszę słowa z Ewangelii: cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. 

Bóg jest bardzo blisko nich, a przychodzi przez otwarte serca drugiego człowieka i wtedy to wypełniają się słowa z Ewangelii, że nawet jeśli Matka twoja zapomni o tobie, to Ja nie zapomnę. Potrzeba tylko naszych rąk i gotowości, aby to się działo. Ci ludzie tak samo potrzebują Boga, jak mieszkańcy Europy czy Ameryki. Ale może w tej prostocie życia łatwiej Go zobaczyć i usłyszeć… Dla mnie jako wolontariusza, misjonarza, ten czas był darem od Boga, bo przebywałam z Nim bardzo blisko, służąc tym, których postawił na mojej drodze. Niesamowicie piękny czas, choć czasami i trudny. Moją codzienną siłą była jednak adoracja i Eucharystia. Rozmowy z przyjaciółmi i rodziną, przez których też Bóg mnie umacniał. I choć na Misje pojechałam sama, to tak naprawdę grupa była znacznie większa: tych, którzy ofiarowywali wsparcie materialne, rozmowy, ale przede wszystkim modlitwę, bez której nic Bożego przecież zadziać się nie może.  

Rozmawiała Justyna Nowicka 

Oceń ten artykuł


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.