Nepal od środy obchodzi święto Daśain. Trwa ponad dwa tygodnie i jest najważniejsze w tym kraju. Stolica pustoszeje, bo prawie dwa mln ludzi odwiedza rodzinne wioski. Z całego regionu wracają również do domów Nepalczycy pracujący przez cały rok poza krajem.

Skrzyżowanie Dżamal na jednokierunkowej alei biegnącej wokół ogromnego placu defiladowego Tundhikhel w Katmandu zawsze jest zmorą kierowców. Aleja zwęża się w tym miejscu i centrum stolicy zapycha się na dobre tuż przed 10 rano. „Dzisiaj jest pusto i stoję bezczynnie” – mówi Abhishek Sharma, policjant kierujący ruchem. Przyznaje, że to dziwne uczucie. „Na Daśain wszyscy wyjeżdżają do domów i miasto pustoszeje” – dodaje, śmiejąc się, że na szczęście nie obsługuje dworca autobusowego. Nowy dworzec autobusowy w Gongabu na północnej obwodnicy miasta tonie w tłumie. Setki autobusów przeciskają się powoli przez fale pasażerów, motocykli i mikrobusów.

„Kupiłem bilet kilka dni wcześniej. Od rana stałem w ogromnej kolejce, której pilnowała policja, bo ludzie robią się nerwowi” – opowiada PAP Kumar Nepali, osłaniając nos i usta ręką. Wokół unosi się chmura pyłu. „A teraz znowu czekam na autobus” – dodaje bardziej zmęczony niż poirytowany. W ciągu ostatnich kilku dni stolicę Nepalu opuściło prawie 2 mln ludzi. Kumar jedzie do Kailali, aż na zachodnią granicę z Indiami. Prawie 700-kilometrową trasę autobus pokonuje w ponad 20 godzin. „Czasami jedzie się nawet ponad dobę!” – dodaje Nepali. Ledwie dwa razy w roku 50-letni mężczyzna razem z rodziną jedzie do domu na Daśain, święto obchodzone przez hinduistów. „Na więcej nas nie stać. Życie w Katmandu jest drogie” – opowiada. Mówi, że tęskni za rodzinną wioską i czystym powietrzem.

Fot. PAP/EPA/NARENDRA SHRESTHA

W jego wiosce święto Daśain, które symbolizuje triumf dobra nad złem, kiedy bóg Rama pokonał demona Rawanę, jest specjalnym wydarzeniem. „Wtedy większość ludzi, tylko raz w roku, je mięso” – tłumaczy Kumar, przyznając, że pochodzi z najniższej kasty dalitów, niedotykalnych. Podczas święta Daśain nepalscy działacze praw zwierząt wzywają do zaprzestania składania ofiar. Na głównym placu starego Katmandu jednym cięciem zabija się bawoły. W wioskach na rzeź idą kozły. „Składamy wtedy krwawą ofiarę, ale zjadamy całą kozę. Nic się nie marnuje” – zaręcza jednak Kumar. „Przed zabiciem zwierzęcia odmawiamy pudżę, modlitwę” – dodaje, wchodząc wreszcie do swojego autobusu. „Przyjechałem tutaj prosto z lotniska” – mówi PAP Manish Tamang, który pracuje jako ochroniarz w Arabii Saudyjskiej. „To już grubo ponad dwa lata, kiedy nie było mnie w kraju” – podkreśla, rozglądając się nerwowo.

Nie ma biletu i szuka ludzi, którzy pokątnie je sprzedają. Proceder jest zakazany, lecz pośrednicy mają swoje sposoby. Tamang mówi, że kiedyś było łatwiej, bo ludzie jeździli na dachach autobusów. Teraz zakaz, przynajmniej w miastach, jest surowo egzekwowany przez drogówkę. Poza miastem można się załapać dopiero wysoko w górach. „Słono przepłacę, trudno” – kręci głową, próbując wyłuskać z tłumu osobę sprzedającą bilety. „Za każdym razem, kiedy wracam do domu na Daśain, raz na dwa lata, jest coraz więcej autobusów i ludzi” – zauważa. Tamang pochodzi z wioski blisko osady Kalikasthan w dystrykcie Rasuwa. „Jesteśmy buddystami, ale z sąsiadami zawsze obchodzimy Daśain. To hinduistyczne święto, ale kogo to obchodzi. Ważne, żeby spotkać się z rodziną” – mówi, dodając, że na Losar, tybetański Nowy Rok, nikt nie da mu wolnego, bo mało który pracodawca w Zatoce Perskiej odróżnia Tamangów od innych Nepalczyków. Dla hinduistów każdy dzień święta to inny obowiązkowy rytuał i czasami wizyta w świątyni. Dla dzieci największą frajdą są jednak bitwy latawców. W starym Katmandu pola bitewne to niebo nad dachami domów. Wygrywa ten, kto podetnie linkę latawca z sąsiedniego budynku. W całym Nepalu ludzie budują również dla dzieci ogromne, sześciometrowe huśtawki z zagiętego w łuk bambusa.

 

„Moje dzieci też już pojechały z Katmandu do naszej wioski” – tłumaczy Manish Tamang. Dwójka chłopców uczy się w szkole z internatem w stolicy. Mają po 8 i 12 lat. „Widzą matkę tylko raz na kilka miesięcy” – dodaje. Mówi, że w Katmandu są lepsze szkoły niż w Rasuwie i kiedy się dorobi, zamierza przenieść całą rodzinę do stolicy. Na razie wszyscy spotykają się na święta.

„Takie rozstanie to dukha, cierpienie. Co na to poradzić? Taki jest nasz świat, nasze życie” – mówi na pożegnanie.

Fot. wikipedia

Oceń ten artykuł


źródło: PAP

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.