W Katmandu trwa święto Indra Dźatra, jedno z najbardziej widowiskowych świąt w Azji. Mieszkańcy ciągną ulicami miasta ogromne wozy z żywą boginią Kumari. Święto przyciąga tysiące ludzi, w tym młodzież, która jednak coraz częściej odwraca się od tradycji.

„Raz, dwa, trzy! Ciągnij!” – ponad dwudziestu młodzieńców ustawionych w dwóch rzędach w jednej chwili łapie za liny przywiązane do drewnianego wozu. Twarze czerwienieją od wysiłku, sylwetki uginają się pod ciężarem. Ogromny wóz ani drgnie. Koła ugrzęzły gdzieś między płytami chodnikowymi a rozkopaną ziemią, która namiękła od monsunowych deszczów. „Ciągnij!” – znów pada histeryczna komenda. Wóz zaczyna się lekko kołysać. Kapłani siedzący na platformie wozu, wysoko ponad głowami wielotysięcznego tłumu, który wypełnia cały plac królewski w starym Katmandu, przestają na chwilę rozrzucać poświęcone kwiatki i ryż. Żywa bogini Kumari, kilkuletnia dziewczynka siedząca na tronie między kapłanami, nie daje nic po sobie znać. Inaczej byłby to zły omen.

Tłum zachęca młodzieńców do wysiłku. Wreszcie wóz rusza dalej. Ludzie klaszczą, śmieją się, muzycy znów z zapałem walą w bębny, wszystko przykrywa jednak dźwięk blaszanych talerzy ulicznych orkiestr. Wóz z boginią Kumari pędzi w stronę wąskiej uliczki odchodzącej od serca Katmandu, zburzonej w trzęsieniu ziemi świątyni Kasthamandap. „Chłopcy sobie jakoś poradzili, chociaż są już trochę wstawieni” – śmieje się Franky, 16-letni student, który należy do społeczności Newarów, pierwszych mieszkańców doliny Katmandu. Jest mocno zaangażowany w ratowanie własnej kultury, zna każdy zakamarek starego miasta i jego legendy. Sam przyznaje, że to w jego pokoleniu bardzo dziwne hobby.

„Dla nas święto Indra Dźatra jest najważniejszą imprezą w roku. Od kilkuset lat ciągniemy te wozy ulicami miasta. To dobrze zorganizowane szaleństwo” – dodaje trochę poważniej. Święto ku czci Indry, boga deszczu, to szereg świątynnych rytuałów i procesji, gdzie drewniane wozy z boginią Kumari odwiedzają różne części starego miasta. Na czele procesji idą tancerze przebrani za demony. Jest Pulukishi, biały słoń, który co chwilę wpada w tłum ludzi, i demon Lakhey goniący w żartach małe dzieci.

Pod płócienną makietą niegrzecznego słonia, który harcuje w tłumie, chowają się młodzieńcy, i jak przyznaje Franky, też już są lekko napici. Z kolei za maską demona kryje się tancerz, który tańcząc co jakiś czas wpada w trans. Kiedy na chwilę podnosi maskę, widać pot lejący się z twarzy i ogromne zmęczenie. Tancerz, który przybiera rolę demona, przechodzi wcześniej skomplikowane rytuały i musi być wtajemniczony w tantrę. „Demon ma własny dom, gdzie przechowywana jest jego maska. Mimo jego przerażającej twarzy jest dobrym demonem. Chroni ludzi przed złem” – tłumaczy Franky. Wolontariusze ze służb porządkowych torują drogę kolumnie drewnianych wozów. Zdarzało się wcześniej, że pojazd przygniótł któregoś z widzów, lecz od wielu lat jest już bezpiecznie. Organizacja 8-dniowego święta należy do tzw. guthi, czyli dziesiątek kół sąsiedzkich rozsianych po całym starym mieście. Członkostwo w guthi przechodzi z ojca na syna.

„Coraz mniej młodych osób chce być w guthi, bo obowiązki i praca w organizacji nie ograniczają się tylko do święta Indry” – mówi PAP Alok Tuladhar, 50-letni informatyk, który, jak sam mówi, prawie dekadę temu doznał objawienia. „Te kilka lat temu nagle odkryłem, jak szybko ginie nasza kultura, jak wspaniała architektura zostaje zastąpiona betonem, jak coraz mniej ludzi zna rytuały i legendy. To było moje objawienie” – tłumaczy z uśmiechem. Alok opowiada, jak z dnia na dzień zniknął piękny dziedziniec jego własnego domu w starym Katmandu, który został zabetonowany, i jak zniknęły pięknie rzeźbione okna. Wtedy zaczął dopytywać się rodziców i dziadków o własną kulturę i zwyczaje.

„Wcześniej byłem jak wszyscy. Nie interesowało mnie to, co się działo naokoło, bo patrzyłem tylko w przyszłość” – podkreśla. „Nie widziałem bogactwa zwyczajów i legend tego miejsca, chociaż byłem w ich samym centrum” – dodaje. „Nie wiem za bardzo, skąd wziął się Lakhey i słoń Pulukishi” – 15-letni Rabi Shrestha i Saroj Manandhar robią wielkie oczy. „Kto by się nad tym zastanawiał. To taki folklor” – dodają. Chłopcy przyznają, że lubią święto Indry, bo do późna mogą imprezować z kolegami. Nie potrafią powtórzyć legendy o uwięzieniu boga Indry przez mieszkańców Katmandu. Indrę, który przybrał ludzką formę i zszedł z niebios na ulice miasta, złapano na miejscowym targu, gdy kradł kwiaty dla swojej matki. Ta wpadła w gniew, widząc uwięzionego syna.

Klatkę z więźniem ustawiono niemal dokładnie tam, gdzie ugrzązł wielki wóz podczas procesji. „W zamian za wolność Indra zsyła teraz deszcze i zapewnia plony, a święto jest podziękowaniem za deszcz. To jedna z wielu wersji legendy” – opowiada Franky, dodając wiele mało znanych szczegółów. 16-letni chłopak nie wyróżnia się wyglądem na tle Rabiego i Saroja. Nosi się jak amerykański raper i cały czas strzela selfie swoim smartfonem. „Legendy zaczął opowiadać mi mój dziadek i tak złapałem bakcyla” – mówi. „Franky to chodząca encyklopedia. Ma ogromną wiedzę o mieście i jego legendach. Sam je zbiera, rozmawiając z ludźmi, a tutaj każdy zakamarek, każda świątynia ma swoją opowieść” – mówi Alok Tuladhar.

Niestety rodzina chłopaka jest przeciwna tej pasji. Gdy dostał propozycję dobrze płatnej pracy przy dokumentacji legend miasta, rodzice nie zgodzili się na ofertę. „Nie mogę się im sprzeciwić. Mówią, że nie ma w tym przyszłości i zarobku; że powinienem studiować marketing” – Franky kończy smutno.

Nepal: święto Indry, boga deszczu [REPORTAŻ]
6 (100%) 1 ocen.


źródło: PAP

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze