Albo wspólnota działająca w Kościele głosi Ewangelię, albo staje się jałowa. Nakaz misyjny jest nie tylko przynagleniem, ale także szansą wzrostu.

Tamta wspólnota ewangelizacyjna nie miała zacięcia w głoszeniu ad gentes. Jej członkowie pochodzili z kręgów nowej ewangelizacji i jak sami przyznawali, byli posłani raczej do „owiec, które poginęły” niż do tych, które nie usłyszały jeszcze głosu Pasterza. Głosili więc co tydzień na ulicach jednego z większych miast w Polsce. Rozmawiali z nastolatkami, którzy już dawno pożegnali się z Kościołem, z biznesmenami, którym Bóg przestał być potrzebny, a także z bezdomnymi, którzy bardzo Boga potrzebowali. W tamten pochmurny wtorek na rynku Starego Miasta nie było ani biznesmenów, ani bezdomnych. Nieopodal renesansowego ratusza siedziała za to grupka młodych ludzi. Ewangelizatorzy nie zastanawiali się długo i po krótkiej modlitwie podeszli do – jak się okazało – studentów miejscowego uniwersytetu. Studenci miejscowego uniwersytetu okazali się Turkami, którzy nie mówili po polsku (na szczęście nie mieli problemu z angielskim). Nie kwestie językowe jednak okazały się zaskoczeniem dla ewangelizatorów. Młodzi Turkowie nigdy wcześniej nie usłyszeli Dobrej Nowiny o Jezusie. Na dodatek byli muzułmanami. Niepraktykującymi.

Oto okazało się, że nie trzeba opuszczać granic kraju, by znaleźć się w sytuacji misjonarza, który stoi wobec osób nie znających Chrystusa.

Powszechny nakaz misyjny

Nakaz był prosty, wręcz żołnierski: „idźcie i głoście”. Zakres terytorialny również nie pozostawiał złudzeń. „Po krańce ziemi” znaczy „wszędzie”. Po Soborze Watykańskim II już nikt w Kościele nie ma wątpliwości, że nakaz misyjny obowiązuje nie tylko kapłanów i osoby konsekrowane. Każdy katolik ma obowiązek głosić Ewangelię. Z drugiej strony misyjność wciąż jest kojarzona z egzotycznymi straganami wystawianymi z okazji Tygodnia Misyjnego i zbiórką pieniędzy poprzedzoną świadectwem misjonarza z Ukrainy (choć to nie ściśle misje, bo tam o Jezusie już dawno słyszano) lub nieco bardziej egzotycznych stron.

Gdy mówi się o animacji misyjnej, najczęściej na myśl przychodzi gromadka dzieci, która z fascynacją poznaje życie misjonarzy na odległych kontynentach albo uczy się jednego z dynamicznych afrykańskich tańców. Kościoły – chyba zwłaszcza europejskie – stoją przed wyzwaniem. Jak formować dojrzałych misjonarzy dnia codziennego? Jak przekonać wiernych, że misje stanowią centrum życia Kościoła? Jak tchnąć misyjnego ducha w ruchy i wspólnoty kościelne?

Wspólnoty i nawrócenie pastoralne

Od dłuższego czasu podczas posługi we wspólnocie ewangelizacyjnej towarzyszą mi słowa Jeana Vaniera: „Do wspólnoty przychodzi się po to, żeby być szczęśliwym. Zostaje w niej, żeby uszczęśliwiać innych”. Na każdym kroku przekonuję się o ich prawdziwości. Zazwyczaj po pewnym czasie karmienia się wspólną modlitwą, konferencjami i spotkaniami następuje moment, w którym nowa osoba we wspólnocie zaczyna się angażować w służbę innym, albo odchodzi. Najczęściej dlatego, że „wspólnota nie spełnia jej oczekiwań”. Problem – wydawałoby się osobisty – funkcjonuje również w przestrzeni wspólnotowej pod hasłem „tak nam dobrze razem, że nie potrzebujemy nikogo więcej”. Tymczasem zamknięcie się na świat, który istnieje poza wspólnotą, jest najlepszą drogą do jej rozpadu. Kiedy na piedestale stawiamy nasz komfort bycia ze sobą i nie dopuszczamy do siebie myśli, by ktoś inny mógłby mieć w nim udział, paradoksalnie nie przyczyniamy się do budowania głębszych i bardziej dojrzałych więzi.

Serce wspólnoty

Głoszenie Ewangelii, które jest sercem Kościoła, stanowi również serce każdej wspólnoty katolickiej. Niestety – to byłoby zbyt proste – sedno nie leży w ilości wysłanego ryżu na pomoc głodującym mieszkańcom Czadu. Nawet nie w częstotliwości wychodzenia ewangelizacyjnego na ulice. Jeśli chcemy ożywić nasze wspólnoty i sprawić, by nie tylko pięknie prezentowały się w ogłoszeniach duszpasterskich, ale także obficie owocowały, wymagania są o wiele większe.

O nawróceniu pastoralnym (czyli odnowieniu zapału głoszenia Ewangelii w strukturach kościelnych) pisał w Dokumencie z Aparecidy papież Benedykt XVI. Nie pozostawił wątpliwości co do tego, na czym powinna polegać misyjna odnowa wspólnot: „Nawrócenie pastoralne wymaga, by wspólnoty kościelne były wspólnotami apostołów wokół Jezusa Chrystusa, Mistrza i Pasterza. Stąd wypływa postawa otwartości, dialogu i chęci by promować służbę i rzeczywiste uczestnictwo wszystkich wierzących w życiu chrześcijańskich wspólnot”. Nie może więc być mowy o rzeczywistym zaangażowaniu misyjnym we wspólnocie, jeśli zabraknie otwartości na głos Tego, który posyła do głoszenia i na drugiego człowieka, który potrzebuje Dobrej Nowiny. Ta otwartość jest nierozerwalnie związana z początkami Kościoła: otwarty był bok Chrystusa „z którego wypłynęły sakramenty Kościoła” i otwarci byli apostołowie już po zesłaniu Ducha Świętego. Jeśli Kościół nie może żyć inaczej jak tylko poprzez głoszenie Ewangelii, tym bardziej nasze wspólnoty.

Animacja

Zatem w ramach „animacji misyjnej”  najbardziej liczy się ukształtowanie postawy serca, a pomysły na środki, którymi można służbę realizować, są drugorzędne. Możliwości są szerokie –  pomieszczą się tutaj zarówno pomoc materialna,  codziennie odmawiana dziesiątka różańca za misje, jak i budowanie relacji opartych na służbie i miłości bliźniego. Także z tymi, którzy żyją obok nas. Nie trzeba bowiem kupować biletu do Ugandy, by zostać misjonarzem. W większych miastach w Polsce nie brakuje okazji do wspólnotowego realizowania misji ad gentes.

„Gentes” przyjeżdżają na spotkania biznesowe, żyją w akademikach, sprzedają koszule na targowisku. W okresie wakacyjnym zwiedzają najbardziej popularne miejsca w naszym kraju. Możemy usprawiedliwiać się, że misje nas nie dotyczą naszych wspólnot lub spojrzeć prawdzie w oczy i dostrzec, że ludzie, którzy nie znają jeszcze Chrystusa są naprawdę blisko nas. W dobie migracji, globalizacji i wszechobecnego już Internetu trudno jest argumentować brak zaangażowania w misje ad gentes odległościami geograficznymi. Zresztą już w 1990 roku, w encyklice „Redemptoris missio”, św. Jan Paweł II wskazał, że nie tylko należy głosić na nowych kontynentach, ale również na nowych areopagach – w środkach masowego przekazu, przestrzeniach, gdzie nie słyszano nigdy o Jezusie.

Owoce

Zaangażowanie w misje ad gentes wydaje owoce nie tylko na placówkach misyjnych. Wszyscy misjonarze – tak „wyjazdowi”, jak i „stacjonarni” – wskazują na to, że otwarcie serca na człowieka, który nie poznał jeszcze Chrystusa, zostawia ślad w nich samych. Inspiruje do głębszego życia duchowego, zbliża do Kościoła. Pozwala również zapalać innych do głoszenia i rodzi kolejnych misjonarzy.

Realizacja chrystusowego nakazu misyjnego wydaje się być dla wszystkich wspólnot działających w Kościele zarówno przynagleniem, jak i szansą wzrostu. To, co w pierwszym odruchu może wydawać się szorstką koniecznością zmiany myślenia o Kościele, o wspólnocie i o sobie samym, tak naprawdę stanowi źródło rozwoju wspólnoty i pogłębienia więzi. Wspólnoty, które żyją na co dzień duchem misji, stają się dojrzalsze i – paradoksalnie – jeszcze bardziej dynamiczne. Zaangażowanie sił w głoszenie Ewangelii nie wyczerpuje ich zapału. To, co wydaje się zagrożeniem („czy nie dopuścimy do rozmycia się tożsamości wspólnoty?”), jest w rzeczywistości antidotum na nasz kolektywny egoizm.

Wtorkowe spotkanie pod pochmurnym niebem i przy zabytkowym ratuszu nie przyniosło widocznych owoców. Młodzi ewangelizatorzy trochę nieporadnie opowiedzieli o  doświadczeniu Chrystusa który umarł, zmartwychwstał i zmienił ich życie. Młodzi muzułmanie ze zdumieniem pokręcili głowami. Nie nastąpiło duchowe trzęsienie ziemi. Żadne z nich jednak nie wie, co z tamtą chwilą zrobi Bóg kiedy przyjdzie na to odpowiednia pora.

 

Oceń ten artykuł


źródło: Patryk Rzepecki 

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.