Przyjechaliśmy do Papui Nowej Gwinei ciekawi ludzi i Kościoła, który ma dopiero 50 lat. Baliśmy się odległości i tego, czy damy radę ze względu na wiek. Ale ludzie z oazy i harcerze łatwo się nie poddają.

Expect the unexpected – spodziewajcie się niespodziewanego – powiedział nam na powitanie biskup prowincji Southern Highlands Steven Reichart, kapucyn. Zetknięcie się świata zachodniego ze światem Papuasów dało nam możliwość lepszego zrozumienia Starego Testamentu i trudności z wprowadzeniem miłości w świat zabobonów i strachu.

Nasze Tari

Biskup przydzielił nas do pracy w katolickim liceum w Tari, jedynym w prowincji Southern Highlands. Tari znajduje się w górach, jest najbardziej oddalonym miejscem od stolicy kraju Port Moresby. Jest tutaj pas startowy dla małych samolotów, kilka bardzo skromnych sklepów i miejsce przy drodze, gdzie raz w tygodniu odbywa się targowisko. Wrażenie robi tłum ludzi, który zbiera się, by witać każdy samolot. Wśród nich jest wielu mężczyzn pomalowanych i ubranych w pióra i peruki.

Praca w szkole

St. Joseph’s Secondary School położona jest około 15 km od Tari w pięknym miejscu, otoczona wzgórzami. Kampus jest duży, bardzo ładny, zielony, starannie utrzymany. Szkoła została założona przez amerykańskie misjonarki franciszkańskie w 1970 r. i nadal jest jedyną katolicką szkołą w tej części kraju. Przychodzą do niej uczniowie nie tylko z Tari, ale i z dalekich stron. Szkoła posiada internat i większość uczniów mieszka w szkole cały czas. Uczy się tu ponad 600 młodych ludzi. Nauka odbywa się w języku angielskim. Ponieważ rząd nie dotuje szkół, tylko mały procent dzieci się kształci. Klasy są duże, liczą po około 45 uczniów. Rozpiętość wieku w klasie wynosi czasami nawet dziesięć lat. Niektórzy uczniowie nie znają swojej daty urodzenia i chodzą do szkoły wówczas, kiedy mogą za nią zapłacić. Marzą o dalszych studiach, ale dla wielu, nawet po dobrze zdanej maturze, nie jest to możliwe. Uniwersytetów jest mało i opłaty są bardzo wysokie. Marta była nauczycielem geografii, a ja administratorem i księgowym.

Perukowcy

Ludzie z plemienia Huli to górale znani jako „wigmen” – perukowcy. Nazwa ta związana jest z perukami, które ubierają na tradycyjne spotkania. Według tradycji młodzi mężczyźni nie obcinają kręconych włosów przez dwa lata, potem golą je i robią z nich peruki, które zdobią piórami i kwiatami. Najbardziej cenią pióra ptaków rajskich. Często malują i zdobią twarze na żółto i czerwono. Wyglądają wtedy bardzo groźnie. Trudno nam było komunikować się w lokalnym języku Huli. Na Papui używa się około 800 języków i ogólnie znanego języka pigin. To uproszczona wersja angielskiego wprowadzona przez misjonarzy dla łatwiejszego porozumienia. Angielski jest językiem urzędowym, ale niewielu ludzi go zna.

Trzydzieścioro rodzeństwa

Byliśmy jedynym europejskim małżeństwem w tej części kraju i czuliśmy, że wszyscy nas obserwują. Największym problemem był dla nas podział ról mężczyzn i kobiet. To trudny temat, bo w tradycyjnym układzie kobietę „kupuje” rodzina męża, płaci za nią około 20 świń, a bogatszy człowiek może mieć więcej żon. Rodziny są bardzo liczne. Średnio w każdej jest około ośmiorga dzieci, a gdy mąż ma kilka żon to bywa, że rodzeństwa jest trzydzieścioro. Program szkolny stara się poruszyć temat równości kobiet i mężczyzn, ale nawet wśród naszych uczniów panują stare przyzwyczajenia. Kobiety nie powinny nosić spodni, a noszą długie spódnice lub lap-lap – kawałek kolorowego materiału, który owijają wokół siebie.

Chociaż wiele naszych dziewcząt ma ambicje: chcą iść na studia i do pracy, to chłopcom wcale się to nie podoba. A zwyczaje są tu surowe. Nigdy nie widać, żeby kobieta trzymała się za rękę z mężczyzną.

Nawet po ślubie w wielu osadach mężczyźni mieszkają razem w jednym domu, w innym kobiety z dziećmi, a spotkania małżonków odbywają się w ogrodzie. Nie ma też prywatności: rodzina do wszystkiego się miesza i jeśli ktoś się dorobi, to cała rodzina spodziewa się jakiegoś wynagrodzenia i korzyści. Kobiety bardzo ciężko pracują fizycznie w trudnych warunkach.

Codzienność

Na co dzień zajmowała nas praca w szkole. Marta przygotowywała się do lekcji geografii i sprawdzała zadania. Program konieczny do opanowania przed maturą jest w zasadzie taki sam jak w każdym rozwiniętym kraju, ale stanowi trudność dla tamtejszej młodzieży. Dla nas poznanie specyfiki geografii Papui było dodatkowym zadaniem. Jan zajmował się stroną finansową szkoły – zbieraniem czesnego, organizacją zakupów i dostaw. Codziennie trzeba było zapewnić posiłki dla ponad 500 młodych ludzi. Pracowników szkoły poza nauczycielami było 30. Co dwa tygodnie trzeba było przygotować wypłatę. Szkoła miała 55 sztuk bydła, dzięki czemu rano studenci mieli mleko do herbaty, a na święta można było ubić byka. Najbardziej stresujące były wyjazdy do Tari po pocztę i zakupy i do Mendi w sprawach szkolnych. Do Mendi, siedziby naszego biskupa, jechało się ciężarówką przez góry sześć godzin. Drogi były niebezpieczne często dochodziło do napadów i kradzieży zakupionego towaru przez chuliganów lub członków wrogich plemion.

Nauczyć się piec chleb

Mieszkaliśmy w „green house” – zielonym domku w samym środku kampusu. Był bardzo wygodny: sypialnia, kuchenka, łazienka i piękny ogród, w którym rośną banany. Działkę zagospodarowaliśmy, żeby mieć świeże jarzyny.

Podstawą diety są „kawkaw” – słodkie kartofle, awokado i ananasy. Poza tym świetnie rosły kabaczki i dynie, ale niestety nie chciały rosnąc „polskie” kartofle i cebula.

Poza tym sporo czasu zajmowała nam praca przy przygotowaniu posiłków – ponieważ brakowało wielu wyrobów, które w świecie ułatwiają życie. Marta nauczyła się piec świetny chleb i robić ser z mleka. Nauczyliśmy się wysmażać owoce i robić marmoladę. Ograniczenia dostaw prądu też nam nie pozwalały na wiele rzeczy. Dzięki małej elektrowni zasilanej przez wodę wieczorami mieliśmy światło i możliwość odczytania e-maili otrzymanych przez satelitę. Niestety nie było łączności telefonicznej, co pogłębiało naszą izolację.

Rajskie ptaki

W niedzielę po Mszy św. czasami wybieraliśmy się w góry, do Ambua Lodge – jedynego miejsca, do którego czasem przyjeżdżają turyści, by zobaczyć rajskie ptaki. Jest tam piękny las tropikalny. Można wędrować, oglądać przepiękne widoki i wodospady, przechodzić mostami zbudowanymi z lian i bambusów.

Trudna polityka

Papua Nowa Gwinea

Papua Nowa Gwinea, fot. p. Kaczmarek

Latem 2007 r. odbyły się wybory powszechne. Po wyborach zrobiło się bardzo niebezpiecznie, bo zakończono stan wyjątkowy, a wojsko i policję odwołano do koszar. Za tym poszły porachunki miedzy plemionami i bandyckie napady na drogach, co spowodowało odcięcie Tari od reszty kraju. W związku z wyborami ludzie mieli nadzieję na poprawę infrastruktury – lepsze drogi, doprowadzenie prądu, podłączenie do telefonów, powszechny dostęp do szkół i poprawę opieki medycznej. Najbardziej potrzebna jest opieka medyczna – w Tari jest barak „szpitalik”, ale od 10 lat nie ma w nim lekarza i lekarstw. Gdy ktoś poważnie zachoruje, to naprawdę jest tragedia. Ostatnio zabraliśmy malutkie dziecko ze złamaną ręką do szpitala i nikt nie mógł pomóc, bo nie było lekarza ani prądu potrzebnego do zrobienia prześwietlenia.

We wrześniu w szkole był strajk uczniów – nie wiadomo, czy spowodowany przez rozgrywki plemienne czy porachunki uczniów z nauczycielami, ale wicedyrektor został pobity. W wyniku tych wydarzeń szkoła została zamknięta przez biskupa Mendi i wszyscy nauczyciele i uczniowie wyjechali. Po tych zdarzeniach, ostanie miesiące trzeba było doprowadzić szkołę do normalności i nadal pracować z uczniami, aby przygotować ich do matury w takich trudnych warunkach. Sytuacja ta nie była wyjątkowa, często walki kończą się zamykaniem, a nawet podpaleniem szkół i kościołów.

Spory międzyplemienne

Przykładem walk były spory plemion Tari i Nipa. Jeden człowiek z plemienia Nipa został zabity i przez miesiąc nie mogliśmy jeździć do Mendi – byliśmy ograniczeni do terenu szkoły. Na szczęście zapasy i plony z działek szkolnych pozwoliły nam przetrwać. Drogi są bardzo niebezpieczne, bo plemiona, które ze sobą walczą blokują drogi, mają broń, zatrzymują samochody i zabierają wszystko. Mocno się przestraszyłem, gdy podczas podroży z naszym kapelanem jakiś człowiek zaatakował nasz samochód wielkim nożem. Jednak dzięki pobytowi w Tari mogliśmy bliżej poznać zwyczaje i życie ludzi na co dzień związanych z dziką przyrodą. Chyba więcej skorzystaliśmy niż mogliśmy ludziom dać.

Fot. Arch. M.J. Kaczmarek

Galeria (3 zdjęcia)
Oceń ten artykuł


źródło: M.J. Kaczmarek

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.