Tu nie ma czasu na nudę, wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Chwilami to jak jazda bez trzymanki na linie zawieszonej kilkaset metrów nad ziemią. Człowiek czuje, że żyje.

Nigdy nie miałam wątpliwości, jakie jest moje powołanie. Wiedziałam, że założę rodzinę. I że będzie to duża rodzina. Sama przez jedenaście lat byłam jedynaczką i choć nigdy (a może prawie nigdy) we własnym towarzystwie się nie nudziłam, to ewidentnie brakowało mi towarzysza zabaw. Dlatego tak bardzo chciałam, żeby dzieci w domu było dużo i by różnica wieku między nimi nie była jakaś ogromna. Pan Bóg szczodrze obdarzył nas potomstwem i dał nam misję wychowania tych dzieci, doprowadzenia ich do dorosłości. Zadanie to nad wyraz odpowiedzialne, szczególnie jeśli spadło na tak niedoskonałych rodziców jak my. Wierzymy jednak, że taki plan miał Pan Bóg na nasze życie i jak potrafimy, staramy się go realizować.

A to życie to chwilami wygląda jak front wojenny. „Mamo, on mi zabrał klocka”, „Mamo, pomóż mi w matematyce”, „Mamo, nie widziałaś mojego zeszytu”, „Mamo, poproszę pić”, „Mamo…”. Te wszystkie komunikaty docierają do mnie w tym samym czasie i w tym samym czasie trzeba na nie zareagować, bo przecież nikt nie może poczekać, każdemu się spieszy. I tak jest każdego dnia, chwila spokoju to luksus niczym wczasy w najlepszym SPA. Cały czas coś się dzieje, liczba docierających do mojego mózgu bodźców przekracza wszelkie normy tak jak normy przekracza poziom hałasu i atakująca moje uszy liczba decybeli. Chwilami to miałabym ochotę zamknąć za sobą drzwi i uciec od tego wszystkiego. Tylko czy rzeczywiście byłabym szczęśliwsza? Wątpię.

Mogę sobie czasem ponarzekać, mogę być zmęczona hałasem i chaosem wprowadzanym przez pięć małych osób, ale innego życia sobie nie wyobrażam. Pewnego razu pożaliłam się mojej bezdzietnej przyjaciółce, jak to ja mam źle, a ona dobrze, bo jej mieszkanie lśni, wszystko poukładane jak w pudełeczku, a u mnie rozrzucone zabawki, sterta prasowania i jeszcze na dodatek ktoś w tym wszystkim chory. Ona mnie wysłuchała, po czym szybko postawiła mnie do pionu:

„A czy ty myślisz, że to tak fajnie wracać ciągle do pustego domu, w którym nikt na ciebie nie czeka? Ciesz się z tego bałaganu i nie narzekaj”. Zatem się cieszę. „Podczas podróży, jaką jest rodzicielstwo, niewątpliwie zdarzają się również potwornie bolesne chwile (…) Nie zapominajmy jednak o tych momentach, kiedy nawet najbardziej niesforne dzieci stają na wysokości zadania, rozsuwają kurtynę, za którą ukryte jest niebo, i pokazują nam, na czym polega prawdziwa miłość i prawdziwa radość” – pisze Gary Thomas w książce „Święte rodzicielstwo”.

Bo naprawdę rodzina to jest ogromna radość. Mimo zmęczenia, niewyspania, mimo różnych wyrzeczeń moich czy mojego męża. Mimo również naszego – nie bójmy się tego słowa- poświęcenia, bo gdybyśmy sobie odpuścili, nic by z tego nie było. Nie uważam, że poświęcenie to coś złego, wręcz przeciwnie. Jeśli kogoś kocham, to jestem gotowa – dla dobra tej osoby – iść na ustępstwa, a także rezygnować z własnych przyjemności. I nie chodzi o to, by robić z siebie męczennicę. Tylko o ustawienie właściwych priorytetów. A w tej hierarchii druga osoba, osoba przeze mnie kochana, jest wyżej niż moje przyjemności.

Poświęcenie to synonim zaangażowania. Angażuję swój czas, swoje siły po to, by ta rodzina mogła dobrze funkcjonować, by dzieci dostały w domu to wszystko, co będzie im potrzebne w przyszłości do zbudowania własnych rodzin. Nie mam wrażenia, że coś przez to tracę. A nawet śmiało mogę powiedzieć, że znacznie więcej zyskuję. Rodzicielstwo to nie jest droga tylko w jednym kierunku. To relacja zwrotna. Ja coś komuś daję, ale również i on mi daje. Dzięki dzieciom stajemy się lepszymi słuchaczami, lepiej i częściej się modlimy, one nas uczą, jak żyć pełnią życia, jak się cieszyć nawet z błahych spraw, jak zachwycać się ślimakiem czy muchomorem.

Skoro jednak rodzicielstwo jest misją, prowadzoną nierzadko w bardzo trudnych czy wręcz wojennych warunkach, nie powinna nam unikać istota tej misji. Bynajmniej nie jest nią dążenie do tego, by cała nasza energia szła na to, by wychować ludzi sukcesu. Misją moją jako rodzica jest „zapewnienie naszym dzieciom zbawienia poprzez własną modlitwę, pracę i nieustanne starania” – jak pisze przywoływany już Gary Thomas. Zadanie to bardzo odpowiedzialne i trudne. Ale czy ktoś nam obiecywał, że będzie w życiu łatwo?

Gary Thomas: Święte rodzicielstwo. Tłum. Justyna Przybyłowska. Aetos Media, Wrocław 2014.

#MisjaRodzina: człowiek czuje, że żyje
3.5 (58.33%) 2 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze