W niedzielę w 3,5-milionowej Mołdawii odbędą się bezpośrednie wybory prezydenta. Mają one pomóc w wyprowadzeniu kraju z długotrwałego kryzysu politycznego, którego nie rozwiązało zaprzysiężenie w styczniu prounijnego rządu Pavla Filipa.

W środę Marian Lupu, przewodniczący rządzącej Demokratycznej Partii Mołdawii (PDM), wycofał się z kandydowania, aby – jak powiedział – wzmocnić szanse byłej minister edukacji i ekonomistki Banku Światowego, wykształconej w USA Mai Sandu z Partii Akcji i Solidarności (PAS). Sandu ma spore szanse na wygraną w konfrontacji w drugiej turze wyborów z prorosyjskim reprezentantem socjalistów Igorem Dodonem.

„To decyzja taktyczna – powiedział Lupu. – Mołdawia potrzebuje prezydenta proeuropejskiego”. Wyborcy mają w gruncie rzeczy zdecydować między prounijną orientacją mołdawskiej polityki a prorosyjską. Główną osią, wokół której wszystko się kręci, jest korupcja. Za opcją prorumuńską – zjednoczeniem Mołdawii z Rumunią – opowiada się natomiast Mihai Ghimpu z Partii Liberalnej (PL), który przedstawia się jako kandydat prawicowy.

Malutka Mołdawia, o obszarze 33 tys. km kw., jest jednym z najbiedniejszych krajów Europy, z PKB per capita szacowanym na 5 tys. dolarów. Przeciętny dochód na rodzinę wynosi poniżej 300 dolarów, a pod względem wolności gospodarczej kraj plasuje się – według tegorocznego indeksu wpływowego konserwatywnego think tanku Heritage Foundation – na 117. miejscu, zaraz za Nigerią. Biedniejąca ludność ma już dość skorumpowanych elit walczących o władzę. Poza dojmującym problemem korupcji i oligarchicznych klik nierozwiązana pozostaje kwestia Naddniestrza, które 25 lat temu ogłosiło secesję, oraz prorosyjskiego Terytorium Autonomicznego Gagauzji, zamieszkanego w większości przez ludność pochodzenia tureckiego wyznającą prawosławie. O korupcję na dużą skalę oskarżany jest – według analityków faktycznie rządzący krajem – oligarcha Vlad Plahotniuc, były wiceszef PDM i były wiceprzewodniczący parlamentu. Kiedy parlamentarna większość w styczniu zaproponowała go na stanowisko premiera, kandydaturę tego finansowego i medialnego potentata, czynnego też w nieruchomościach i bankowości, prezydent odrzucił, zwracając uwagę na brak uczciwości ze strony biznesmana. „New York Times” napisał niedawno, że Plahotniuc to „potentat o tak toksycznej reputacji, że nawet jego polityczni przyjaciele w sytuacjach publicznych zazwyczaj starają się trzymać z nim na dystans”.

Korupcja to powód powtarzających się antyrządowych demonstracji, których uczestnicy żądają wyjaśnienia afery polegającej na wyprowadzeniu z mołdawskich banków ponad miliarda dolarów, kwoty równoważnej 12-15 proc. PKB kraju. Od ujawnienia wiosną ubiegłego roku tej afery kryzys nie słabnie. Premiera od początku 2015 roku wymieniano sześć razy. Oburzeni obniżeniem standardów życia uczestnicy manifestacji zarzucają też proeuropejskim partiom sprawującym władzę od 2009 roku, że nie przeprowadziły niezbędnych reform. Twierdzą, że rząd pozostaje pod wpływem biznesmenów, od których zależą polityczne decyzje. Według kwietniowego sondażu Międzynarodowego Instytutu Republikańskiego 83 proc. obywateli Mołdawii uważa, iż kraj zmierza w złym kierunku.

Praktycznie jedynym skazanym za udział w aferze bankowej został były prounijny premier (2009-2013) Vlad Filat – szef Partii Liberalno-Demokratycznej (PLDM). Dostał karę dziewięciu lat więzienia. Według prokuratora generalnego przyjął łapówkę w wysokości 260 mln dolarów z ponadmiliardowej kwoty wyprowadzonej z mołdawskich banków. Filat odrzuca oskarżenia, a jego obrońca uznał wyrok za politycznie umotywowany.

Prezydent Nicolae Timofti, bezpartyjny, wiąże przyszłość kraju z Unią Europejską. Mówił o tym w orędziu do narodu z okazji 26. rocznicy ogłoszenia (23 czerwca 1990 r.) suwerenności tej dawnej republiki ZSRR. Mołdawia – oświadczył – przeżywa obecnie okres „zachwiania stabilizacji, ale widzi swą przyszłość jedynie w zbliżeniu do Unii Europejskiej, co stanowi priorytetowe zadanie państwa mołdawskiego”. Z początkiem lipca weszła w życie w pełnym zakresie umowa stowarzyszeniowa z Unią, a 30 lipca rozpoczęła się kampania wyborcza, w której większość kandydatów chce kontynuować politykę prounijną. Mimo wcześniejszych obietnic wspólnego kandydata nie wystawiły prounijne partie Godność i Prawda (DA) oraz PAS, której kandydatką jest Sandu. Z ramienia DA kandyduje Andrei Nastase. Oboje mają podobne poglądy i cieszą się sporym poparciem wyborców. Prounijne stanowisko zajmuje również Iurie Leanca z PLDM, premier Mołdawii w latach 2013-2015.

Rywalami kandydatów prounijnych są politycy prorosyjscy: przywódca Partii Socjalistów Republiki Mołdawii (PSRM) Igor Dodon, który prowadzi w sondażach, i Dumitru Ciubasenco z lewicowej Naszej Partii (PN). Dodon najprawdopodobniej przejdzie do drugiej tury i ma poważne szanse na zwycięstwo. Jako prezydent będzie chciał zacieśnić więzi z Rosją. Oczekuje się, że poważnie zagrozi słabej koalicji rządzącej, zdominowanej przez demokratów (a nieoficjalnie – przez Plahotniuca). Zbijając kapitał na stosunku wyborców do panoszącej się korupcji, może zdaniem analityków doprowadzić do przedterminowych wyborów i wywołać nowy kryzys polityczny. Dodon zaskarbił sobie popularność także pozując do zdjęć po pierś w lodowatej wodzie, czy w winnicy, ubrany w tradycyjny chłopski strój. Ciubasenco zaś obiecał, że jeśli zostanie wybrany, bezzwłocznie rozwiąże parlament. Podobną obietnicę, choć bardziej stonowaną, złożył Dodon.

Będąca koalicjantem obecnych władz Partia Liberalna (PL) Mihaia Ghimpu sprzymierzyła się z Plahotniukiem. Ale hasłem Ghimpu jest „Zjednoczenie dla zjednoczenia z Rumunią”. Za taką unią opowiada się około 25 proc. Mołdawian, ale na realizację idei panrumuńskiej nie zgodziłaby się – z oczywistych względów – Moskwa; niechętne jej są Węgry, Bułgaria i Turcja.

foto. flickr

Oceń ten artykuł


źródło: PAP

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze