Czasami jest tak, że dobrzy ludzie nie robią tyle dobrego, ile by mogli. W Tygodniu Modlitwy Za Uchodźców „Umrzeć z Nadziei” z Sylwią Gawrysiak ze Wspólnoty Sant’ Egidio rozmawia Maciej Kluczka. 

Dlaczego taki tytuł? On daje do myślenia. Ja przynajmniej pomyślałem, że „umrzeć z nadziei” mogą ci, którzy żyją z nadzieją na pomoc (czy ci w obozach przejściowych w Grecji albo czy w Syrii albo w Libanie). Czy to o nich chodzi? 

Modlitwa za uchodźców pod tym hasłem odbywa się już po raz kolejny. W 2015 r. po raz pierwszy zorganizowaliśmy taki dzień modlitw. Chcieliśmy jednak, pochylić się nad tym tematem na dłużej, przez tydzień. Jeśli chodzi o tytuł – w pierwszym zamyśle chodziło o tych uchodźców, którzy pełni nadziei przemierzając drogę do Europy, zginęli na Morzu Śródziemnym. Ta nadzieja, którą pokładali w Europie, doprowadziła ich do śmierci. 

Tytuł przewrotny, bo przecież mówimy, że nadzieja umiera ostatnia. Czyli coś, czego trzymali się jak ostatniej deski ratunku, nadziei, nie pomogło.  

Dokładnie. Cała modlitwa jest jednak też modlitwą za tych, którzy przetrwali, przeżyli i czekają na pomoc w obozach i także za tych, którzy dotarli do Europy. Oni też potrzebują naszej pomocy, wyciągniętej dłoni. Nie chodzi bowiem tylko o to, by ktoś wydostał się z piekła. To dopiero początek drogi i to trudnej dla obu stron. Nie tylko dla nas, ale i dla nich. Europa jest im tak samo obca, jak oni są obcy dla nas. To w sumie jest modlitwa o to, byśmy potrafili podjąć wspólną drogę. I żeby ich nadzieja nie umarła gdzieś u naszych brzegów. 

Często cytujemy słowa z Pisma Świętego: „Wiara, nadzieja, miłość, a z nich największa jest miłość”. Można by zapytać, czy wykazujemy się tą miłością, skoro jako chrześcijanie mamy problem z tymi trzema głównymi cechami, które chrześcijanina cechować powinny, także z miłością bliźniego. Przez brak miłości umiera nadzieja i konkretni ludzie. 

Musimy ciągle zdawać egzamin z naszego chrześcijaństwa. Po pierwsze nie lekceważyłabym ludzkich lęków i obaw. Nie wolno potępiać, tylko spokojnie o tym rozmawiać, wyjaśniać i dyskutować. Nie odrzucam tego i rozumiem, że to, co się dzieje w świecie, może potęgować. Po drugie – jesteśmy jednak krajem papieża Polaka, który mówił na początku swojego pontyfikatu: „Nie lękajcie się”. Chyba sami mamy trochę za mało nadziei i za mało ufności – stąd bierze się ten lęk. Osobiście mam w sobie dużą niezgodę na to, że pozwalamy się warunkować strachem. Na wielu poziomach. I w życiu osobistym, i w tym społecznym. Tą modlitwą chcemy się temu przeciwstawić i się umocnić.  

W ostatecznym rozrachunku możemy później sobie wytykać, że zmarnowaliśmy czas, a można było zrobić coś dobrego. 

W naszej wspólnocie panuje przekonanie, że mamy takie czasy, które wymagają od nas życia w pośpiechu. To ma być taki dobry pośpiech, bo jest tak wiele sytuacji, problemów, osób potrzebujących, które wymagają tego, by ruszyć się z kanapy. Te papieskie słowa bardzo wpisały się w naszą duchowość i nasze patrzenie na świat. Z drugiej strony – nie bez przyczyny organizujemy modlitwę. Modlitwa jest dla nas fundamentem. Pozwala nam działać na co dzień, pomaga nam dostrzegać Chrystusa we wszystkich, których spotykamy, również w przybyszu (jak pisał papież w orędziu na Dzień Migranta i Uchodźcy). Chcemy w tym widzieć raczej szansę niż zagrożenie. Modlitwa rzeczywiście daje nam siłę.  

Zamykając drzwi przed przybyszem, zamykamy drzwi przed Chrystusem? 

Przecież wszyscy czytaliśmy Ewangelię: „Byłem głodny, daliście mi jeść. (…), byłem przybyszem, przyjęliście mnie” Problem zaczyna się wtedy, gdy sami musimy stanąć naprzeciwko drugiego człowieka i nie zamknąć przed nim drzwi. Właśnie ta perspektywa – pojedynczego człowieka – ma tutaj duże znaczenie, bo łatwo nam się mówi o kwotach, liczbach, sumach… 

One, paradoksalnie, mniej mówią, rozmywają problem… 

Przygotowując się na spotkanie z panem, wynotowałam sobie ostatnie statystyki dotyczące uchodźców. Te najnowsze (z 17 września) mówią, że w tym roku na Morzu Śródziemnym zginęło ponad dwa i pół tysiąca ludzi. Bez emocji wyrzucamy z siebie taką liczbę, a to jest przecież małe miasteczko: to w polskich realiach kilka, kilkanaście szkół podstawowych. Wyobraźmy to sobie.  

I w czasie tej modlitwy chcecie to skonkretyzować. Będziecie modlić się za konkretne osoby, z imienia i nazwiska, które zginęły w drodze do Europy.  

Przytoczymy krótko ich historie.  

Spróbujmy pomyśleć, jak w polskich realiach, moglibyśmy cokolwiek zrobić. Jakiś czas temu można było usłyszeć od rządzących polityków, że może byłaby szansa na stworzenie w Polsce korytarzy humanitarnych, których przecież Wy jesteście inicjatorami, a dokładnie Wasi założyciele w Rzymie.  

To pomysł włoskiej wspólnoty (która istnieje od prawie 50 lat, w Warszawie jesteśmy od dziewięciu). Idea narodziła się w kraju, który ciągle ma uchodźców u swych bram. Pierwsza umowa na korytarze humanitarne została podpisana w 2015 r. między naszą Wspólnotą, Federacją Kościołów Ewangelickich i Kościołem Waldensów a rządem włoskim. Dotyczyła tysiąca osób, które mogły zostać legalnie sprowadzone do Włoch, między innymi na leczenie. Główny cel polegał na tym, by przywieźć tych ludzi bezpiecznie, by wyeliminować to ryzyko dla ich zdrowia i życia, które istnieje w czasie podróży przez Morze Śródziemne. Chodziło też o to, by nie trafiali do dużych obozów… 

… które stają się niekiedy czymś w rodzaju getta… 

…tylko by trafiali do rodzin, do małych wspólnot czy parafii. Dzięki temu integracja następuje bardzo sprawnie. Jednocześnie to pomaga ludziom szybko odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Wspólnota pomaga uregulować sytuację prawną. Po uzyskaniu azylu przybysze mają prawo wyjechać z Włoch, ale większość z nich zostaje. Miałam tego lata okazję poznać kilka takich osób. Pamiętam siedemnastoletniego Edmonda z Syrii. Był we Włoszech mniej więcej od pół roku. Już mówił płynnie po włosku i szykował się do egzaminów na uniwersytet. Widzimy, że to działa. Do Włoch – tą drogą – przyjechało już ponad 800 ludzi.  

Czy to także działa gdzieś poza Włochami 

We Francji została podpisana umowa, trwają też rozmowy w Hiszpanii. To rozwiązanie kładzie nacisk na bezpieczeństwo dla kraju przyjmującego. Proces wizowy trwa wiele dni, wszystko sprawdzają odpowiednie służby. Wizy, które otrzymują uchodźcy, uprawniają ich na początku do przebywania tylko w kraju przyjmującym.  

Czy w Polsce – w jakimkolwiek momencie – było tak, że rozmowy na ten temat były zaawansowane?  

Rozmowy trwały, jednak niestety w pewnym momencie zostały wstrzymane. W Polsce odpowiada za nie Caritas Polska. Nie mamy aż takich struktur i środków jak Wspólnota we Włoszech, by być stroną tych rozmów, ale oczywiście wspieramy ten pomysł i dużo mówimy o korytarzach. Ten projekt wsparł też Episkopat Polski. Korytarze humanitarne są organizowane ze środków prywatnych. Państwo musi przygotować tylko procedurę wizową. Utrzymanie, zakwaterowanie, nauka języka – to jest w rękach prywatnych, Wspólnota gromadzi na ten cel środki z kilku programów fundrisingowych.  

To była chyba jedyna okazja na krok do przodu. Taka forma budziłaby chyba najmniej kontrowersji, obaw (jeśli spojrzymy chociażby na sondaże opinii publicznej, które mówią o niechęci Polaków do przyjmowania uchodźców). Trudno sobie wyobrazić, by ktoś odmawiał pomocy medycznej czy terapeutycznej. Trudno byłoby w tej sytuacji mówić, że to imigranci ekonomiczni, którzy będą tu tylko tydzień, wyjadą do Niemiec albo do Szwecji, a po drodze w jakimś pociągu lub autobusie zdetonują bombę… 

To prawda. Też widzimy w tym szansę. Liczymy na to, że uda się pomóc konkretnym ludziom, którzy tego potrzebują. Model włoski (powiedzmy – oryginalny) mógłby być w Polsce zawężony – na przykład tylko do osób, które wymagają leczenia. To nie byłaby duża grupa – pewnie na początek około stu osób. Dobrze przygotowany program może zmieniłby nastroje Polaków. Nasze serce jest przy tym temacie, będą też i ręce, jeśli tylko będzie to potrzebne. 

A co powiedziałaby Pani tym Polakom, którzy nie żywią złych uczuć wobec obcokrajowców (zostawiam na boku te przypadki i wypadki, gdy ktoś bije obcokrajowców w komunikacji publicznej albo ich wyzywa) tylko po prostu obawiają się obcych, słyszą o zamachach terrorystycznych i zwyczajnie się boją. Nie chcą na przykład powtórki z Berlina, gdzie tir wjechał w jarmark świąteczny. Co by Pani takiej osobie powiedziała? 

Boimy się tego, czego nie znamy. Trzeba zaczynać od poznawania siebie nawzajem, schodzić do historii pojedynczego człowieka. Ludziom, którzy się obawiają, opowiedziałabym chyba o tym, co sama widziałam we Włoszech. O efektach korytarzy humanitarnych. 

Pojawia się wtedy argument, że taki przybysz przy najbliższej okazji wyjedzie do Niemiec. 

To są wolni ludzie, niech zrobią, co zechcą. Dużo zależy od tego, jak przyjmiemy naszego gościa tu, na miejscu. Wątpię, by Syryjczycy w obozie w Libanie czytali „polski Internet” i dlatego nie chcieli przyjechać do Polski albo podejmowali decyzje tylko ze względu na lepszy „socjal” w innych krajach. Po prostu często mają rodziny już w Niemczech czy Szwecji, więc wzajemnie się przyciągają. Nie powinno to jednak nas zwalniać z wyciągania do nich ręki. Otwórzmy choć małe okienko, Wierzymy, że się da. 

Skruszyć skałę? 

Nie wiem, czy aż tak radykalnie bym to określiła. Polacy to dobrzy ludzie. Czasami jest tylko tak, że dobrzy ludzie nie robią tyle dobrego, ile by mogli i trzeba to spróbować uruchomić. 

Jeszcze jeden argument – on pada między innymi po stronie rządowej – mówi o pomocy dla tych, którzy są w Libanie. Słyszałem też biskupa z Lublina przy okazji „Lublin pomaga Aleppo”. Rząd ma koronny argument: musimy zwalczać przyczyny wojny i pomóc tym ludziom zostać w ich domach, odbudować je, żyć tam.  

Chwała wszystkim, którzy pomagają. W jakikolwiek sposób. Pieniądze tam też są potrzebne. Nie wszyscy przecież uciekną. Trwają jednak dyskusje na temat tego, jak najskuteczniej wykorzystywać środki w krajach zdestabilizowanych przez wojnę. 

Te miliony dobrze brzmią, ale tam to kropla w morzu potrzeb. 

Oczywiście, potrzeby są ogromne, dlatego trzeba pomagać też tam, na miejscu.  

Ale z drugiej strony zamykamy oczy na to, co się dzieje na Morzu Śródziemnym. 

Nie rozumiem takiego „zero-jedynkowego” myślenia: „albo – albo”. Dlaczego nie „i”? Zmieńmy ten spójnik! Pomyślmy o tym, że w obozach dla uchodźców dorasta pokolenie „w zawieszeniu”. Te dzieci nie chodzą do szkoły. To już trwa sześć. lat, bo tak długo ciągnie się wojna w Syrii. Są dzieci, które urodziły się w czasie wojny i w niej dorastają. Mają kiepską teraźniejszość i słabą perspektywę na przyszłość. Trzeba robić wszystko, co możliwe i sobie nawzajem w tym absolutnie nie przeszkadzać. 

Wpadł mi w ręce ostatnio mój wywiad z Ewą Kopacz (wówczas premier). Trwała wtedy kampania wyborcza, a na agendę wchodził temat uchodźców (wtedy rząd Ewy Kopacz zgodził się na tak zwane kwoty, które możemy przyjąć) i wtedy audycję w uniwersyteckim Radiu Meteor zatytułowałem: „Drzwi zamykać czy otwierać”. Teraz pomyślałem, że temat po dwóch latach nadal jest aktualny, z tym że Polska odpowiedziała na to pytanie słowem: „zamykać”. Jedną sprawą jest to, że ci ludzie potrzebują pomocy u nas przez dwa lata trwa dyskusja. Drugą sprawą jest to, czy zdaliśmy egzamin. Z wiary, nadziei, miłości? Z solidarności?  

Ten egzamin cały czas trwa, wyzwanie nie znikło. Życie toczy się dalej. Nadal możemy zrobić w tej sprawie coś dobrego.  

Tak jak Pani wcześniej mówiła – w tych czasach potrzeba szybkiej reakcji na sprawy, problemy. A my – w dodatku – w tej sprawie jesteśmy trochę do tyłu. Mamy sporo do nadgonienia. 

Zgadza się. Trzeba się pospieszyć.  

Tydzień modlitw za uchodźców „Umrzeć z nadziei” organizowany jest przez Wspólnotę Sant‚ Egidio pod patronatem Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek. Odbędzie się w m. in. w Warszawie, Gdyni, Poznaniu, Koszalinie i Chojnie. Chętne miasta i parafie nadal mogą dołączać. W Poznaniu modlitwie będzie przewodniczyć abp Stanisław Gądecki, w Warszawie kard. Kazimierz Nycz, w Koszalinie bp Krzysztof Zadarko – przewodniczący Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek.   

 

W poprzednich „Rozmowach ze Zbawiciela” gościliśmy ks. Adama Bonieckiego i ks. Bogusława Bindę:  

http://misyjne.pl/tradycja-rzeczywistosc-polski-wyrosla-z-chrzescijanstwa-z-krzyz/ 

http://misyjne.pl/lichen-nie-tylko-bazylika/ 

Oceń ten artykuł



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.