Uczą misjonarzy jak przetrwać, polować, budować igloo, a czasem ich zastępują. Są też niezastąpieni w głoszeniu Ewangelii.

Kościół, szczególnie ten misyjny jest i istnieje dzięki tak wielu ludziom, którzy bardzo często są ogromnie oddani dziełu misji, wpierając czy nawet zastępując misjonarza w tym co możliwe. I w naszym arktycznym regionie, przez wiele dziesiątek lat mamy tych, którzy nie tylko pomagają i wspierają nas misjonarzy, ale którzy już tak wiele razy nas zastępowali, dając świadectwo wiary pomagając jako katechiści. I nie tylko, gdy misjonarz jest poza wioską, ale wiele razy będąc tymi, którzy przez lata posługują wśród swoich najbliższych, gdy nie ma misjonarza na stałe, bądź gdy może odwiedzić on ich miejsce tylko kilka razy w roku, na bardzo krótki czas.

Nauczyciele misjonarzy

Od przybycia pierwszych misjonarzy do Arktyki minęło przeszło sto lat. Szczególnie na początku musieli oni znaleźć kogoś z rodzimej ludności, kto mógłby im pomóc przetrwać, nauczyć ich polować, podróżować, budować igloo i poznać okolicę, by mogli czuć się pewniej i bezpieczniej. Ważne też było, by ci przewodnicy mieli otwarte serce na nową religię, tak inną od wszystkiego, co znali Inukowie (Eskimosi). Oczywiście, pierwsi pomocnicy i przewodnicy misjonarzy nie byli jeszcze katechistami, jednak w większości to z ich rodzin wyrosły nowe pokolenia, które pamiętając, jak ich rodzice, czy dziadkowie pomagali misjonarzom, postanowili stać się pierwszymi przewodnikami w wierze – katechistami.

Nie zawsze jest łatwo

Bycie katechistą jest dla nich realizacją powołania, które daje im satysfakcję oraz wspiera rodzimy kościół. Przez te wszystkie lata, wielu zaczynało tę posługę z otwartym sercem i radością. Jednak trudności jakie napotykali, jak i nie tak silne zakorzenienie w wierze, o której usłyszeli po raz pierwszy zaledwie kilkadziesiąt lat temu, sprawiły, że część ludzi odeszło od tej posługi, a nawet z różnych względów przestało chodzić do kościoła. Jednak pozostało wielu, którzy przez lata pomimo trudności wytrwali: katechizując, chrzcząc, przygotowując do sakramentów, grzebiąc zmarłych i dając nadzieję tym, którym życie się załamało. Dla mnie zawsze ich wiara i oddanie jest wzorem i przykładem w życia misyjnego.

Pierwsze szkoła

Pierwsza większa formacja na katechistów odbyła się w Pelly Bay, w wiosce, w której teraz jestem. Było to na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Zgłosiło się do niej sześć młodych małżeństw, w wieku trochę powyżej 20 lat i prowadziło ją 2 misjonarzy, przez prawie dwa lata. Podstawowym wymaganiem była ich chęć pomocy, wsparta poparciem starszych i misjonarzy. Były to pary z dwóch sąsiadujących wiosek.

Młode małżeństwa

Ważne też było, by były to małżeństwa, gdyż dla tradycji i kultury, jak również praktyki codziennego życia, rodzina i bycie razem w małżeństwie przemawiało bardziej w przyjmowaniu wiary aniżeli samotne życie misjonarza. Nauka odbywała się w języku eskimoskim, a uczestnicy tego przygotowania mieszkali razem i byli formowani prawie codziennie, z wyjątkiem: czasu na polowania, obowiązków rodzinnych, gdyż większość już miała jedno lub kilka dzieci, oraz różnych prac i funkcji na rzecz wioski.

Jednym z powodów, dla którego postanowiono wybrać młode małżeństwa, było wzajemne wpieranie się na drodze wiary i posługi. A chociaż większość z czynności i modlitw były prowadzone przez męża, to jednak żona towarzyszyła mu, modląc się z nim, śpiewając, rozdając komunię świętą oraz katechizując. Po pracy duszpasterskiej jako rodzina mogli też umacniać się razem na modlitwie, w rozmowie czy wspólnym planowaniu zajęć i obowiązków dla mieszkańców wioski. Żona, jako kobieta była też często tą, do której z większą łatwością przychodzili inni, prosząc o pomoc, jak i dzieci które pytając o tak wiele, przychodziły na katechezę. Wiązało się to z tym, że mężczyzna jako myśliwy i twardy człowiek, nie był widziany za bardzo jako szkolny nauczyciel czy też dobra dusza dla wszystkich w wiosce.

Wierni do końca

Z pierwszej grupy katechistów, po 45 latach pozostało jedno małżeństwo: Sidonie i Barthelemy Nirlungayuk (honorowi oblaci) oraz jedna katechistka: Nilaula Agluka, która po śmierci męża postanowiła kontynuować swoją misję i powołanie. Kilku już zmarło, a kilku po jakimś czasie zaprzestało z powodu trudności tej pracy.

Bycie katechistą jest szczególnym powołaniem. Pięknym, ale i bardzo trudnym. Wiele osób jest im bardzo wdzięcznych za wszystko, co w uczynili dla najbliższych i sąsiadów, za siłę i trwanie przy Chrystusie i Kościele. Są jednak i tacy, którzy wycierpieli też wiele skrzywdzeni słowami, wyśmiewaniem ich oraz niezrozumieniem.

Barthelemy opowiadał mi wiele razy, ze łzami w oczach, że jako młody mąż i ojciec, katechista, był wyśmiewany, jako ten który służy misjonarzowi i jakiejś nowej wierze, trudnej do przyjęcia. Niektórzy starsi mówili mu, że on i jego rodzina szybko umrą, bo taki jest los katechistów. Jego dzieci były odsuwane i obmawiane przez swych rówieśników. Niektórzy starsi myśliwi zabraniali mu nawet polować na niedźwiedzie czy wieloryby, mówiąc, że katechista ma się modlić, a nie polować.

Sidonie i Barthelemy jako rodzice dziewięciorga dzieci, musieli przed każdą modlitwą zadbać o nie, zabrać je ze sobą do kościoła, a gdy prowadzili modlitwy mieć na nie oko. Chociaż – jak wszystkie dzieci – nie zawsze słuchały. Patrząc na ich posługę przez tak wiele lat, niezliczone jest dobro, które dali ludziom, ale ich droga znaczona jest też wielkim poświęceniem i niezrozumieniem przez tak wielu.

Arktyka, praca wśród Inuitów (Eskimosów), za kołem podbiegunowym, w Kanadzie Północnej, Alasce, Grenlandii, czy Syberii, wręczy wymaga tego, aby misjonarze byli wspieranie przez miejscowych katechistów. Dzięki nim uczą się żyć w tym miejscu i razem głoszą Ewangelię.

 

Oceń ten artykuł


źródło: o. Bogdan Osiecki OMI 

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze