Ona była młoda, on nieco starszy. Mieli wziąć ślub. Postanowili wcześniej nie mieszkać razem. Jakże był zdziwiony, kiedy przyszła i powiedziała mu, że jest w ciąży… Wiedział, że nie z nim. Kochał ją bardzo. Postanowił, że razem wychowają to dziecko. To jedyne, bo ani on, ani ona już więcej dzieci mieć nie planowali. 

Maryja i Józef podjęli się opieki nad Synem Boga. Zapewne nie do końca wiedzieli, na co się decydują, ale kto z przyszłych rodziców wie? Tak czy inaczej musiało być w nich coś wyjątkowego, nic więc dziwnego, że jako Rodzina Święta pokazują kolejnym pokoleniom matek, ojców i dzieci, co w życiu jest najważniejsze. 

Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą”. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo…” (Łk 1, 26-30). 

Po zwiastowaniu ona znalazła się w dość nieciekawej, po ludzku, sytuacji. Skoro miała już narzeczonego, to mimo iż nie mieszkali razem, zawarli swego rodzaju „kontrakt”. Jakkolwiek to brzmi, była zobowiązana do zachowania wierności. W przeciwnym razie groziła jej nawet śmierć. Ale tym akurat się nie przejmowała. Wobec anioła miała tylko jedno pytanie: „Jak to się stanie, skoro nie znam męża?” (Łk 1,34). I odpowiedź Gabriela w zupełności jej wystarczyła. Zaufała. Zaufała przede wszystkim Bogu, że On wie, że się troszczy, że będzie czuwał. I zaufała przyszłemu mężowi, choć tak naprawdę nie wiedziała, jak się zachowa w całej tej, dość niecodziennej, sytuacji.  

Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło…” (Mt 1,19-21). 

On, kiedy dowiedział się o ciąży, mógł zrobić trzy rzeczy: publicznie zerwać umowę, narażając kobietę nawet na ukamienowanie, oddalić się potajemnie (czyli pośrednio przyznać się do ojcostwa), albo zdecydować się wychowywać dziecko. Ostatecznie wybrał to trzecie wyjście, tym samym narażając swoje dobre imię. Bo skoro w ciążę zaszła przed ślubem, i skoro jej potajemnie nie oddalił, tylko postanowił zająć się nią i dzieckiem – zapewne pomyśleli „życzliwi” – to ono musi być jego, a to znaczy, że nie jest tak honorowy jak utrzymywał. Ale Józef zaufał. Zaufał Bogu i Maryi, że wszystko to, co mu powiedziała, co brzmi nieprawdopodobnie – jest prawdą. I zdecydował się być ich opiekunem, wsłuchiwać się w Boży głos po to, by móc dać im wszystko, czego potrzebowali. 

Oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić” (Mt 2,13). 

Chyba nie zastanawiali się, czy to dobry czas na dziecko, czy ich sytuacja jest wystarczająco ustabilizowana. Bo zdecydowane nie była. Zapewne mieli inne plany, ale wiedzieli, że dzieci nie zawsze przychodzą, kiedy chcemy, ale zawsze są błogosławieństwem. I mieli siebie oraz wiarę w to, że wszystko, co się dzieje ma głęboki sens, że Ktoś nad tym czuwa.  

Mogli się też spodziewać, że skoro oczekują narodzin Króla, to Pan zadba o wszystko. I zadbał, tylko zapewne inaczej niżby się mogło wydawać. Na ich pierworodnego nie czekał niebieski pokoik z rzeźbioną przez samego Józefa kołyską. Pierwsze lata Jezusa to przeprowadzki, ucieczki, emigracja, pewnie też strach o życie własne i najbliższych. Betlejem, Egipt i w końcu Nazaret, szli tam, gdzie nakazywał anioł. W każdym miejscu zaczynali od zera, ale też ciągle ufali, że On wie, co robi.  

A potem, kiedy Jezus był już starszy, kiedy myśleli, że zgubił się, wracając z Jerozolimy, zaczęli uświadamiać sobie jeszcze jedno. Dziecko nie jest ich. Ona Go urodziła, oboje wychowywali, ale tak naprawdę do nich nie należał. Jak każde dziecko, mimo że to – nie ukrywajmy – było dość wyjątkowe… Martwili się o Niego, to oczywiste, ale wtedy, kiedy znaleźli Go w Świątyni, powoli zaczęło coś do nich docierać, że dzieci dorastają, a rodzicielstwo to też umiejętność zaakceptowania ich pomysłów na życie… Choć jeszcze wtedy nie do końca rozumieli, jak to będzie wyglądać w ich przypadku. 

Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą.. A Twoją duszę miecz przeniknie …”. (Łk 2, 34n). 

Ów miecz, który miał przeszyć jej serce z Jego powodu, powoli zaczynał kłuć. Być może podobnie czuła się, kiedy podczas wesela w Kanie rzekł do niej: „czy to moja lub twoja sprawa…” (por. J 2,4), albo kiedy swoją matką i braćmi nazwał wszystkich, którzy słuchają Jego słów (por. Łk 8, 21). Ale ciągle ufała. Nawet gdy patrzyła, jak umierał na krzyżu. Wtedy pękło jej serce. Ale stała i patrzyła, jak wypełniają się słowa Pisma, jak na jej oczach dzieje się to, w co uwierzyła.  

*  *  * 

I co z tego, że żyli dwa tysiące lat temu? To, co najważniejsze się nie zmieniło. Miłość przede wszystkim, wychodzenie poza swoje pomysły na życie, poza swoją wygodę i bezpieczne granice, nie do końca racjonale z punktu widzenia świata decyzje, wzajemna akceptacja i szacunek, a wszystko to w zaufaniu sobie nawzajem i wspólnie Bogu, w przekonaniu, że On wie i czuwa. Tego wszystkiego możemy się od nich ciągle uczyć.  

Ona, on i Dziecko
2 (33.33%) 1 ocen.


źródło: Beata Legutko

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.