Coraz więcej ludzi ma dostęp do Internetu, a możliwości jego wykorzystywania ciągle rosną. Dlatego nie może dziwić, że zarówno księża, jak i świeccy, wchodzą w tę przestrzeń, by głosić Ewangelię.  

Biskup Grzegorz Ryś powiedział portalowi Stacja7.pl, że Internet stał się właściwie osobnym kontynentem, na którym żyją ludzie i bez wątpienia także na tym kontynencie potrzebna jest ewangelizacja. W związku z tym czymś oczywistym jest, że od kilku lat rośnie liczba rekolekcji prowadzonych w Internecie. Co jest zaletą takiej inicjatywy? 

Po pierwsze, zdarza się, że możliwy jest bezpośredni kontakt z rekolekcjonistą. Można przesłać pytanie, komentarz przez portal społecznościowy albo stronę. Jest to o wiele prostsze i łatwiejsze do zrealizowania niż w kościele. Można po nauce pójść do zakrystii, ale wymaga to większej determinacji, bo zwykle trzeba przedrzeć się przez kilka osób otaczających rekolekcjonistę. Na dodatek zadawane pytanie mogą usłyszeć przypadkowi ludzie, a jeśli jest ono jakoś osobiste, to niekoniecznie chcemy, żeby tak było. W Internecie łatwiej niż w realu można też porozmawiać, podzielić się przeżyciami z innymi uczestnikami i usłyszeć, w jaki sposób oni przeżywają głoszone treści. Nie jest to może idealne wspólnotowe uczestniczenie, ale jednak jakieś jest. 

Po drugie, w Internecie można wybrać sobie głoszącego. A kiedy jeden nam się nie spodoba, to w kilka sekund przenieść się setki czy tysiące kilometrów, by posłuchać kogoś, kto bardziej do nas trafia. W rzeczywistości pozawirtualnej często jest się zdanym… a nawet myślę, że nie bardzo przesadzę, jeśli użyję słowa „skazanym” na takie głoszenie, jakie mamy w okolicy. I wtedy łatwiej o zniechęcenie, kiedy widzimy, słyszymy, że „szału nie ma”. 

Po trzecie, Internet dociera także do tych, którzy do kościoła nie przyjdą. Często na początku trafiają na strony jako hejterzy, ale wtedy mamy przynajmniej szansę, żeby do nich dotrzeć i opowiedzieć im, pokazać, na czym polega chrześcijaństwo i kim jest Bóg, którzy przemienia nasze życie. 

Mamy więc interakcję, dostępność i większy zasięg. Ale czy to wystarcza do chrześcijańskiego życia? Pewnie czujemy, że nie zupełnie. Ojciec Grzegorz Kramer w jednym z słuchowisk powiedział, że jeśli każdy z uczestników internetowych rekolekcji nie znajdzie przynajmniej pół godziny, że usiąść i pobyć z Bogiem sam na sam, to takie rekolekcje będą bez sensu. Można powiedzieć, że będą tylko suplementem duchowej diety. 

Dobrze wiemy, że jeśli ktoś w Internecie budzi naszą sympatię, jeśli spodoba nam się jakaś inicjatywa, to jeśli nie zabiliśmy w sobie jeszcze naturalnych ludzkich potrzeb emocjonalnych, budzi się w nas tęsknota za tym, by poznać w realu tego człowieka, tych ludzi, a w przypadku dobrych rekolekcji – Boga. I będzie czymś pięknym, jeśli ta tęsknota będzie tak silna, że nie damy się pokonać własnym oporom czy przeciwnościom i pójdziemy spotkać Boga, o którym właśnie tyle słuchaliśmy. W żadnej internetowej znajomości nie rodzą się takie więzi jak w realu. O wiele łatwiej jest zapomnieć nick, niż twarz kogoś z kim przeżyliśmy wspólne chwile. Emotki nie przekażą takiej bliskości jak wzrok, ton głosu, dotyk. Dlatego nawet najbardziej charyzmatyczny mówca, ani najbardziej poruszające słowa nie zastąpią duchowego przeżycia spowiedzi, czy eucharystii.   

– Nie chodzi o rywalizację, konkurencję czy zastępowanie starych sposobów nowymi metodami głoszenia rekolekcji – mówi ks. Dariusz Kowalczyk – ale o głoszenie Ewangelii wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Możemy dodać, że nie chodzi też o zastępowanie realnego życia kontaktem wirtualnym. Bo jeśli nie chcemy, by nasze życie duchowe było atrapą, kolekcjonowaniem emocji czy pięknych haseł, to musimy zdobyć się na wysiłek przekraczania siebie i osobiście wyjść na spotkanie Boga i człowieka w realu.

Oceń ten artykuł


Tagi

rekolekcje

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.