Każdy ma jakieś doświadczenie związane z dawaniem 

Nieraz się zdarzyło, że ktoś dzwoni do drzwi mieszkania i prosi o pieniądze na jedzenie albo o jedzenie. Pieniędzy nie daję, ale staram się nie puścić nikogo z pustymi rękami. Któregoś razu zrobiłam kanapki z tego, co miałam i oddałam moje ulubione fioletowe banany. No trudno – pomyślałam – bez kolacji przeżyję. 

Kilka dni później na klatce schodowej coś zaczęło niemiłosiernie śmierdzieć. Winowajcami okazały się gnijące kanapki i fioletowe banany wciśnięte w skrzynkę, w której jest zawór gazu. Poczułam się oszukana i rozżalona. 

Czasami nie wiadomo, czy dawać. Jedzenie czy pieniądze? Czy dać pieniądze, skoro wiem, że zostaną wydane na alkohol? Indywidualnie czy instytucjom? Czy lepiej pomagać tym w najbliżej okolicy, czy ludziom w Afryce? Potrzebującym krewnym czy nieznajomym? 

Historia z kanapkami powróciła do mnie raz jeszcze, ale w zupełnie innych okolicznościach. 

Przyjaciele mają kawałek ziemi pod lasem. Jest tam piękna łąka, na którą bladym świtem i przy zachodzie słońca wychodzą sarny. Do najbliższego miasteczka jest kilka kilometrów, a do sąsiada 500 metrów. Mają tam też domek. 

Pojechaliśmy tam na kilka dni, by przy okazji skosić trawę, pomalować płot i wymienić lodówkę. Nie wiedzieliśmy, co zrobić z tą używaną, ale jeszcze dobrą. Pomyśleliśmy, że jeszcze mogłaby się komuś przydać, ale nie wiedzieliśmy, jak tego kogoś znaleźć. Postanowiliśmy, że zapakujemy lodówkę „na pakę” i zapytamy księdza proboszcza w miasteczku. W takich mniejszych miejscowościach ksiądz zwykle nieźle się orientuje w tym, który z jego parafian jest potrzebujący. 

Przy okazji mieliśmy też trochę zabawy. Bo chłopcy postanowili trochę się powygłupiać i wykorzystać to, że teść jednego z nich na okoliczność przewożenia lodówki pożyczył im pickupa. Włożyli więc spodnie bojówki, podwinęli rękawy koszulek, odsłaniając bicepsy, całość uzupełnili okularami przeciwsłonecznymi i z otwartymi oknami ruszyli przez miasteczko. Było zabawnie, zwłaszcza gdy podjechali pod plebanię i wyszedł do nich ksiądz proboszcz, nieco wystraszony tym najazdem komandosów, w dodatku z lodówką „na pace”. 

Ksiądz nie wiedział, że zostaniemy jeszcze kilka dni w okolicy i że przyjdziemy na niedzielną Mszę św. Myślę więc, że to, co usłyszeliśmy podczas kazania, było szczere. Opowiadał, że w minionym tygodniu kilka młodych osób przyjechało do niego, by oddać lodówkę. I że to go bardzo poruszyło. Bo ci młodzi ludzie niczego nie chcieli w zamian i zaufali mu, że trafi ona do kogoś potrzebującego, a nie na portal aukcyjny. Proboszcz powiedział, że wtedy poczuł wyrzuty sumienia, bo kilka dni temu na pielgrzymce oddał swój obiad bezdomnemu i później żałował, bo nie wiedział, czy ten za chwilę nie wyrzuci go do kosza. 

Czasami ktoś wzgardzi naszym darem. Ale czasami coś małego otworzy komuś serce. Otworzy nasze serce. 

I znów na świecie będzie choć o jedno niebo lepiej. 

Więc po prostu dawaj!  

Oceń ten artykuł


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.