To zaskakujące, jakie poruszenie mogą czasem wywoływać źle zrozumiane gesty liturgiczne. Najlepszym przykładem są oskulacje, czyli liturgiczne pocałunki. Bo przecież mamy XXI wiek, a takie całowanie po rękach to wstyd… 

Z pocałunkami liturgicznymi stykamy się wszyscy codziennie w swoich parafiach. Ksiądz po przyjściu do ołtarza całuje go z szacunkiem, tak samo po odczytaniu Ewangelii całuje księgę, z której czytał. W liturgii „trydenckiej” z kolei, do której przychodzi mi posługiwać, zachowały się również inne pocałunki, takie jak ucałowanie dłoni księdza i przedmiotu, który jest mu podawany (np. nakrycie głowy, łyżeczka do kadzidła itd.). Gest ten obecny jest w liturgii rzymskiej od wieków, a jednak kiedy ktoś dowiaduje się, że ma całować księdza po rękach, najczęściej (przynajmniej z początku) jest zgorszony. 

Niezrozumienie 

Zdarzało mi się informować księży, którzy nie udzielali się na co dzień w starej liturgii, o tym, że w trakcie Mszy będą całowani w prawą dłoń. Przyznaję się bez bicia: za każdym razem z niezbyt chyba dobrze skrywanym rozbawieniem obserwowałem na ich twarzach wyraz bezbrzeżnego zdziwienia i niedowierzania. „Jak to, przecież to takie krępujące, że mnie facet będzie w ręce całował!”, „jak to, przecież mamy XXI wiek, to nie wypada”, „przecież karnawał się skończył!” – wymówkom nie ma końca. Podobnie zresztą często reagują nieobyci wierni. Traktują to jak śmieszny folklor, jedną z wielu głupot z zamierzchłych czasów, których jakimś cudem nikt jeszcze nie zabronił. A przecież gest ten nie jest pustą rewerencją. 

Przecież wszystko ma swój sens 

Pocałunki, nie tylko w Kościele, ale i w ogóle w naszej kulturze wyrażają miłość i szacunek. Jak mówi abp Nowowiejski: 

„Miłość względem osób wyżej od nas położonych zawsze się łączy z uszanowaniem. Dlatego pocałunek miłości przybiera także charakter czci i uszanowania. (…) Pocałunek i w liturgii zachodzi, lecz podniesiony jest tu do znaczenia nadprzyrodzonego, gdyż jest objawem czci i miłości nadprzyrodzonej, rozlanej jako owoc Ducha Św. w sercach naszych; objaw ten przytym zwraca się do człowieka, jako do zastępcy Boga (…)” 

Ilekroć więc całujemy w dłoń celebransa, choćby nie wiem jak to było krępujące, nie robimy tego ze względu na niego, ale przez najgłębszy szacunek do sprawowanej właśnie liturgii. Przez jego rękę wyrażamy więc szacunek Bogu – jeśli zobaczymy to z tej perspektywy, nie jest to już tak dziwne i odstraszające jak się wydaje w pierwszej chwili. 

Pokornym być należy 

Nie dalej jak dziś rano, gdy rozmawiałem z kolegą o szacunku do szat liturgicznych, pokazał mi on wspaniały cytat z „Zapisków więziennych” kard. Stefana Wyszyńskiego: 

„A to była jednak pycha, bo więcej w tym było myśli o sobie niż o Chrystusowej Purpurze. Jednak by godnie nosić ozdobę Kościoła, nie tylko nie wystarczy nie pragnąć jej, ale trzeba umieć cenić ją – dla Kościoła. Chrystus nie wzdragał się przyjąć szaty szkarłatnej. A ja nieustannie „droczyłem się” z wolą Kościoła. A przecież każdy wie, że w tym szkarłacie więcej jest z krwi Kościoła, niż z ludzkiej próżności tak, że nigdy pycha ludzka nie będzie zdolna przysłonić prawdy Krwi.” 

Warto więc czasem przełamać w sobie ten wstyd, niechęć i zastosować się do kościelnych ceremonii. Zawsze są one bowiem skierowane ku Bogu i to Jemu mają oddać cześć. Czym jest nasza duma przy Jego Majestacie?

Przeczytaj pozostałe felietony z cyklu „Od zakrystii”!

Pocałunki w liturgii, czyli o wstydzie słów kilka
6 (100%) 3 ocen.


Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze