Choć pewnie mamy powody, żeby narzekać na służbę zdrowia, warto pamiętać, że są na świecie takie miejsca jak Zambia. Tutaj pacjenci chorują bardzo ciężko, lecz ewangelia jest dla nich wsparciem w  cierpieniach. Dla medyków jest pokrzepieniem i motywacją do pracy.

W Ching’ombe każdy podmuch wiatru jest jak gęste od gorąca powietrze wyrzucane przez kowalski miech. W czasie największych upałów wioska afrykańskim zwyczajem zwalnia tempo życia. Wszystkie wysiłki ludzkiej myśli koncentrują się na zaplanowaniu każdej czynności tak, by jak najszybciej ukryć się przed słońcem. Obowiązków nie da się uniknąć, ale przy odrobinie chęci można zdążyć przed upalnym południem. Dlatego od świtu jest żywo i ruchliwie. Dzieci przepychają się do ręcznej pompy. Starsi ludzie spieszą na poranną Mszę św. Kobiety próbują wywalczyć najlepsze miejsce w kolejce do jedynego w okolicy młyna.

Centrum życia towarzyskiego

To, co dzieje się przy młynie, wymaga dłuższej uwagi. Mogło by być bowiem doskonałym materiałem obserwacyjnym dla socjologa. W niewielkim murowanym budynku, obok zniszczonej szkoły i ośrodka zdrowia, znajduje się konstrukcja napędzana starym dieslem. Tu bezdyskusyjnie bije serce Ching’ombe. Kiedy ponad sto lat temu jezuici zakładali katolicką misję, zaraz po budynku kościoła postawili pierwsze żarna. Wprawiane w ruch siłą wody z pobliskiego strumienia, były ekologicznym protoplastą dzisiejszej dymiącej i huczącej maszyny. Wszystko dlatego, że mąka kukurydziana jest podstawowym składnikiem shimy, bez której obiadu nie można tu nazwać obiadem. Niemniej jednak nie mielenie ziaren zajmuje obserwatora. Niesamowite jest to, co dzieje się przy okazji: rzewne rozmowy, dyskusje, żarty, czasami kłótnie. Zdarzają się wspólne śpiewy w rytmie trudnym do pojęcia dla europejskiego ucha. Istne zagłębie życia towarzyskiego, w którym kilka osób stara się dyskretnie zarobić. W cieniu rozłożystego drzewa młode kobiety sprzedają plastikowe japonki i kilka saszetek oranżady w proszku. Można odnieść wrażenie, że długa kolejka nie wypatruje mąki, a raczej szuka odrobiny rozrywki w pozbawionym innych atrakcji Ching’ombe. Jeśli ktoś łaknie świeżych plotek, to jest to najlepsze miejsce do ich poszukiwania. Żadna nowa twarz, żadna małżeńska sprzeczka nie umkną uwadze kolejki.


Wolontariusze, ogrodnik i salowa

Na początku sierpnia gorącym tematem rozmów przy młynie stała się dwójka młodych ludzi z Polski, którzy na kilka miesięcy zamieszkali w Ching’ombe. Początkowo łatwo dało się wyczuć niepewność i dystans. Mimo że pierwsi Europejczycy przyjechali do wioski wiele lat temu, to pojawienie się każdej nowej twarzy wciąż budzi szczere zainteresowanie. Tematów do plotek było wiele ze względu na cel wizyty przybyszów. Agnieszka i Jacek przyjechali do pracy w lokalnym ośrodku zdrowia. Jako wolontariusze Fundacji Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio mieli pomagać miejscowym medykom. Okazało się, że zazwyczaj musieli ten personel po prostu zastępować. Jak to w Afryce bywa, często kilkudniowy wyjazd miejscowej pielęgniarki przedłużał się do kilku tygodni. A to przez problem z transportem, a to przez ślub kuzynki, a to z kolei przez nieplanowane „szkolenia” w szpitalu wojewódzkim. W efekcie chorzy mogli liczyć na pomoc stałej ekipy w składzie dwóch wolontariuszy, ogrodnika i salowej.

Oczy i dłonie

Przychodnia w Ching’ombe to typowy wiejski ośrodek podstawowej opieki zdrowotnej. W niewielkim gabinecie konsultacyjnym wszechogarniający bałagan tworzą góry dokumentów: rejestry, spisy, zeszyty, tabele i wykresy, których obowiązek tworzenia jest efektem ubocznym reform państwowej służby zdrowia. Wśród stosów papierów mieści się biurko, stolik z lekami i niewielka kozetka. Poza gabinetem są jeszcze dwie sale chorych, sala porodowa, magazyn i laboratorium, które ze względu na braki kadrowe pełni rolę składziku na szczepionki. Ośrodek jest skąpo wyposażony, a główne narzędzia diagnostyczne to oczy i dłonie medyków. Brakuje leków, opatrunków i sprzętu. Nadmiar jest jedynie pacjentów, którzy proszą o pomoc od wczesnego poranka do późnego wieczora, a nierzadko również w nocy. Nikt nie spotyka się z odmową, chociaż praca w tak skromnych warunkach nie jest łatwa. Na szczęście mieszkańcy doliny Luano, w której leży Ching’ombe, to twardzi ludzie, zahartowani przez nieprzewidywalny busz. Ten niewzruszony charakter objawia się od najmłodszych lat.


Trudna droga w buszu

Dowodem na tę ponadprzeciętną wytrzymałość jest Mary, która już w drugim dniu życia musiała stawić czoła ciężkiemu zapaleniu płuc. W Europie dzieci w podobnym stanie trafiają na odziały intensywnej terapii, gdzie na okrągło monitorowane są przez nowoczesne sprzęty i doglądane przez liczną, doświadczoną kadrę neonatologów: położnych, lekarzy i pielęgniarek. W Ching’ombe mała pacjentka mogła liczyć jedynie na polskich wolontariuszy wyposażonych w podstawowe medykamenty. Trzeba było działać szybko. Poważne problemy z oddychaniem, zaburzenia odruchów, wysoka gorączka wskazywały na to, że każda chwila zwłoki może decydować o przeżyciu. Pierwsza myśl o ewakuacji do najbliższego szpitala szybko okazała się niemożliwa do zrealizowania. Samochody w wiosce są dwa. Pierwszy należy do księdza, ten jednak wyjechał w tym czasie do wojewódzkiego miasta Kabwe, żeby uzupełnić zapasy. Z drugiego pojazdu korzystają siostry zakonne. Tutaj jednak problem jak zwykle stanowił brak paliwa. Przez kilka dni dostęp do szpitala oddalonego o 300 km był niemożliwy, w związku z tym krótka wymiana spostrzeżeń i wspomnienie podobnych sytuacji z dotychczasowych doświadczeń w tropiku musiały wystarczyć do podjęcia decyzji o leczeniupacjentki. Najtrudniejsze były pierwsze godziny. Z nadzieją na sukces kolejne dawki leków trafiały w mięśnie noworodka. W obniżaniu wysokiej temperatury pomagała mama, skrupulatnie zmieniając zimne okłady, które były jedynym sposobem na walkę z gorączką. Wszystko odbywało się w atmosferze napięcia, ale próżno było szukać w tym wszystkim gwałtownych emocji. W Afryce narodziny przyjmowane są jako element codzienności, a przez wysoki wskaźnik śmiertelności okołoporodowej również wszelkie komplikacje są oswajane łatwiej niż w Europie. Ludzie na afrykańskiej prowincji są lepiej przygotowani na śmierć  najmłodszych, chociaż tysiące modlitw nad każdym chorym dzieckiem dają dowód nieustającej nadziei, która jest taka sama niezależnie od szerokości geograficznej. Tym razem udało się nie dopuścić do najgorszego scenariusza. Stan dziewczynki bardzo powoli się poprawiał, chociaż – mimo pozytywnego rozwoju sytuacji – nic nie było pewne. Pierwszej nocy siostra zakonna ochrzciła Mary. Ta noc była  najważniejsza. Na szczęście mała pacjentka wytrzymała do rana. Słaba i wyczerpana walką z chorobą, ale żywa przetrwała także następne doby. Tydzień intensywnej antybiotykoterapii zakończył się sukcesem. Czuwanie w dzień i w nocy opłaciło się.

Kolcem jeżozwierza

Widok zdrowej dziewczynki i uśmiechniętej mamy to wystarczająca nagroda, ale nie jedyna, na jaką mogli liczyć medycy. Z każdym dniem od momentu wyleczenia Mary coraz swobodniej o Agnieszce i Jacku szeptała… kolejka. Szepty bardziej pewne i przychylne niż wcześniej, błyskawicznie rozeszły się nie tylko poza mury młyna, ale również poza granice wioski. Niebawem chętnych do skorzystania z usług młodych medyków było niemal tylu ilu oczekujących na zmielenie ziaren. Wśród pacjentów zdarzali się tacy, którzy pod pozorem wymuszonego kaszlu przychodzili podzielić się uśmiechem i wymienić kilka zdań. Najczęściej jednak w drzwiach gabinetu pojawiali się chorzy na malarię, czerwonkę i inne mniej lub bardziej egzotyczne przypadłości. Czasami zaskakiwali pacjenci ukłuci kolcem jeżozwierza albo pogryzieni przez krokodyla w płytkiej o tej porze roku rzece Lukusashi. Nieważne jednak, z czym przychodzili pacjenci, ważne że z każdym kolejnym przypadkiem było coraz więcej wzajemnego zaufania i sympatii.

Chodzi o godność

O tym, jak wygląda opieka medyczna w Zambii, chyba nie trzeba wiele pisać. Brakuje dosłownie wszystkiego. Co prawda w miastach są sklepy, w których można kupić jakieś bandaże czy opatrunki, ale ich ceny są zazwyczaj bardzo wysokie, a jakoś dość niska. Najgorzej jest oczywiście na prowincji, w małych mieścinach i na wsiach. Mieszkańcy przyjmują cierpienie i chorobę z dużą pokorą i cierpliwością. Mają całkowite zaufanie do Boga. To godne podziwu, ale też trudne do zrozumienia. Europejczycy bardziej walczą o siebie i swoje życie. Dopóki działają takie fundacje jak Redemptoris Missio, ktoś troszczy się o godność tych ludzi, a ona jest tutaj najważniejsza.
Oceń ten artykuł



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze